Padnij! Powstań! Czyli jak sobie radzić z niepowodzeniami

Potraficie sobie wyobrazić, jakie życie byłoby cholernie nudne, gdyby zawsze wszystko się nam udawało, szło po naszej myśli i generalnie tętniło wieczną szczęśliwością i sukcesami? Nuda do wyrzygania! To że nuda to jedno, ale człowiek ma to do siebie, że gdy jest dobrze, to z czasem przestaje to doceniać! Wtedy to już nie jest nuda. Wtedy to już jest tragedia, bo brakuje nam stymulacji do dalszego rozwoju.

Tak sobie myślę, że czasami po prostu trzeba upaść. Dostać od życia w policzek. Doświadczyć odrzucenia, zranienia i zawodu. Trzeba trafić w ślepy zaułek lub zgubić się w labiryncie życiowych wyborów. Trzeba się czymś lub kimś rozczarować. Trzeba popełnić błąd. Jeden. Dziesięć. Sto. Życie kurwa, życie. Dostajemy więc co jakiś czas obuchem w głowę i tylko od nas zależy kiedy i jak podniesiemy się z kolan. A podnieść się trzeba. Prędzej czy później.

Generalnie ja radzę sobie z porażkami dość średnio, to muszę przyznać. To znaczy... w sumie... no może nie do końca! Bo jak tak sobie teraz pomyślę, to przebiega to u mnie etapami i tylko w pierwszym odruchu strasznie załamuję się niepowodzeniem. Najczęściej objawia się to u mnie taką postawą:

- Co się stało?
- Nic
- No przecież widzę!
- Nic
- Ok. To co się stało?
- [ryk]

Gdy już poużalam się trochę nad sobą, ponarzekam jaki ten świat jest głupi i niesprawiedliwy, przechodzę do ataku. Siebie. Zaczynam się obwiniać za swoją porażkę. Myślę o tym, że jestem beznadziejna, do niczego się nie nadaję, nikt mnie nie chce, nie lubi i nie kocha. Że najlepiej będzie jeśli wystrzelę się w kosmos i wrócę w następnym tysiącleciu na przykład w postaci mrówki, którą natychmiast ktoś rozdepcze. 

Na szczęście dość szybko przechodzę do kolejnego etapu: wkurw. A jak wiadomo na wkurwie można góry przenosić, kiedy to nagle uświadamiasz sobie, że kto jak nie Ty. Że dasz radę i jakoś to będzie. I się podnosisz. I walczysz znowu. Dalej. Po raz kolejny. Bo w życiu trzeba sobie przecież kurwa radzić!

Ostatnio zafundowałam sobie niezłe Tsunami w życiu. Ot cała ja. Mistrzyni komplikowania sobie życia i kombinowania na wszystkie możliwe sposoby, co by tu spsuć, co by tu ulepszyć. I wiecie... bywa różnie. Jednego dnia jestem pewna, że wszystko będzie dobrze i chce mi się walczyć o swoje lepsze jutro, a drugiego dnia nie wiem już nic i załamuję się tą niewiedzą. Na szczęście, kiedy wszystko sprowadzę do wspólnego mianownika, to wychodzi na to, że tragedii nie ma, no bo zawsze może być gorzej, a żeby było lepiej, to już zależy przede wszystkim ode mnie.

Swoją drogą, dawno takiego burdelu w głowie nie miałam...

Do rzeczy.

Przemyślałam sobie spraw kilka i doszłam do następujących wniosków, jeśli chodzi o radzenie sobie z niepowodzeniami:

  1. Odrzucenie nigdy nie ma związku z nami.

    To, że ktoś postanowił usunąć nas ze swojego życia, odrzucił nasze podanie o pracę lub nie odpisał na wiadomość, jest wynikiem jego/jej osobistych preferencji lub świadomym/nieświadomym wyborem w tej konkretnej sytuacji. Nie ma to nic wspólnego z nami. Koniec. Kropka.

  2. Przeszłości nie da się zmienić.

    Eureka po raz 1. Po cholerę rozkminiać, że w tej czy tamtej sytuacji mogłam zachować się lepiej lub zrobić inaczej, skoro już nic nie zmienię? Mogę naprawić błąd. Tak. Ale siedzieć na tyłku i rozmyślać co by było gdyby? Strata czasu.

