zmarnowany czas

Jak dobrze zmarnować swój czas

Jak sobie spojrzę na minione dwa lata mojego życia, to mam poczucie, że nic się w nim nie wydarzyło. Żadnych spektakularnych zmian, przewrotnych decyzji, żadnych ślubów, dzieci ani awansów. Nie wspięłam się po drabinie kariery, nie zdobyłam żadnych certyfikatów ani dyplomów, nie przeczytałam tony książek. Nie ma co, przebujałam się jakoś przez te 24 miesiące. Przez chwilę miałam nawet wyrzuty sumienia, że zmarnowałam czas. To jednak nie do końca prawda.

Znacie to uczucie, kiedy nie wiecie co ze sobą zrobić?

Kiedy macie na siebie milion pomysłów, a jednocześnie żadnego? Serfujecie po internecie w poszukiwaniu inspiracji i motywacji, a w efekcie jesteście jeszcze bardziej pogubieni od nadmiaru informacji? Bombardowani z każdej strony sposobami na udane życie, czujecie presję, by w końcu COŚ ZE SOBĄ ZROBIĆ, ale im bardziej o tym myślicie, tym bardziej wpadacie w dołek?

Byłam tam.

Pamiętam tą niedającą mi spokoju myśl - OGARNIJ SIĘ, DOROŚNIJ, MUSISZ SIĘ W KOŃCU OKREŚLIĆ! Ale ja nie wiedziałam jak! Nie wiedziałam co! Od czego zacząć! Kim ja właściwie jestem? Jaka jestem? Co lubię? Co chcę w życiu robić? Aaaaaaa NIE WIEM!!!!!

Wszystko wzięło się z tego, że ja nigdy tak na prawdę nie miałam możliwości, by spędzić czas tylko ze sobą i pomyśleć.

Cały czas goniłam za spełnieniem oczekiwań społeczeństwa, mody i trendów, a przede wszystkim mojej mamy. Niestety znów pojawia sie ten motyw, ale faktem jest, że byłam pod jej dużym wpływem. Jej gadanie nieźle mieszało mi w głowie i w rezultacie nie zastanawiałam się nad tym, czego chcę JA, tylko krążyłam wokól tego, czego chce MAMA.

Nie było łatwo, bo: miałam pracę - a gdzie chłopak, miałam chłopaka - a kiedy ślub, nie będzie ślubu - to chociaż dziecko, a kiedy dom wybudujesz, a kiedy będziesz więcej zarabiać, a kiedy to, a kiedy tamto i dlaczego tak, a nie inaczej. O maaamooo! Właśnie dlatego wyjechałam z Polski!

Układ prawie idealny

Przez jakiś czas miałam ten komfort, że nie musiałam pracować. To znaczy pracowałam z doskoku, ale nie musiałam tego robić regularnie. Mianowałam się więc PANIĄ DOMU. Wiecie - gotowanie, sprzątanie, obiadki, deserki, zakupy i pranie. Takie tam przyziemne sprawy. Sprawiało mi przyjemność zajmowanie się domowym ogniskiem.

Niestety - po jakimś czasie zaczęłam świrować. Okazuje się, że całkowite odcięcie od świata jest cichym zabójcą. Powoli wyniszcza Cię od środka. Nagle boisz się wyjść do ludzi, bo nie wiesz jak z nimi gadać, poza tym - o czym!? Z drugiej strony, zaczyna brakować Ci towarzystwa, bo jednak człowiek to istota społeczna. I tak się stoczyłam w otchłań dołków, łez, samokrytyki, poczucia beznadziejności, smutku, płaczu, obojętności, generalnie - prawie depresja.

