O czasie dobrze zmarnowanym, czyli jak poznać siebie

W moim zyciu po 30-tce nic się wielkiego nie wydarzyło. Żadnych spektakularnych zmian, przewrotnych decyzji, żadnych ślubów, dzieci ani awansów. Nie wspięłam się po drabinie kariery, nie zdobyłam żadnych certyfikatów ani dyplomów, nie przeczytałam tony książek. Przez chwilę miałam nawet wyrzuty sumienia, że zmarnowałam czas. To jednak nie do końca prawda.

Znacie to uczucie, kiedy nie wiecie co ze sobą zrobić?

Kiedy macie na siebie milion pomysłów, a jednocześnie żadnego? Serfujecie po internecie w poszukiwaniu inspiracji i motywacji, a w efekcie jesteście jeszcze bardziej pogubieni od nadmiaru informacji? Bombardowani z każdej strony sposobami na udane życie, czujecie presję, by w końcu COŚ ZE SOBĄ ZROBIĆ, ale im bardziej o tym myślicie, tym bardziej wpadacie w dołek?

Byłam tam.

Pamiętam tą niedającą mi spokoju myśl – OGARNIJ SIĘ, DOROŚNIJ, MUSISZ SIĘ W KOŃCU OKREŚLIĆ! Ale ja nie wiedziałam jak! Nie wiedziałam co! Od czego zacząć! Kim ja właściwie jestem? Jaka jestem? Co lubię? Co chcę w życiu robić? Aaaaaaa NIE WIEM!!!!!

Wszystko wzięło się z tego, że ja nigdy tak na prawdę nie miałam możliwości, by spędzić czas tylko ze sobą i pomyśleć.

Cały czas goniłam za spełnieniem oczekiwań społeczeństwa, mody i trendów, a przede wszystkim mojej mamy. Zawsze byłam pod jej dużym wpływem. Jej gadanie nieźle mieszało mi w głowie i w rezultacie nie zastanawiałam się nad tym, czego chcę JA, tylko krążyłam wokół tego, czego chce MAMA.

Nie było łatwo, bo: miałam pracę – a gdzie chłopak, miałam chłopaka – a kiedy ślub, nie będzie ślubu – to chociaż dziecko, a kiedy dom wybudujesz, a kiedy będziesz więcej zarabiać, a kiedy to, a kiedy tamto i dlaczego tak, a nie inaczej. O maaamooo! Właśnie dlatego wyjechałam z Polski!

Układ prawie idealny

Przez jakiś czas miałam ten komfort, że nie musiałam pracować. To znaczy pracowałam z doskoku, ale nie musiałam tego robić regularnie. Mianowałam się więc PANIĄ DOMU. Wiecie – gotowanie, sprzątanie, obiadki, deserki, zakupy i pranie. Takie tam przyziemne sprawy. Sprawiało mi przyjemność zajmowanie się domowym ogniskiem.

Niestety – po jakimś czasie zaczęłam świrować. Okazuje się, że całkowite odcięcie od świata jest cichym zabójcą. Powoli wyniszcza Cię od środka. Nagle boisz się wyjść do ludzi, bo nie wiesz jak z nimi gadać, poza tym – o czym!? Z drugiej strony, zaczyna brakować Ci towarzystwa, bo jednak człowiek to istota społeczna. I tak się stoczyłam w otchłań dołków, łez, samokrytyki, poczucia beznadziejności, smutku, płaczu, obojętności, generalnie – prawie depresja.

W końcu uświadomiłam sobie, że rozgrzebywanie przeszłości i analizowanie każdego mojego gestu doprowadza mnie na skraj wytrzymałości psychicznej. We wszystkim dopatrywałam się drugiego dnia, co zupełnie nie pomagało mi stanąć na nogi. Bez sensu.

I to własnie okazało się dość przełomowe.

Niedługo po tym postanowiłam się przeprowadzić, w międzyczasie odwiedziłam Polskę, dostałam zdrowotnego oświecenia, potem pojawiły się koty, weganizm no i ten blog. Przestałam mówić TAK, gdy myślałam NIE, usunęłam ze swojego życia ludzi, którzy nic do niego nie wnosili, ograniczyłam oglądanie seriali, które zaburzały moje poczucie rzeczywistości, przestałam się bać szczerości oraz otworzyłam na nadchodzące zmiany. No i niestety kluczową rolę odegrało ograniczenie kontaktu z mamą do minimum. Wszystko zaczęło powoli układać się w jakąś sensowną całość. Zaczęłam w końcu poznawać siebie…

Jak dobrze zmarnowałam czas?

