Partnerka z piekła rodem, czyli mój rachunek sumienia

My kobiety mamy to do siebie, że za wszystko w większości obwiniamy naszych partnerów. Narzekamy na nich koleżankom, marudzimy na nich w domu, użalamy się nad swoim nieszczęsnym losem, jaki przyszło nam z nimi dzielić. Warto jednak zauważyć, że związek to dwie osoby, a wszystko jest wynikiem pewnych zależności panujących w relacji. Dlatego ja w żaden sposób nie wybielam moich byłych partnerów i nie stawiam ich na piedestale, po prostu z biegiem czasu zauważam SWOJE błędy i otwarcie się do nich przyznaje.

Co ja mogłam wiedzieć o związkach te 10 lat temu? Co z tego, że byłam już na studiach, skoro ja w dalszym ciągu byłam zakompleksioną twenty-something, podążającą za trendami wyznaczanymi przez mamę? Moimi wzorcami relacji byli rozwiedzeni rodzice, rozwiedziona siostra, seriale i telewizja. Do tego wszystkiego sama byłam kompletnie nieogarnięta, nie rozumiałam ani siebie ani swoich potrzeb. Teraz, gdy nabrałam do pewnych spraw dystansu, odcięłam się od mamy i siostry oraz poznałam siebie, jestem w stanie z pełną świadomością, przyznać się do tego, że

byłam chujową partnerką.

Oto dlaczego:

Uważałam, że związek to symbioza.

Kiedyś wydawło mi się, że partnerzy to jedność. Że wszystko muszą robić razem, bo tworzą nierozerwalną całość. Nie rozumiałam tego, że każde z nas ma prawo do tego, by mieć swój świat, swój kawałek podłogi, swoje hobby i swoje zainteresowania, którymi wcale nie musi się dzielić z drugą osobą. Byłam przekonana, że jeżeli mój partner danego dnia woli spędzić czas grając na konsoli, a innego dnia chce pójść z kolegami na mecz to znaczy, że mu na mnie nie zależy i wcale mnie nie kocha.

Dziś wiem, że sama lubię mieć swój świat i wcale nie czuję potrzeby, by dzielić go z partnerem. Są rzeczy, które wolę robić sama lub z koleżanką. Jednocześnie rozumiem, że wchodząc w związek, nie należy swojego świata ograniczać tylko i wyłącznie do faceta, bo:

Im bardziej uzależniasz swoje życie od niego, tym więcej zaczynasz od niego wymagać. Im więcej od niego wymagasz, tym bardziej on zaczyna się od Ciebie odsuwać. Im bardziej on się od Ciebie odsuwa, tym bardziej robisz się sfrustrowana. Im bardziej robisz się sfrustrowana, tym częściej pojawiają się między wami konflikty, których żadne z was nie umie już rozwiązać. W efekcie oboje jesteście unieszczęśliwieni tym związkiem, bo Ty chcesz go zamknąć w klatce, a on chce z niej uciec.

Owładnięta obsesją symbiozy, zatraciłam całkowicie siebie. Ja wciąż CZEKAŁAM na partnera, bo nic poza nim nie miałam. Odliczałam minuty do jego powrotu do domu, a gdy się spóźnił 5 minut, miałam focha na cały wieczór. Gdy chciałam iść na imprezę, a on nie miał ochoty, zostawałam w domu, bo nie potrafiłam robić tego, co ja chcę i lubię. Gdy on się rozwijał, ja patrzyłam na to z chorą zazdrością, bo wiedziałam, że to będzie oznaczać jeszcze mniej jego czasu dla mnie.

Teraz wiem, że związek to NIE JEST SYMBIOZA. Związek to dwie odrębne osoby, które postanawiają być razem. Być razem, ale nie JEDNOŚCIĄ. Generalnie obecnie kieruję się zasadą: żyj i daj żyć. I ta zasada sprawdza się nie tylko w związkach 🙂

I już nie chcę znać Twoich snów, proszę miej własny świat i wracaj, gdy chcesz, a ja będę tu.

Pozwalałam mamie na wtrącanie się

O mamie i jej scenariuszach na moje życie pisałam niejednokrotnie. Był czas, że moja mama tak bardzo mną manipulowała, a ja tak bardzo jej na to pozwalałam, że odbiło się to dość negatywnie na jednym z moich związków.