Uświadomiłam sobie, że właśnie to rozgrzebywanie przeszłości i analizowanie każdego mojego gestu doprowadza mnie na skraj wytrzymałości psychicznej.
Po powrocie troszkę sobie odpuściłam. Dalej byłam smutna i pogubiona, ale postanowiłam to w sobie stłumić. Tym samym (paradoksalnie dość), porzuciłam terapię, bo uświadomiłam sobie, że właśnie to rozgrzebywanie przeszłości i analizowanie każdego mojego gestu doprowadza mnie na skraj wytrzymałości psychicznej. We wszystkim dopatrywałam się drugiego dnia, co zupełnie nie pomagało mi stanąć na nogi. Bez sensu.

I to własnie okazało się dość przełomowe.

Niedługo po tym postanowiłam się przeprowadzić, w międzyczasie odwiedziłam Polskę, dostałam zdrowotnego oświecenia, potem pojawiły się koty, weganizm no i ten blog. Przestałam mówić TAK, gdy myślałam NIE, usunęłam ze swojego życia ludzi, którzy nic do niego nie wnosili, ograniczyłam oglądanie seriali, które zaburzały moje poczucie rzeczywistości, przestałam się bać szczerości oraz otworzyłam na nadchodzące zmiany. No i niestety kluczową rolę odegrało ograniczenie kontaktu z mamą do minimum...Wszystko zaczęło powoli układać się w jakąś sensowną całość. Zaczęłam w końcu poznawać siebie...

gradowa

Jak dobrze zmarnowałam czas?

W dość wielkim skrócie opisałam wam syf z jakim zmagałam się przez ostatnie dwa lata. Być może mogłam ten czas wykorzystać lepiej, wziąć się za siebie wcześniej lub starać się bardziej. Mogłam, ale NIE UMIAŁAM. Bo nie rozumiałam siebie. W ogóle. Każde zetknięcie z rzeczywistością, było dla mnie jak walka z wiatrakami - przegrywałam, bo nie wiedziałam KIM JESTEM! Jakie są moje słabości? Jakie atuty? W czym jestem dobra, a co powinnam odpuścić? Jakie są moje granice wytrzymałości? Skąd się bierze mój smutek, a z czego mam ochotę śmiać się do utraty tchu?

Teraz wiem, że dobrze zmarnowałam czas, bo po raz pierwszy w życiu wsłuchałam się w siebie.

Po prostu. Zaczęłam słuchać siebie. Przestałam gonić za spełnianiem oczekiwań innych. Dzięki temu:

Zrozumiałam, że potrzebuję kontaktu z ludźmi.
Nawiązywanie nowych znajomości uświadomiło mi, że sama jestem swoim największym krytykiem, co w ogóle nie ma przełożenia na to, jak postrzegają mnie inni. Poza tym, to ważne móc od czasu do czasu spotkać się z kimś na kawie i pogadać o pierdołach.

Zrozumiałam swoje błędy i przyznałam się do nich.
Przez długi czas byłam skupiona tylko na sobie i swoich zranieniach. Dziś potrafię spojrzeć na niektóre sprawy z dystansu, przeprosić i zaakceptować fakt, że czasami człowiek nawala.

Nauczyłam się odpuszczać.
To dotyczy głównie perfekcjonizmu w domu. Zawsze narzucałam sobie taką presję, że muszę być idealną panią domu, idealną partnerką, inaczej nie będę warta miłości. Dziś wiem, że nieugotowany obiad, skarpetki na podłodze, czy nieumyte naczynia przez kilka dni, nie są wyznacznikiem dobrej relacji, a przede wszystkim nie określają mnie jako złej osoby czy chujowej pani domu.

Zrozumiałam, że praca jest ważna.
Fajnie było przez jakiś czas nie pracować, ale już mi wystarczy. Zaczęłam odczuwać pustkę, bo brakowało mi tego poczucia przynależności, bycia ważną i potrzebną - to jest dla mnie istotne, dlatego nie wyobrażam sobie pracować gdzieś, gdzie nie czuję się dobrze.

