Sorry mamuś, ale jestem już dorosła

Wciąż pytasz siebie, mnie i innych, dlaczego ja się nie odzywam. Spróbuję to jakoś wyjaśnić. Nie wiem czy i jak to zrozumiesz, ale chyba już czas, byś znała moje zdanie w tej kwestii.

Jak wiesz wyjechałam z Polski, bo uznałam, że na tamtą chwilę nic dobrego mnie już spotka. Byłam w prawdziwym dołku. Potrzebowałam zmiany. Potrzebowałam się wyrwać od życia, które wydwało mi się jakoś narzucone z góry, a ja nie miałam nawet czasu, by zweryfikować czego ja chcę i co jest dla mnie dobre.

Kierując się moim dobrem wybrałaś mi liceum, potem studia i kierunek. Podrzucałaś mi artykuły o logistyce, mówiąc, że to przyszłościowe. Choć kompletnie mnie to nie interesowało, wybrałam tą specjlizację tak jak sugerowałaś. Jak być może pamiętasz, przyszedł czas, że uświadomiłam sobie, że psychologia jest czymś co mnie ciągnie. Z waszą pomocą (Twoją i ojca) poszłam na psychologię wieczorowo. Ty nigdy nie byłaś do tego przekonana, w zasadzie czułam, że Ty nie wierzysz w to, że mi się powiedzie w tej kwestii.
W któreś święta pamiętam jak siedziałyśmy we trzy przy stole, już po Wigilii (Ty, A. i ja). Powiedziałaś, że cieszysz się z jednej rzeczy - A. od razu odgadła - na co Ty odpowiedziałaś, że ona zna Cię tak dobrze, że to ona mogłaby zostać psychologiem. Do dziś pamiętam jak strasznie mnie to zabolało. Nigdy o tym nie wspominałam i chyba zupełnie nieświadoma jak bardzo to na mnie wpłynęło, rzuciłam te studia. Uwierzyłam, że się do tego nie nadaję.

Gdy byłam z K., wciąż powtarzałaś, że on musi mi się oświadczyć, inaczej świadczy to o jego braku szacunku do mnie. Wspominałaś wtedy kuzyna, który chyba w tamtym czasie się zaręczył. Znów nie słuchając siebie, uwierzyłam, że ślub i zaręczyny jest tym, czego potrzebuje. Nakręcona tą myślą, nieświadomie zaczęłam psuć ten związek, który w bólach się rozpadł. A ja do dziś się zastanawiam, czy gdybym była trochę bardziej skupiona na sobie, moich uczuciach i swoim związku, to on miałby szansę przetrwać.

Będąc już w Anglii nasze rozmowy najczęściej skupiały się na tym czego nie mam - pracowałam jako kelnerka - pytałaś jak długo, bo przecież to nie jest praca, gdy pracowałam w biurze - pytałaś kiedy coś bardziej ambitnego znajdę niż wklepywanie danych do komputera, gdy pracowałam dla C. - uważałaś, że praca dla chłopaka to nie praca, gdy na jakiś czas postanowiłam zostać panią domu - dopytywałaś o dziecko, potem znów o pracę, potem znów o dziecko i znów o moją karierę.

Wciąż mi powtarzasz, że chcesz abym była szczęśliwa, ale czy na pewno? Za każdym razem, gdy jestem szczęśliwa, Ty to podważasz, dopytując się o to, czego nie mam. Więc zastanawiam się, co jest dla Ciebie wyznacznikiem tego, że jestem szczęśliwa??? Wybudować dom jak A., spłodzić dzieci i wyjść za mąż, nawet jeśli nie jestem pewna, czy tego właśnie chce? Pracować od 8 do 17 w pracy, której nie lubię, ale która przynosi mi stały, choć marny dochód? Czy może podążanie za swoim sercem i cieszenie się chwilą i drobnostkami? Może pozytywne patrzenie w przyszłość, bez zamartwiania się o jutro? Może wiara w siebie, że zawsze sobie poradzę? Może wolnośś, która daje mi możliwość zmiany, kiedy tylko najdzie mnie ochota? Czy mój wiek ma w tym jakieś znaczenie dla Ciebie?

Te kilka miesięcy milczenia, uświadomiło mi jedną ważną kwestię: Ty nie potrafisz lub nie chcesz zaakceptować faktu, że jestem już dorosła i moje życie należy tylko i wyłącznie do mnie. Cokolwiek nie zrobię, są to MOJE dycyzje, bo jest to MOJE życie. Nie jestem już dzieckiem. Zawsze będę Twoją córką, ale już dawno przestałam być dzieckiem! I to jest właśnie powód, dla którego przestałam się odzywać. Bo nie potrafisz zaakceptować, mojego dorosłego życia, które być może nigdy nie będzie zgodne z Twoimi przekonaniami czy światopoglądem! Wierz mi - ja chcę być w życiu szczęśliwa - ale po swojemu. I nie ważne ile czasu zajmie mi poszukiwanie tego szczęścia, czy będę musiała zmieniać swoje życie co dwa, trzy lata. To ja decyduje o tym co jest dla mnie szczęściem i póki nie dzieje mi się żadna krzywda, Twoje zamartwianie się, że w wieku 31 lat nie mam jeszcze dzieci jest zupełnie bezpodstawne. Bo może ja wcale ich nie chce mieć? Pomyślałaś kiedykolwiek o tym? Jesteś w stanie zaakceptować fakt, że być może właśnie tak widzę swoje życie i właśnie to sprawia, że jestem/będę szczęśliwa?

Chcę żyć po swojemu. Nie chcę całe życie wysłuchiwać tego, jak powinnam ulepszyć wszystko, by zblizyć się do TWOJEJ idealnej wizji mojego szczęścia. Jestem dorosła. Powtarzałam to już kilkakrotnie, ale będę powtarzać to tak długo, aż zrozumiesz.

Nie mogę obiecać, że będę się więcej odzywać. Być może tak, a być może nie, bo wkońcu chcę na prawdę skupić się na sobie i na tym czego JA chcę, a nie na tym, co mówią lub sugerują mi inni.

To czego potrzebuję to wiara, że zaczniesz w końcu akceptować moje wybory i moje życie takim jakim jest. Nie obchodzi mnie jak żyją dzieci Twoich znajomych, a właśnie o nich słyszałam przy każdej naszej rozmowie. Nie chcę też być całe życie porównywana z A., bo my jesteśmy innymi osobami - powinnaś to chyba już wiedzieć.

Nie wiem czy to wyczerpuje temat, ale musiałam to w końcu z siebie wyrzucić.