W dość wielkim skrócie opisałam wam syf z jakim zmagałam się przez ostatnie dwa lata. Być może mogłam ten czas wykorzystać lepiej, wziąć się za siebie wcześniej lub starać się bardziej. Mogłam, ale NIE UMIAŁAM. Bo nie rozumiałam siebie. W ogóle. Każde zetknięcie z rzeczywistością, było dla mnie jak walka z wiatrakami – przegrywałam, bo nie wiedziałam KIM JESTEM! Jakie są moje słabości? Jakie atuty? W czym jestem dobra, a co powinnam odpuścić? Jakie są moje granice wytrzymałości? Skąd się bierze mój smutek, a z czego mam ochotę śmiać się do utraty tchu?

Teraz wiem, że dobrze zmarnowałam czas, bo po raz pierwszy w życiu wsłuchałam się w siebie.

Po prostu. Zaczęłam słuchać siebie. Przestałam gonić za spełnianiem oczekiwań innych. Dzięki temu:

Zrozumiałam, że potrzebuję kontaktu z ludźmi.
Nawiązywanie nowych znajomości uświadomiło mi, że sama jestem swoim największym krytykiem, co w ogóle nie ma przełożenia na to, jak postrzegają mnie inni. Poza tym, to ważne móc od czasu do czasu spotkać się z kimś na kawie i pogadać o pierdołach.

Zrozumiałam swoje błędy i przyznałam się do nich.
Przez długi czas byłam skupiona tylko na sobie i swoich zranieniach. Dziś potrafię spojrzeć na niektóre sprawy z dystansu, przeprosić i zaakceptować fakt, że czasami człowiek nawala.

Nauczyłam się odpuszczać.
To dotyczy głównie perfekcjonizmu w domu. Zawsze narzucałam sobie taką presję, że muszę być idealną panią domu, idealną partnerką, inaczej nie będę warta miłości. Dziś wiem, że nieugotowany obiad, skarpetki na podłodze, czy nieumyte naczynia przez kilka dni, nie są wyznacznikiem dobrej relacji, a przede wszystkim nie określają mnie jako złej osoby czy chujowej pani domu.

Zrozumiałam, że praca jest ważna.
Fajnie było przez jakiś czas nie pracować, ale już mi wystarczy. Zaczęłam odczuwać pustkę, bo brakowało mi tego poczucia przynależności, bycia ważną i potrzebną – to jest dla mnie istotne, dlatego nie wyobrażam sobie pracować gdzieś, gdzie nie czuję się dobrze.

Zrozumiałam swój introwertyzm.
Teraz już nie biczuję się za to, że pewne sytuacje społeczne sprawiają mi trudność, ale jednocześnie dumna jestem z siebie za każdym razem, gdy przełamuję swoje lęki.

Zaakceptowałam siebie taką, jaka jestem.
Patrzę na swoje fałdki w lustrze i już ich nie nienawidzę, bo wiem, że sama je sobie wyhodowałam. Dlatego teraz współpracuję ze swoim ciałem i dbam o nie jak należy. Nie biczuję się za to, że czegoś nie umiem, bo wiem, że nie we wszystkim muszę być najlepsza. Nie staram się nikomu przypodobać na siłę – albo lubisz mnie taką, albo spadaj na drzewo.

Zmieniłam swój stosunek do przyjaźni – o tym pisałam TUTAJ.

Co zrobić ze swoim życiem?

Ja wiem, że każdy z nas odczuwa presję, by wiedzieć co ze swoim życiem zrobić już TERAZ, a siedzenie na tyłku nie jest mile widziane. Sama od niedawna uważam, że warto się zmobilizować i zacząć COŚ ROBIĆ, ale jednocześnie rozumiem, że pewne decyzje wymagają czasu. Że czasami musimy się zaszyć pod kołdrą i nie wynurzać spod niej przez dzień, tydzień, miesiąc a nawet i rok. Wiem także, że poznanie siebie nie jest takie łatwe, no bo kiedy? Ledwo człowiek pójdzie do szkoły a już zarzuca mu się wymagania, oczekiwania, matura, studia, praca, hobby, żona, dzieci, mąż! Zawrotu głowy idzie dostać.