  3. Na przyszłość mamy minimalny wpływ.

    Wiesz gdzie będziesz za 5 lat? Ja też nie wiem. Skąd mam to do cholery wiedzieć? Po co więc załamywać ręce TERAZ, bo przyszłość jest taka niepewna? To bez sensu. Przecież najważniejsze jest tu i teraz. Dlatego...

  4. Rozwiązuj tylko BIEŻĄCE problemy.

    Nie zakładaj najgorszego, nie kreuj czarnych scenariuszy, bo najpewniej sytuacja, którą sobie w głowie wyobrażasz, nie będzie nawet miała miejsca! Skup się na bieżących sprawach do rozwiązania. Teraz jest przyszłością, dlatego tylko TERAZ się liczy! Eureka po raz 2.

  5. Ty jesteś całością.

    Tą błyskotliwą myśl uświadomił mi Włodek Markowicz w swoim wywiadzie z Łukaszem Jakóbiakiem. Zapytany, czy tęskni za chłopakami z Lekko Stronniczy, odpowiedział, że nie, bo to by oznaczało, że bez nich nie jest pełną osobą. Amen. Dlatego przestań uzależniać swoje szczęście od innych ludzi.

Oczywiście pozwalam sobie na to, by czasami się podłamać, zdołować lub czuć zrezygnowana. Każdy ma swoje limity, a poza tym czasami niepowodzenie spada na nas w takim jakimś beznadziejnym momencie, kiedy to trudno nam podejść do sprawy optymistycznie. Ja znalazłam na to sposób i postanowiłam tłumaczyć sobie wszystko tak:

Nie wyszło? Widocznie tak miało być!

Jaka ulga! Uwierzyć w to, że wszechświat tak sobie ułożył scenariusz, że miało nie wyjść. Że być może za rogiem czeka na nas coś innego, coś lepszego! A może porażka ma być lekcją? Że być może musimy się jeszcze czegoś nauczyć, poduczyć, dowiedzieć? A może to lekcja pokory, bo wszystko przyjmowaliśmy do tej pory za pewnik i dopiero upadek pozwoli nam coś zrozumieć?

Tak, użalam się czasami nad sobą. Tak, jestem czasami chodzącą depresją. Tak, zdarza mi się narzekać i tracić wiarę w przyszłość. Tak, upadam. Ale powstaję. Zawsze bogatsza o jakieś doświadczenie. O jakąś lekcję. O jakąś nową refleksję. Ale jednocześnie silniejsza. Zawsze silniejsza.

Bo w życiu trzeba sobie przecież kurwa radzić!

  • Świetny wpis! Dodam jeszcze, że niepowodzenia są ryzykiem działania. A lepiej w życiu działać niż stać w jednym miejscu, nie rozwijając się, nie próbując.. Może się potkniemy, jednak nie zarzucimy sobie, że nie chcieliśmy. Czasami wolę ponieść porażkę, niż do końca życia zastanawiać się, czemu kiedyś nawet nie spróbowałam. A wbrew pozorom przecież częściej się udaje! I jeszcze jedno, jak gdzieś piszemy, a nie dostajemy odpowiedzi, to już problem tamtej osoby, to ona traci kontakt z tak wspaniałą osobą jak my 😀

    • Absolutnie się z Tobą zgadzam. Zdecydowanie warto ZAWSZE podjąć ryzyko, bo nawet jeśli nie wyjdzie tak jak sobie zaplanowaliśmy, to przynajmniej nie wyrzucimy sobie, że nie spróbowaliśmy.

  • Super napisane… 🙂 Lubię do Ciebie zaglądać 🙂

    • Dziękuję Margerytka, cieszę się, że zaglądasz 🙂

  • Po tym poście mogę śmiało napisać, że jesteś typową kobietą 😀 Ja nie mogłabym się użalać nad sobą i jeszcze kopać pod sobą dołek… Nikt mnie nie lubi, życie jest niesprawiedliwe, złe, straszne, okrutne, ludzie też źli i okropni… – o nie! Ja siebie lubię. Życie jest niesprawiedliwe? Może i tak. Złe? W żadnym wypadku. Ludzie? Nie są źli, po prostu są inni. Myślą o mnie źle? No to wyjebane, niech myślą.
    Warto bardziej skupić się na sobie. Dobrze, że dochodzisz w kolejnym etapie do dobrych wniosków, ufff! Choć u mnie nie znalazłoby się „Na przyszłość mamy minimalny wpływ”. Wydaje mi się, że właśnie mamy. Nie mamy wpływu na losowe zdarzenia (ale nimi akurat nie lubię się denerwować, skoro nie mam na to wpływu, tu się z Tobą zgadzam w 100%!), ale na nasze życie w przyszłości owszem 🙂 Kreując swoje wartości, budując odpowiedni związek, spełniając cele… itd.