Mama uważała, że jeśli mieszkasz z facetem, to on MUSI się chociaż OŚWIADCZYĆ, bo inaczej znaczy to, że mnie nie szanuje. Poza tym dzieci jej znajomych już planują ślub, więc ja nie mogę zostać w tyle! Szczytem jej desperacji było spotkanie się z moim partnerem, by go przekonać, że powinien mi kupić pierścionek zaręczynowy! Taaa... Ja wciąż na myśl o tym zdarzeniu wierzę, że to był tylko kiepski odcinek Klanu z Anną Surmacz w roli głównej i że ta sytuacja NIGDY nie miała miejsca. Absolutnie!

Nie będę jednak ukrywać, że jej gadanie WTEDY miało na mnie ogromny wpływ i podświadomie wywierałam presję na moim chłopaku. Uwierzyłam w to, że mnie nie szanuje, nie chce i nie kocha. Co więcej, byłam święcie przekonana, że skoro koleżanki dookoła 'układają' sobie życie i wychodzą za mąż, to ja też POWINNAM. Bez zastanawiania się czy i jak JA tego chcę.

Dziś moja mama ma niewiele do gadania w sprawie moich związków. W zasadzie to trzymam ją od tego z daleka, a wszelkie dobre rady puszczam mimo uszu. Dziś mam podejście, że mój związek z facetem, to moja sprawa. Dziś mój facet jest tylko mój i ma odpowiadać MNIE, a nie mojej mamie. Zresztą... z całym szacunkiem, ale moja mama nie jest dla mnie wzorem udanego związku...

Stworzyłam w domu pole bitwy

Ten punkt był najbardziej kontrowersyjny podczas jednej z rozmów z moim znajomym. Gdy zaczęłam mu opowiadać, jak się kiedyś zachowywałam w związku, skwitował mnie właśnie tak: Qrde Magda, chujowa z Ciebie partnerka była! I nie będę zaprzeczać, bo z tymi wszystkimi zachowaniami, sama już dawno wysłałabym siebie na drzewo.

  • Gdy pojawiały się problemy i kłóciliśmy się (jak to w związkach bywa), groziłam rozstaniem i kazałam mu się wyprowadzać, sprawiałam przykrość, czasami poniżałam.
  • Nie komunikowałam jasno swoich potrzeb i problemów. Stosowałam metodę domysłów, a gdy te nie zostały odczytane we właściwy sposób, rzucałam fochem lub kąsałam złośliwościami.
  • Gdy on postanowił się rozwijać i założyć własną firmę, ja poczułam się tym faktem skrzywdzona, bo uznałam, że związek przestał być dla niego ważny. Nigdy nie powiedziałam mu, że mi imponuje lub jestem z niego dumna.
  • Od introwertyka wymagałam/żądałam ekstrawertycznych zachowań.
  • Wymagałam dla siebie NIEUSTAJĄCEJ uwagi. Każdy telefon miał być odebrany, smsy odpisane w sekundę, zachcianki zaspokojone, a na tupnięcie nogą miał się zjawiać i mnie wybawiać. Jak nie - foch (czyt. bierna agresja)
  • Oczekiwałam, że on wypełni wszystkie moje luki. Nie zdawałam sobie kiedyś sprawy z moich różnych problemów emocjonalnych wyniesionych z domu, dlatego od niego wymagałam, że będzie moim terapeutą.
  • Nieustannie stawiałam jakieś wymagania i oczekiwania, wywierałam presje, narzekałam. Skupiałam się na tym czego nie mam, zamiast doceniać i zauważać to co mam.
  • Cały czas miałam o wszystko pretensje. W efekcie całą odpowiedzialność za związek przerzuciłam na niego, zapominając, że ja nie jestem księżniczką na ziarnku grochu.
  • Gdy wracał do domu, ja przyjmowałam postawę męczybuły.

Z facetami jest tak, że oni w pracy i poza domem są jakby na polu bitwy. W tym sensie, że oni muszą 'walczyć' z rzeczywistością, ludźmi, napotkanymi sytuacjami, nie okazując przy tym żadnych słabości. Bo wiecie - chłopaki nie płaczą. Do tego, nierzadko, także zmagają się z presją rodziców na osiągnięcia i sukcesy. Dlatego wracając do domu, chcą czuć, że zaznają tam spokoju, zrozumienia i wsparcia. Gdy zaraz po powrocie do domu, wita ich zrzędliwa partnerka, oni wolą schować się do swojej 'jaskini'. Taki efekt osiągnęłam ja.