Uświadomiłam sobie, że lubię zmiany.
Pierwszy przebłysk miałam, gdy wyjeżdżałam do Londynu, kiedy dotarło do mnie, że mnie wcale nie zależy mi na STABILIZACJI i pracy od do. Potem o tym zapomniałam i wiodłam nudne, przewidywalne życie. Odbijałam to sobie, zmieniając aranżację naszego pokoju średnio raz w miesiącu. Dziś wiem, że nie chce się do niczego na stałe przywiązywać.

Zrozumiałam swój introwertyzm.
Teraz już nie biczuję się za to, że pewne sytuacje społeczne sprawiają mi trudność, ale jednocześnie dumna jestem z siebie za każdym razem, gdy przełamuję swoje lęki.

Zaakceptowałam siebie taką, jaka jestem.
Patrzę na swoje fałdki w lustrze i już ich nie nienawidzę, bo wiem, że sama je sobie wyhodowałam. Dlatego teraz współpracuję ze swoim ciałem i dbam o nie jak należy. Nie biczuję się za to, że czegoś nie umiem, bo wiem, że nie we wszystkim muszę być najlepsza. Nie staram się nikomu przypodobać na siłę - albo lubisz mnie taką, albo spadaj na drzewo.

Zmieniłam swój stosunek do przyjaźni - o tym pisałam TUTAJ.

Co zrobić ze swoim życiem?

Ja wiem, że każdy z nas odczuwa presję, by wiedzieć co ze swoim życiem zrobić już TERAZ, a siedzenie na tyłku nie jest mile widziane. Sama od niedawna uważam, że warto się zmobilizować i zacząć COŚ ROBIĆ, ale jednocześnie rozumiem, że pewne decyzje wymagają czasu. Że czasami musimy się zaszyć pod kołdrą i nie wynurzać spod niej przez dzień, tydzień, miesiąc a nawet i rok. Wiem także, że poznanie siebie nie jest takie łatwe, no bo kiedy? Ledwo człowiek pójdzie do szkoły a już zarzuca mu się wymagania, oczekiwania, matura, studia, praca, hobby, żona, dzieci, mąż! Zawrotu głowy idzie dostać.

Dlatego ja gradowa mówię wam: odpuśćcie. Jeśli nie wiecie kim jesteście: odpuśćcie. Jeśli nie wiecie, co chcecie robić: odpuśćcie. Jeżeli czujecie, że nie jesteście gotowi na zmianę: odpuśćcie. Czujecie się aktualnie smutni i przygnebieni: pozwólcie tym uczuciom przepłynąć przez was. Ja musiałam osiągnąć dołek, by mieć się od czego odbić. W sumie to prawie się topiłam w morzu łez, ale jak widać - przeżyłam.

Jak poznać siebie? Na chwilę zwolnić i wsłuchać się w siebie. W swoje myśli, odczucia, w swoje ciało. Zacznijcie zwracać uwagę na to, jak reagujecie w danych sytuacjach, jak zachowujecie się w danym otoczeniu. Cała reszta przyjdzie z czasem. By wiecieć CO robić, trzeba wiedzieć Z KIM to robić. A tym KIMŚ jesteś TY. Warto poznać siebie, by wybrać właściwą dla siebie drogę. Ale to wymaga czasu. Dlatego:

Zmarnuj swój czas dobrze: poznaj siebie.

Na spokojnie. Po swojemu.

  • Bardzo osobisty wpis, który chyba nie wymaga komentarza.
    To niezwykle ważne próbować poznać siebie. Odnajduję siebie w niektórych zdaniach. Perfekcjonizm, próba zadowolenia wszystkich dookoła, ucieczka. Jak ja to dobrze znam!

    • Mam wrażenie, że to domena kobiet. Ważne, że potrafimy to dostrzec i podejmujemy próby pracy nad sobą. W końcu robimy to dla siebie samych.

  • Bardzo dobry wpis. Dobrze rozumiem te uczucia. Ja z każdym rokiem czuję się ze sobą lepiej właśnie dlatego, że lepiej rozumiem siebie, wiem już co jest dla mnie ważne, co nie i że czasem warto odpuścić (także sobie jeśli przez jakiś czas czujemy, że się nie rozwijamy, że nie wiemy co ze sobą zrobić).

