Dlaczego nie kocham siebie

Moja pewność siebie jest pozorna. Moja pewność siebie jest na pokaz. Moja pewność siebie jest podszyta strachem.

Strachem przed odrzuceniem.
Strachem przed zranieniem.
Strachem przed krytyka.
Strachem przed oceną innych.

Ludzie myślą, że jestem taka poukładana, taka pewna siebie, taka silna. A to wszystko maska. Fasada. Pozory. Bo w środku jestem niczym ze szkła. Czasami wystarczy jeden komentarz, krytyczna sytuacja, dezaprobata otoczenia i w środku jestem cala roztrzaskana. Moja duma nie pozwoli mi tego po sobie poznać, ale będę różne sytuacje przeżywać, przeżuwać, rozkminiać.

Ale skąd tak? Dlaczego tak?

Bo nie kocham siebie.

No ale dlaczego? Jak to tak?

Nie wiem. Powodów pewnie jest całe mnóstwo. Zwykle doszukiwać ich się można w dzieciństwie, obwiniając rodziców. Ale przecież nie jestem już dzieckiem, więc skąd ten dzieciak wciąż we mnie siedzi? Taki słaby, taki skruszony, taki niemądry?

Jak praktykuje niekochanie siebie?

W najczystszej postaci. Kochając tych, którzy mają na mnie destrukcyjny wpływ, naiwnie wierząc, że jeśli uratuje ich, uratuje siebie i nadam swojej osobie sens.

Nieustannie powtarzam ten sam schemat, choć po każdym miłosnym rozczarowaniu obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej. Że tym razem nie dam się omamić czułymi słówkami i obietnicami bez pokrycia. Obiecuję sobie, że tym razem będę mądrzejsza. Silniejsza. Rozważna, a nie tylko romantyczna.

Ale skąd to, ale jak to?

Bo mam osobowość tzw. empatyczną. Czasami chce wierzyć, że to dar jednak w większości przypadków to jednak przekleństwo...

Ten wpis nie ma puenty. Ciąg dalszy nastąpi, bo mój blog o poznawaniu/poszukiwaniu siebie wraca do życia.