Dziś uważam, że dom/związek powinien być azylem dla obojga. Gdy wracam do domu, nie chce by ktoś rzucał się na mnie z nożami, KAZAŁ mi coś robić lub na dzień dobry obrażał się na mnie, bo czegoś się nie domyśliłam. Dziś potrafię zrozumieć, że po pracy można być zmęczonym, że można mieć zły dzień, że czasami się nie chce. Po raz kolejny powtórzę, że związek powinien być wartością dodaną do naszego życia, a nie drogą przez mękę.

soldiers-1002_1280

Partner musi być taki jak ja

Nie ma miejsca na inność. Nie ma miejsca na inne upodobania czy preferencje. Partner MUSI chceć tego co ja, lubić to co ja i robić to co ja. Jeśli jest inaczej, to znaczy, że albo on mnie nie kocha, albo do siebie nie pasujemy i trzeba się rozstać. Koniec kropka.

Taki schemat myślenia miałam przez długi czas. Nie uznawałam różnic między nami. Uważałam, że jeśli ja czegoś chcę i pragnę, on musi wyznawać taką samą filozofię. Każde odstępstwo od tej reguły, było wystarczającym powodem, by zastanawiać się nad sensem tego związku. No bo jak on może nie lubić filmów romantycznych? Jak on może nie chcieć ze mną chodzić na imprezy do klubu? Dlaczego woli piwo od wina? Dlaczego lubi kolor zielony a nie różowy!? Dlaczego nie przepada za kotami? Po co mu tatuaż? Dlaczego nie chce ze mną pić kawy w Starbucksie? I tak dalej i tak dalej.

Sporo czasu minęło zanim zrozumiałam, że każdy z nas jest inny, a w związku różnice między parterami też są dopuszczalne. Przecież zawsze jest coś, co nas łączy, bo coś nas połączyło, bo inaczej nie byłoby chemii. Dlaczego więc wraz z zaawansowaniem związku te różnice zaczynają przeszkadzać? Dlaczego kiedyś nie potrafiłam zaakceptować tego, że ja mam prawo do swoich dziwactw, on ma prawo do swoich, ale w pewnych kwestiach jesteśmy podobni i dzięki temu jesteśmy ze sobą?

Dziś akceptuję, a nawet doceniam te różnice. Dziś mam luz i pozwalam facetowi na bycie sobą. Bo sama polubiłam bycie sobą i nie wyobrażam sobie tego, że ktoś KAZAŁBY mi się zmienić, poświęcić lub nagiąć wbrew własnej woli. I to działa zawsze w dwie strony.

Jeszcze mi tylko z oczu jasnych spływa do warg kropelka słona.
A Ty mi nic nie odpowiadasz i jesz zielone winogrona.
J.Tuwim

Oczywiście, że czasami on zachowywał się tak, że miałam ochotę wziąć klucz i przerysować mu samochód lub przez tydzień gotować tylko makaron. Oczywiście, że on w swojej bezradności na moje dziwaczne babskie zagrywki, miał ochotę ścisnąć mnie jak winogrono i zrobić ze mnie rodzynkę. Tak to bywa w związku. Kluczem jednak jest pamiętanie, że jeśli ludzie darzą się uczuciem, to należy szukać rozwiązania w trudnych sytuacjach, zamiast ciskać się, obrażać, wyzywać czy grozić.

 

Uświadomienie sobie tych wszystkich błędów wymagało ode mnie sporej dojrzałości. Wymagało ode mnie zrozumienia i zaakceptowania siebie takiej, jaką jestem. Wymagało ode mnie zdystansowania się do pewnych osób, a przede wszystkim zaufania samej sobie i wiary w swoje wybory. Dziś wiem, czego chcę i dziś wiem, że gdy istnieje między dwojgiem ludzi uczucie, to przy dobrych chęciach i odpowiednim podejściu na prawdę można osiągnąć porozumienie.

 

- Ty wiesz co ja robię?
- Wiem.
- I nie przeszkadza ci to?
- Pewnie, że mi przeszkadza - powiedziałem - Ale wolno mi się w kimś kochać, nawet jak coś przeszkadza. Zawsze zresztą coś przeszkadza.

Marek Hłasko

  • wszystkie porady związkowe czerpałam z bravo girl, bravo, popcornu itp. Takze wiem, co to znaczy być chujową partnerką, lepiej niż myślisz;)

    • Tez czytałam Bravo i Popcorn;) Sekcja ‚porady zwiazkowe’ (czy jakos tak) była moją ulubioną. Niestety nijak nie pomogło mi to w zyciu i związkach.

      • Tam zawsze jakaś Kasia czy inna Basia rzekoma psycholog radziła co robić:) smutne, że całe pokolenia kobiet czytały i wierzyły w takie pierdoły;p

  • No dobra przyznaję- trochę chujowa była z Ciebie partnerka 😛 ;).
    Ale najważniejsze jest to Ty teraz o tym dobrze wiesz i potrafisz teraz zbudować wartościowy związek. A że natrafiłaś jeszcze na fajnego faceta- potencjał jest. A Mama za przeproszeniem niech się zajmie sobą 🙂

  • Nikt nie jest idealny, plus dla Ciebie, że potrafisz sobie uświadomić swoje wady!