    Punkty o dzieciach, zmianach, introwertyzmie ale też potrzebie kontaktu – wypisz wymaluj ja (nie umniejszając Twojej wyjątkowości! 🙂 )

    • Widzisz Kasia, dlatego mamy taki flow 😉

  • Joanna Narel

    Świetny wpis, ja również w pewnych fragmentach czytałam o sobie. Nawet mam pewne przemyślenia odnośnie tych fragmentów, ale to już zostawię dla siebie – przyda się! 🙂
    Pozdrawiam Cię !

  • Też sobie pozwoliłam na takie zmarnowanie czasu. Dałam sobie też jak Ty blisko dwa lata, by nie skupiać się na tym jaką perfekcyjną córką, dziewczyną, studentką czy pracownicą muszę być. Dziś wiem dokładnie czego chce od życia. Wiem, że człowiek, z którym spędzam najwięcej czasu -czyli ja sama – to najlepszy człowiek na świecie, który potrzebował czasu, by to wszystko w sobie odkryć. Trudno sobie na to pozwolić, nie każdy ma taką okazję, może odwagę ale czasami, kiedy człowiek już zupełnie nic nie wie warto. Zdecydowanie pomaga. 🙂

    • Minęły 3 miesiące od tego wpisu. Nadrabiam teraz zaległości i czuję potrzebę, by być bardzo bardzo zajętą. Tylko nie wiem od czego zacząć! Człowiek tak łatwo i szybko wypada z obiegu! :/

  • Przeczytałam całość i.. czasami to tak jakby o mnie. Największym błędem jest, gdy chcemy na siłę uszczęśliwiać innych, zapominając by przede wszystkim uszczęśliwiać siebie. Ludzie zawsze będą gadać i ustawiać cudze życia po swojemu, co z tego, że im ulegniemy, jak codziennie będziemy czuć się źle. Trzeba znaleźć coś, co da nam szczęście i po prostu to robić. A ci prawdziwi przyjaciele i szczerze życzący nam ludzie zostaną. Dla reszty nie warto tracić czasu.

    • Czy Tobie udało się znaleźć to co daje Ci szczęście?

  • Bardzo szczery wpis. Myślę, że w pewnym stopniu mogę sie z Tobą zidentyfikować. Choć moja sytuacja jest troche inna, gdyż ja właśnie mam dzieci, ale za to nie pracowałam do grudnia zeszłego roku i przez 4 lata wstecz i uwierzyłam w to, że nic dobrego i ciekawego już nie wymyślę. Dzięki tej pracy i wyrwaniu sie z domowych obowiązków zrozumiałam ile mam w głowie pomysłów i że nie muszę bać się ludzi. W końcu dostałam kopa i wyszłam z tego wielkiego doła w jakim tkwiłam. Życzę nam powodzenia 😉
    Ps. Też ruszyłam z blogiem 😉

    • Minęły 3 miesiące i niektore spojrzenia na swiat lekko mi sie zmienily. wyglada na to, ze czlowiek samego siebie odkrywa i poznaje przez cale zycie 🙂
      Blog widzę idzie pełną parą, gratuluję i zycze dalszych sukcesow!

  • Gratuluję otwartości. Ja bym się przejmowała co pomyślą inni- tego jeszcze nie mogę sobie „odpuścić”, ale pracuję nad tym. 😉 Powodzenia w realizowaniu siebie.

    • To sie chyba z wiekiem troszke zmienia, to przejmowanie sie, co pomysla inni, choc czasami jeszcze musze to w sobie zwalczac. Najgorzej jest wtedy, gdy chce wypasc perfekcyjnie i martwie sie tym, co pomysla inni, gdy mi sie podwinie noga. Ehh ten perfekcjonizm ;/