Dlatego ja gradowa mówię wam: odpuśćcie. Jeśli nie wiecie kim jesteście: odpuśćcie. Jeśli nie wiecie, co chcecie robić: odpuśćcie. Jeżeli czujecie, że nie jesteście gotowi na zmianę: odpuśćcie. Czujecie się aktualnie smutni i przygnębieni: pozwólcie tym uczuciom przepłynąć przez was. Ja musiałam osiągnąć dołek, by mieć się od czego odbić. W sumie to prawie się topiłam w morzu łez, ale jak widać – przeżyłam.

Jak poznać siebie? Na chwilę zwolnić i wsłuchać się w siebie. W swoje myśli, odczucia, w swoje ciało. Zacznijcie zwracać uwagę na to, jak reagujecie w danych sytuacjach, jak zachowujecie się w danym otoczeniu. Cała reszta przyjdzie z czasem. By wiedzieć CO robić, trzeba wiedzieć Z KIM to robić. A tym KIMŚ jesteś TY. Warto poznać siebie, by wybrać właściwą dla siebie drogę. Ale to wymaga czasu. Dlatego:

Zmarnuj swój czas dobrze: poznaj siebie.

Na spokojnie. Po swojemu.

Skąd się wzięły Twoje kompleksy?

Skąd się wzięły Twoje kompleksy?

Podobno każdy ma jakieś kompleksy. Podobno każdy lepiej lub gorzej sobie z nimi radzi. Niektórzy im zaprzeczają, niektórzy próbują z nimi walczyć, niektórzy starają się zaakceptować swoje niedoskonałości. Wbrew krążącej w internecie modzie na samoakceptację, to nie jest takie proste. Bo kompleksy są silnie związane z naszymi doświadczeniami w dzieciństwie. Bo kompleksy są głęboko zakorzenione. Bo kompleksy są częścią nas…

Kompleksy to nie tylko nieakceptacja swojego ciała. Kompleksy to ogólny brak wiary w siebie i swoje możliwości. Porównywanie się z innymi. Rezygnacja jeszcze nim się zaczęło, bo przecież i tak jestem beznadziejna.

SŁOWA, KTÓRE SĄ W TOBIE

Ja mam kompleksy odkąd pamiętam. Choć próbowałam z nimi walczyć przez zaprzeczenie i pewność siebie podszytą strachem, to jednak one od zawsze były częścią mnie. I niestety przyczyniła się do tego moja mama.

“Ta spódnica chyba za bardzo się na Tobie opina”

“Lepiej nosić luźniejsze rzeczy, żeby zakryć wałeczki”

“Takie spodnie są dla szczupłych dziewczyn”

Takie i inne komentarze słyszałam na okrągło od małego. W najgorszym dla siebie okresie, bo w wieku kiedy to mama jest Twoim guru i wierzysz, że to co mówi jest na pewno dobre i właściwe i łykasz wszystko w ciemno. Nie masz wtedy jeszcze zdolności by weryfikować spływające na Ciebie komunikaty. W końcu mama wie najlepiej. Rezultatem tego było noszenie za dużych swetrów (które bardzo często były po prostu swetrami od mamy), za dużych kurtek i płaszczy, koniecznie spodnie, bo łydki przecież za grube na spódnicę, no i raczej nie dżinsy podkreślające niedoskonałości, tylko spodnie z materiału, lekko opływające, żeby czasami żadnych kształtów nie było widać. Mając takie standardy modowe, nigdy nie umiałam wypracować sobie swojego własnego stylu, bo najważniejszym wyznacznikiem było “zakrywanie wałeczków”.

Ale spokojnie, nie musiałam się przejmować tym że jestem “gruba”. Mama zawsze pocieszała mnie tymi słowami:

Nie przejmuj się. A. w Twoim wieku też była krągła, a w liceum bardzo schudła i zobacz jak teraz świetnie wygląda.