  • Punkt pierwszy i ostatni znam, ale trochę z innej strony. Nie ja taka byłam, a ta druga osoba. To jest strasznie irytujące. Nie mogłam przetłumaczyć partnerowi, że będąc w związku każdy i tak ma prawo do swojego życia i własnych zainteresowań. Ale wszyscy popełniamy błędy i mamy prawo do ich naprawy. Sama też ciągle uczę się na własnych, bo chociaż nie takie, to inne na pewno popełniam. Nie ma ludzi idealnych, ani idealnych związków 🙂

    • Mysle ze fajnie jest moc naprawiać te błędy razem. Gdy jest uczucie to zostac i pracowac nad związkiem. Ja odeszłam :/

  • Byłam taka sama jak Ty 😉 nic dziwnego, że związek się posypał :D. Dobrze, że nauczyłyśmy się na błędach i teraz przynajmniej wiemy jakich gaf nie popełniać 😉

    Bardzo dobry wpis! 😉

    • Dzieki. Przynajmniej nie czuje sie juz az tak chujowa 😉

  • Bradzo fany i dobry wpis. Wchodząc w związek, nie należy swojego świata ograniczać – zgadzam się w 100%. Musimy dać przestrzeń zarówno sobie jak i drugiej osobie. W końcu jesteśmy dwojgiem ludzi, a nie jednością :).

  • moim zdaniem, jeżeli obydwoje byliście w tamtych związkach szczęśliwi, to wcale nie byłaś chujową partnerką. to normalne, że ludzie całe życie się uczą. związki ewoluują. stają się coraz lepsze (a przynajmniej powinny ;)). najważniejsze, żeby uczyć się na błędach. myślisz, że teraz już jest ok, ale może za następne 10 lat też spojrzysz w przeszłość i stwierdzisz, jaką byłaś chujową partnerką 😉 bo zawsze jest coś, czego nie wiemy. zawsze można żyć jeszcze lepiej.

    • Ja z perspektywy czasu uwazam, ze zamiast odchodzić, gdy uczucie wciaz jest, warto popracować nad związkiem. Ale coz, ja swoich błędów wtedy świadoma nie bylam w ogole 🙁

  • Mrrr, na moim blogu tak grzecznie, jak miło choć zobaczyć przekleństwa 😉 Ja usłyszałam kiedyś od męża słowa, które wtedy mnie wzburzyły, a z biegiem lat zaczynam je coraz lepiej rozumieć. Na pytanie „to jaką ty chcesz mieć tą żonę?” on odpowiedział „szczęśliwą!”

    • No i to jest wspaniała odpowiedz 🙂

  • (Post był naprawdę dobry, bo siedzę, gapię się w przestrzeń i myślę)

    Też byłam chujową partnerką. Nie miałam prawie żadnych wzorców i chyba za bardzo chciałam, żeby ten związek się udał. Tak bardzo chciałam, że w pewnym momencie już sama nie wiedziałam kim ja tak właściwie jestem.
    To co Ty napisałaś o tym azylu i oazie spokoju, ja umieściłam pod hasłem „Ty i ja kontra świat” – czasami to jedno zdanie przypomina mi o co tak naprawdę chodzi i z miejsca się ogarniam 🙂

    • Ty i ja kontra swiat – zapisze sobie! 🙂

  • aleksandra

    Genialny post przeczytałam od deski do deski i wszystko pasuje jak ulał do mnie. Najgorsze jest to, że jestem jeszcze na tym etapie bo ciężko z tego wyjść. Chociaż aktualnie nad tym pracuje. Będę wracać do Twojego artykułu.
    http://okiemlesbijki.blogspot.com

    • Dziele sie swoimi błędami, zeby inni mogli wyciągnąć z nich wnioski szybciej niz ja. Polecam sie na przyszłość 🙂

  • Ola

    Idealnie w czas ten post… trochę mi otworzył oczy chociaż niby wszystko wiedziałam. Muszę się ogarnąć 😉

  • Może to zabrzmi dziwnie, ale ja buduję związek tak, by nie było w nim rzeczy, które przeszkadzają mi w innych związkach. Staram się nie popełniać błędów moich rodziców, siostry, przyjaciół. I daję żyć (mam taką nadzieję), a wg mnie jest to bardzo ważne w związku 🙂

  • Kawoszka

    Ostatni cytat bardzo trafny 😀 Bo tak już jest, że nigdy idealnie nie jest i zawsze coś nam przeszkadza w drugiej osobie 🙂 Fajnie jeśli potrafimy mówić sobie o pewnych rzeczach nie wytykając ich non stop partnerowi i nie naskakując na niego za każdym razem z postawą „zrób to natychmiast tak jak ja chce!”
    Związek to trudna sztuka. Wymaga jednoczeście dużo pracy i po prostu luzu. Bo wkońcu jest się razem dla miłości i miłych chwil, a nie wiecznej walki o niespełniony ideał.

