Kobieca sinusoida

Chwilowo czuję się umysłowo lekko upośledzona. Mam spowolnioną reakcję na bodźce z zewnątrz, a odporność na stres jest znikoma. Zapytana o coś, patrzę się tępo, poszukując szarych komórek pracujących, by w efekcie odpowiedzieć 'Co?'. Jestem bliska płaczu, gdy sprzęty wszelakie odmawiają posłuszeństwa. Nie mam się w co ubrać, bo przecież we wszystkim wyglądam grubo. Mam ochotę walnąć focha na wieczne nigdy, gdy ktoś nie odpisze mi na wiadomość w ciągu 2 minut. Ponadto budzi się we mnie hejt do świata i ludzi, czyli skłonności konfliktowe. Tylko dystans i dojrzałość ratują mnie z tej opresji.

Dojrzałość oraz świadomość. Świadomość tego w której fazie cyklu obecnie się znajduje. W TEJ fazie, kiedy wszystko jest lekkim wkurwem i wielką rozpaczą. Ale spokojnie, to tylko hormony. Zrozumienie jak funkcjonuje mój organizm na 28-dniowej osi czasu, pozwoliło mi w pełni zaakceptować swoją kobiecą naturę. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że miesiąc podzielony jest na 5 faz.

#1

Sam okres jest tak na prawdę ulgą. Ok trochę bolesną i niekomfortową, ale jednak ulgą. Jestem w sumie szczęściarą, bo wszystko trwa u mnie zaledwie 3-4 dni. Osobiście uważam, że dzień pierwszy powinien być dniem wolnym od pracy lub przynajmniej z możliwością pracy z domu, w domowych pieleszach. Wcale nie chce mi się wtedy czekolady. Chce mi się ibupromu i snu.

#2

Następnie przychodzi 2 dniowe osłabienie. Traktuję się wtedy słodyczami (w nadmiarze) lub kawą, ale to niespecjalnie pomaga, tak samo jak nie działa walenie pilotem od TV w podłogę, gdy oczywistym jest, że trzeba po prostu wymienić baterie. W dalszym ciągu sen jest moim najlepszym przyjacielem. Sen poprzedzony kieliszkiem wina. Lub dwoma.

#3

Owulacja kojarzy mi się z rozkwitem kwiatu, który w swym pełnym kształcie jest gotowy do zapylenia. Dosłownie! Haha. Nie narzekam na swoje odbicie w lustrze. W tym czasie moja cera promienieje, oczy błyszczą. Nie będę ukrywać - jestem wyjątkowo w tym okresie wrażliwa na męskość. Męski zapach perfum potrafi mnie rozkojarzyć, a wyobrażnia podsuwa wtedy kosmate myśli. Matka natura dobrze to sobie wykombinowała.

#4

W tej fazie lubię siebie najbardziej. Jestem wtedy w pełni sobą. Odważna, wyluzowana, uśmiechnięta, przebojowa, waleczna, kobieca, pozytywna. Lubię siebie, lubię ludzi, lubię świat. Jest po prostu normalnie. Stabilnie. Nie jestem rozemocjonowana. Jestem racjonalna. Chce mi się chcieć. Obcy jest mi hejt. Tak jakby matka natura pomagała mi znaleźć partnera w rozważny sposób.

#5

Zamknięcie cyklu czyli we wstępie opisany PMS. Trochę wkurwu, trochę łez. Paradoksalnie wcale nie chce mi się być wtedy suką. Chce mi się przytulać i chce by do mnie nie gadać. Jeśli płaczę, nie pytaj dlaczego, bo odpowiem Ci wtedy, że BO TAK!