To mi zawsze dodawało nadziei. Kiedyś będę jak siostra. A samo pójście do liceum sprawi, że schudnę. Tak jak ona. Taka nadzieja dla mnie! Jeszcze nic straconego. Efekt był taki, że czułam na sobie presję, bo czekałam, aż schudnę “od tak” jak siostra, a tu nic. Czułam się gorsza. Czułam, że zawodzę wszystkich. Kilogramów nie ubywało. Kilogramów przybywało. Bo przecież i tak od dziecka miałam przyklejoną łatkę tej grubej.

Jak możesz tego nie wiedzieć!?

Niewiedza to wstyd. Nie mogę czegoś nie wiedzieć. Zwłaszcza czegoś, co wie moja mama i uznaje za absolutny pewnik. Wszyscy wszystko dookoła wiedzą, tylko ja tego nie wiem. Co za wstyd. Będę pośmiewiskiem. Będzie Ci wstyd. Zobaczysz. Będą się z Ciebie śmiali…

Najgorsze, gdy robiła to na przykład przy moim chłopaku. Lub znajomych.

Czasami, aby sprawdzić moją niewiedzę, wpadała do mnie do pokoju zupełnie z zaskoczenia i pytała “Czy Ty wiesz jaki dzisiaj mamy dzień? A co się wtedy wydarzło? Jak możesz tego nie wiedzieć!?”

Nigdy nie byłam humanistką. Polski i historia to były moje największe zmory. Lubiłam przedmioty, które miały dla mnie jakiś sens, które mogłam zrozumieć i wytłumaczyć. Matmy w ogóle się nie uczyłam, bo po jednej lekcji rozumiałam wszystko i na kartkówkach miałam zawsze 5tki. Angielski sam z siebie od zawsze uwielbiałam. Niestety, to było dla mamy za mało, bo historia jest najważniejsza. NIENAWIDZIŁAM HISTORII. Im bardziej ona o niej mówiła, tym bardziej jej nienawidziłam. Postanowiwszy mi pomóc być lepszą z przedmiotu , którego nie znoszę, przepytywała mnie z faktów z książki. “Jak możesz tego nie wiedzieć?” A za dwóję potrafiła się na mnie obrazić i nie odzywać przez kilka dni.

W ten sposób wyrosłam w przekonaniu, że niewiedza to wstyd. Przyznanie się do niewiedzy to wstyd. Dobre wyniki z przedmiotów, które lubisz, to za mało, bo musisz być najlepsza z tych, które lubi Twoja mama.

Zobaczysz, ludzie będą się z Ciebie śmiali.

Ponieważ słyszałam to bardzo często, zwłaszcza w sytuacji, gdy miałam czelność czegoś nie wiedzieć, zakorzeniło się we mnie przekonanie, że każdy mnie ocenia, wytyka moje błędy i niedoskonałości i oczywiście się z nich śmieje. Znacie to uczucie, kiedy przechodzisz koło grupki osób, które nagle zaczynają się śmiać, a Tobie się wydaje, że to z Ciebie? Na prawdę sporo czasu mi to zajęło, by zmienić swoje myślenie.

Tylko Tobie to się zdarza.

Taki tekst do dziecka, które rozlało herbatę lub zbiło szklankę. To była dla mnie najgorsza trauma, bo przez na prawdę długi czas w takich sytuacjach, już jako dorosła osoba, czułam się absolutnie zażenowana! Miałam poczucie, że wszyscy gapią się na mnie, kręcą głową i myślą sobie “Tylko tej to sie mogło przytrafić”. Co za gamoń. Taka niewinna rzecz, ale strasznie zostaje w głowie.

Dziecko narzekasz na studia, a A. w Twoim wieku to już miała dziecko, pracowała, studiowała i zajmowała się domem!

Przepraszam, że w liceum nie wpadłam z moim chłopakiem, by móc udowodnić całemu światu, że w tak trudnej sytuacji bym sobie poradziła. A teraz jedyne co robię to studiuję i nie mogę ponarzekać sobie ani trochę.

Poza tym to kolejny przykład porównywania mnie z moją siostrą. Przepraszam, że nie jestem tak jak ona… Wyrosłam w przekonaniu, że nie ważne co zrobię, moja siostra zawsze będzie lepsza.

Zmęczona jesteś? W Twoim wieku!? Dziecko, a co ja mam powiedzieć, gdy wciąż do pracy chodzę?