    • No jestem kobietą, temu zaprzeczyć nie mogę:) Ale na pewno nie użalam się nad sobą i nie kopię pod sobą dołków nieustająco. W sytuacji kryzysowej pozwalam sobie na chwilę słabości i doła po to, by później zdobyć się na refleksję, podnieść z kolan i walczyć dalej.
      Co do wpływu na przyszłość, to może faktycznie nie rozwinęłam tego we właściwy sposób, ale tak – na zdarzenia losowe nie mamy wpływu, ale jednocześnie nie zawsze możemy przewidzieć, że związek w którym pokładaliśmy nadzieje po prostu nie wychodzi (pomimo starań) lub tracimy pracę w wyniku zaistniałych sytuacji w firmie. Uważam, że na to wpływu nie mamy i nie możemy się za to biczować. Bo tak jak napisałam, czasami po prostu nie wychodzi, choćbyśmy nie wiem jak wszystko sobie zaplanowali, jak mocno nad czymś pracowali czy wykreowali swoje wartości. Więc wpływ na przyszłość, jest poniekąd minimalny 🙂

      • „nie możemy się za to biczować” – a no właśnie! 🙂

  • Kawoszka

    Błędy i porażki są nam w życiu tak samo potrzebne jak sukcesy 🙂 Bez nich nie wyciągniemy wniosków, to one pozwalają nam budować lepsze Ja oraz sprawiają, że do pewnych rzeczy nabieramy zdrowego dystansu. Nie zgodze się jedynie z pkt-em pierwszym – jeśli zostajesz odrzucony w związku/pracy, to nie uważam, że powinno się założyć, że nie masz z tym nic wspólnego – nie obwiniajmy się niepotrzebnie, ale wyciągajmy wnioski! Nie dostałam tej pracy? Spróbuję poprawić cv lub przygotuję się lepiej do następnej rozmowy. Ktoś ze mną zerwał? To nie koniec świata, ale po przepłakaniu i poprzeklinaniu tego dupka mogę się zastanowić, czy nie zachowywałam się może jak wariatka? Prawie z każdego dramatu da się wyciągnąć coś dobrego 🙂

    • CO do pierwszego punktu, to może słowo NIGDY jest tu za mocne, ale chodziło mi właśnie o to, by się za wszystko nie obwiniać i nie biczowac, że odrzucenie jest tylko i wyłącznie naszą winą, bo bardzo często wynika po prostu z wytuacji lub wewnetrznych przekonań/opinii drugiej strony.

      Że z dramatu da się wyciągnąć coś dobrego – to jasne – tylko tak to już jest, że w sytuacji trudnej skupiamy się na problemie tak bardzo, że ciężko nam mysleć o tym, że za jakiś czas wszystko się w końcu poukłada, że trudno jest tylko teraz i tylko przez chwilę. Jakąś chwilę.

  • „Generalnie ja radzę sobie z porażkami dość średnio, to muszę przyznać. To znaczy… w sumie… no może nie do końca! Bo jak tak sobie teraz pomyślę, to przebiega to u mnie etapami i tylko w pierwszym odruchu strasznie załamuję się niepowodzeniem” – siostro! <3

    A odnośnie ostatniego fragmentu, to też doszłam do takich wniosków, nawet przetworzyłam sobie znane powiedzonko na moją wersję: "Coś nie wyszło, by mogło wyjść coś" 😀

  • Odrzucenie nie ma związku z nami. To ważny punkt i powinnam go sobie bardziej wbić do głowy, a może raczej do serca, bo mimo mojego całego dystansu do siebie i świata, wciąż lęk przed odrzuceniem psuje mi od czasu do czasu towarzyskie szyki. No, ale pozwalam sobie na to, co do mnie przychodzi, bo tak jak napisałaś, wszystko jest lekcją 🙂