    • Ty jak napiszesz komentarz to nie mam juz nic do dodania. Amen 🙂

  • Fajnie to wszystko ujęłaś. Też powielałam wiele błędów jeszcze kilka lat temu, z niektórymi mam problem do dziś, ale mam ich świadomość- a to podstawa. Na szczęście mama nigdy mi się tak nie wtrącała 🙂 Pozdrawiam

    • Dobrze jest móc uświadomić sobie błędy i je naprawiać, nim zacznie się sabotować związek i odchodzić. A niewtrącanie się mamy to zawsze wychodzi na plus 🙂

  • Julka :)

    Świetny post, oby takich więcej!

  • Kazdy z nas uczy sie na bledach… Jak to mowia „Madry polak po szkodzie” ale niestety na tym opiera sie swiat, nikt nie jest taki sam, nikt nie jest idealny i czasami ludzie choc podobni to bardzo sie roznia 🙂

  • Wow. Muszę przyznać, że czytanie tego wpisu było dla mnie dość bolesne, ponieważ czuję się, jakbym czytała o sobie i o swoich problemach. Poważnie, bazując na tym wpisie możnaby stwierdzić, że jesteśmy niemal identyczne. Też byłam chujową partnerką i dalej czasami jestem, ale bardzo się staram zwalczać to w sobie. Ja też przy wielu kłótniach groziłam rostaniem i kazałam się wynosić, aż zdałam sobie sprawę, że przecież związek musi dawać poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Dalej czasami mam już takie groźby i życzenia na końcu języka, ale powstrzymuję je, bo wiem, że to bardzo niesprawiedliwe. Fochy, pretensje, wymagania, ciągła krytyka – cała ja.
    I co najgorsze – ,,Partner musi być tak jak ja”. Po przeczytaniu tego, co napisałaś w tym podpunkcie, jakoś bardziej dotarło do mnie to, jak irracjonalnie się zachowuję i jak bardzo chore jest to, żeby wymagać od osoby, którą się kocha, żeby miała takie same upodobania, preferencje i w ogóle była identyczna jak my. Przez długi czas próbowałam zrobić ze swojej miłości swojego klona i nierzadko do szału doprowadzało mnie to, że myśli inaczej lub lubi coś innego. Z jakichś powodów było to dla mnie irytujące i kompletnie niezrozumiałe. Dalej się na tym czasami przyłapuję. Ale staram się zmienić i chyba idzie mi to coraz lepiej.
    Kolejną rzeczą, która nas łączy to problem z ,,odcięciem pępowiny”. Co prawda mam dopiero 20 lat, ale już męczy mnie to, że na tak wiele decyzji ma wpływ moja mama. Czasami wmawiam sobie, że nie ma żadnego, ale często przyłapuję się na myślach w stylu ,,Co powiedziałaby moja mama?” i bardzo się obawiam tego, że już nigdy od nich się nie uwolnię. Ale skoro Tobie się to udało, to i ja mam nadzieję, że kiedyś przestanę martwić się opinią mamy.
    Trochę się rozpisałam, ale Twój wpis miał dla mnie naprawdę szczególne znaczenie 🙂 Pozdrawiam!

    • Cieszę się, że swoim wpisem mogłam Tobie uświadomić Twoje błędy. Ja wiele bym dała, bym tą mądrość posiadała KIEDYŚ, być może wtedy mój związek potoczył by się inaczej 🙁
      Jeśli uświadomisz sobie błędy to łatwiej nad nimi pracować i nie rzucać związku po kilku kłótniach.
      P.S. Polecam książkę „Kobiety z Wenus, Mężczyźni z Marsa” Greya. To właśnie ta lektura otowrzyła mi oczy.

  • Nie będę tutaj dopisywał kilku kolejnych zdań, które będą tym wszystkim co napisałaś, tylko napisanymi przeze mnie. Sam przejechałem się na tym, że chciałem, żeby było dobrze. Chciałem się dopasować i sprawić, żeby to dopasowanie działało w obydwie strony.

    Teraz kiedy już wiem, że to nie jest najważniejsze, czekam, żeby rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu, albo, żeby ktoś pomógł mi go rozpocząć 🙂