Nie wolno być zmęczoną. Gdy jesteś młoda – jesteś robotem. Ty dziecko nie wiesz co to życie. Co to chodzić do pracy i zajmować się dzieckiem. I Ty mówisz mi, że zmęczona jesteś? Daj spokój…

Znów to poczucie niedoskonałości…

Ja G. w ogóle nie musiałam z nauką pilnować, a i tak same piątki przynosił.”

Tym razem porównanie z moim bratem. Wiecznie niewystarczająco dobra…

A. zna mnie tak dobrze, może to ona powinna być psychologiem?

To była najgorsza rzecz jaką usłyszałam z ust mojej mamy. I pamiętam tą sytuację do dzisiaj. To były święta Bożego Narodzenia. Siedziałyśmy w 3 przy stole, już po kolacji, przy świetle choinki. Mama rzuciła dygresję “ale z jednej rzeczy to się strasznie cieszę”. Nie zastanawiałam się nad tym, by zgadnąć, tylko czekałam, aż powie ciąg dalszy. Moja siostra pociągnęła jej myśl. Trafnie. I wtedy padły te słowa. Mama spojrzała jej w oczy, a ja czułam się jakbym patrzyła na to wszystko z boku i była niewidzialna.

Dopiero co zaczęłam drugi kierunek studiów, o których zawsze marzyłam – psychologię. Mama od początku sceptycznie do tego podchodziła. Miałam poczucie, że mimo iż wsparła mnie finansowo, to w głębi serca czuła, że nie dam rady. Nigdy się mnie o nic nie pytała odnośnie zajęć. Aż tu nagle słyszę takie coś! Znacie to uczucie kiedy nagle przez całe ciało przepływa taki jakby prąd? Tak się poczułam. Jakby mi ktoś policzek w twarz strzelił. I nóż w serce.

Chcesz być psychologiem, a nie wiesz jak rozwiązać nasze problemy?

Przepraszam, że nie wiem jak poradzić sobie z rozwodem swoich rodziców. Przepraszam, że podczas kłótni z Tobą nie umiem spojrzeć na to racjonalnie, bo jestem pod wpływem emocji. Beznadziejny ze mnie psycholog.

Rzuciłam studia psychologiczne po 2 roku. Nie wierzyłam w siebie. Nie było nikogo, kto by mi powiedział: Walcz! Dasz radę! Po prostu się poddałam. Racjonalnie to sobie świetnie wytłumaczyłam, ale tak na prawdę ja po prostu nie widziałam w tym sensu. Uwierzyłam, że się do tego nie nadaję.

To dosłownie garstka tego, co słyszałam przez całe swoje życie od mojej mamy. Przez długi czas nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak słowa mogą odcisnąć piętno na naszej osobowości, samopoczuciu, samoakceptacji. Z jednej strony chcę wierzyć, że mama nie robiła tego celowo. Bo przecież mama chce dla nas najlepiej. Z drugiej strony, mogłabym pomyśleć, że pilnowanie mnie w nauce i uświadamianie ważnych faktów to nic złego, bo dzięki temu nie ośmieszyłabym się w trywialnych pytaniach “Matura to bzdura”. Ale z trzeciej strony, słowa ranią. Słowa zostają w Tobie. I nawet jeśli odetniesz pępowinę i pójdziesz żyć swoim życiem, mama jest niczym głos trolla siedzącego na Twoim ramieniu i podkopującego Twoją pewność siebie.

Co kompleksy robią z Twoim życiem?

Przede wszystkim ograniczają. Ograniczają Twój rozwój. Blokują poczucie szczęścia. Kwestionują Twoje osiągnięcia. Zniechęcają do walki. Podsycają strach przed ludźmi. Wzmagają opór wobec zmian, ze strachu przed porażką i sukcesem. Sprawiają, że wiecznie przejmujesz się tym, co powiedzą lub pomyślą o Tobie inni. W najgorszej sytuacji, która niestety mnie spotkała, powodują, że rezygnujesz z marzeń…

Obiecałam sobie, że nie będę dla mojego dziecka taka jak moja mama. Że chcę być inna. Chcę wspierać swoje dziecko i budować w nim poczucie siły i wiary we własne zdolności. Czeka mnie z tym dużo pracy, bo wciąż łapię się na tym, że mam w sobie myśli odzwierciedlające słowa mojej mamy. Na szczęście jeszcze nie na dziecku, ale nie lubię takiej siebie.

Kompleksów nie da się wyprzeć. Nie da się im zaprzeczyć. Nad nimi trzeba pracować. Każdy może to zrobić na swój własny sposób.

Gdy nie wiesz co zrobić ze swoim życiem

Gdy nie wiesz co zrobić ze swoim życiem

Czasami mam takie momenty, że napotykam na ścianę. Rozkładam ręce i nie wiem co dalej. Za co się zabrać i z której strony. Zastanawiam się nad sensem wszystkiego, rozważam swoje dotychczasowe dokonania, a w najgorszej sytuacji rozczulam się nad sobą. Z czasem nauczyłam się jednak, że to jest ten czas kiedy muszę sobie odpuścić, być dla siebie dobra i pozwolić sobie na doła lub nicnierobienie. Gdy już oczyszczę swoją głowę od nadmiaru myśli (najczęściej pomaga mi po prostu dużo snu i izolacja), szukam inspiracji w książkach, artykułach, podcastach, filmach na YouTube. Zebrałam tutaj te mądrości i rady, które pomagają/pomogły mi najbardziej. Mam nadzieję, że przydadzą się i Tobie.

Kiedy nie wiesz co zrobić ze swoim życiem i nic Cię nie pasjonuje – rób wszystko. – Blimsien

Zwykle chwytam się kilku srok za jeden ogon i nic nie kończę, bo wiecznie czuję presję, że muszę się zdecydować na coś jednego i tego trzymać. To mnie niesamowicie  frustruje. Zmieniłam to podejście spisując wszystkie rzeczy, których chciałabym spróbować, nauczyć się, obejrzeć lub przeczytać. Na chwilę obecną czas poświęcam na: pracę zawodową (robię marketing dla start-upu oraz prowadzę bloga w tej tematyce), nagrywam podcast (Soulmates from Hell), piszę bloga Gradowa.pl a także oddałam się pracy w ogrodzie – sadzę, przesadzam, uprawiam warzywa i gdy już są gotowe lądują na talerzu.

Mój problem zwykle polega na tym, że:

Można mówić, że chce się zmian, ale dopóki obecna sytuacja jest znośna, to nawet nie kiwnie się w ich kierunku palcem. – Volantification

Moja mama zawsze się zamartwiała, gdy coś mi w życiu nie wyszło. A to straciłam pracę, a to rozstałam się z chłopakiem, a to wpadłam w jakieś tarapaty finansowe. Wtedy zawsze jej powtarzałam, że to jest dla mnie najlepszy czas, bo mobilizuje wszystkie swoje siły, by sprostać problemowi. Nagle mam energię, odzyskuję pewność siebie i wolę do walki. Najgorszy jest ten okres kiedy wszystko się układa. Wtedy wpadam w panikę i próbuje na siłę coś zepsuć…

Problem w tym, że ludzie nie zmieniają się jak jest dobrze, średnio lub znośnie. Zmieniają się jak czują, że to co robili do tej pory nie działa. Unikając bólu blokują sobie drogę do zmian, bo odbierają sobie powód, dla którego mają ich chcieć.

To co mnie najczęściej blokuje przed działaniem to perfekcjonizm. Wiem jednak, że nie jestem w tym osamotniona:

(…) perfekcjonizm jest naszą kobiecą domeną. To się wiąże w dużej mierze z socjalizacją i z tym jak my jesteśmy przygotowywane do życia w społeczeństwie, jako te które powinny być grzeczne, spolegliwe, ładnie się zachowywać, ładnie pisać, nie chodzić po drzewach itd. – Laboratorium Zmieniacza

Nic nie osiąga się z dnia na dzień, a chwile zwątpienia czy brak wiary w siebie spotyka każdego. To trochę taki opór przed zmianą.

Nie czekaj na odpowiedni moment, bo odpowiedni moment to jest ten moment, w którym jesteś, w którym żyjesz i z którym masz możliwość coś zrobić.

Przekonanie, że świat jest ok i niczego nam nie utrudnia oznacza, że sami musimy pozwolić sobie na szczęście. Powiedzieć sobie, że zasługujemy na więcej, przytulić się od środka i dopiero wtedy zrobić coś więcej, zamiast przerzucać ten obowiązek na coś lub kogoś zewnętrznego. – Volantification

To na prawdę normalne, że czasami nie wiemy, co ze swoim życiem zrobić. Internet atakuje nas z każdej strony pomysłami na lepsze życie, ludzie wiecznie czegoś od nas oczekują, a my sami boimy się przyznać także przed sobą, czego tak na prawdę chcemy.

O co w życiu chodzi?

O co w życiu chodzi?

Nie wiem ile razy zadawałam sobie to pytanie. Dość często. Zwłaszcza w sytuacjach totalnego mętlika emocjonalnego, a już zdecydowanie po każdej ‘kłótni’ z moim partnerem. Bo dla mnie każda nieprzyjemna wymiana zdań jest powodem do nenufara, czyli oddania się myśleniu, że wszystko jest do dupy i lepiej jak już sobie pójdę. Jeśli zastanawiałaś się dlaczego blog nazwałam neurotycznym to właśnie dlatego. U mnie wszystko jest prze-przeanalizowane, wyolbrzymione, a moja osoba poddawana w wątpliwość. Bo tak już mam.

Od czego się zaczęło

Z reguły nie jestem poranną osobą. Rano wolę jak się do mnie nie gada, a jeżeli nawet to nie oczekując odpowiedzi. Nim wstanę z łóżka to najpierw długo kontempluję z niego wyjście i to jak będę zmagać się z kolejnym dniem.

Nie wiem czemu, ale obudziłam się w złym humorze i na dzień dobry małe pierdolniki zaczęły mnie w partnerze irytować. On jest z tych niekłócących się, ja jestem z tych kąsających i sprawdzających jak daleko mogę się posunąć. Rezultat był taki, że atmosfera się schrzaniła, a ja zakopałam się pod kołdrą, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodzi i czy ze mną jest coś nie tak, czy może jednak w naszym związku coś nie gra.

Prawda jest jednak taka, że odkąd jestem w normalnym (czyt. bez dramy) związku ja mierzę się ze swoimi lękami. Ja się boję, że nasz związek będzie taki jak moich rodziców, czyli nieautentyczny, pełen frustracji, cichych dni i niedomówień, które zamiecione pod dywan doprowadzą do separacji/rozwodu. W związku z tym lękiem, każda mała pierdoła, która w minimalnym stopniu teoretycznie potwierdza moje niepotwierdzone obawy, sprawia, że ja panikuję i w swojej głowie przekonuję samą siebie, że trzeba się ewakuować nim będzie za późno.

Najgorsze jest to, że mój partner jest pragmatyczny i na serio mnie kocha, więc zamiast zagłębiać się w dramę, przyniósł mi róże w doniczce. No ale ja przecież już sobie w głowie ułożyłam plan ucieczki, bo nasz związek to na pewno tragedia i skończy się tak jak u moich rodziców!

To wszystko, z jakiś neurotycznych powodów, dało mi właśnie do myślenia. O co w życiu chodzi?

O co w życiu chodzi

Pamiętam, że zrobiłam sobie kiedyś postanowienie, że nie będę jak moja mama – wiecznie zmartwiona, przewrażliwiona i przeważnie z życia niezadowolona. Zrobiłam to dawno temu chyba właśnie z powodu tego lęku, że mój związek zakończy się tak jak moich rodziców. I tak bardzo nie chciałam być jak ona, że nawet nie wiem kiedy taka właśnie się stałam. Biorę życie zbyt poważnie. Dostrzegam tylko braki, a nie obfitości, które mi życie przynosi. Trawa jest zawsze bardziej zielona u innych, lepiej jest tam gdzie mnie nie ma, a to co ja mam lub osiągnęłam traktuje jak nic nadzwyczajnego. Dodatkowo oczekuję od innych, że to oni moje życie uczynią szczęśliwym za mnie.

W ten sposób tak bardzo jestem skupiona na swoich zranieniach, że zapominam, iż świat nie kręci się tylko wokół mojej osoby, a oczekiwanie od innych by zadowalali moje ego i sprawiali, aby moje życie było nadzwyczajne jest wysoce neurotyczne i dziecinne.

Zresztą, kto nam powiedział, że nasze życie musi być nadzwyczajne? Może właśnie o tą nienadzwyczajność w życiu chodzi? Może właśnie prostota i przeciętność jest kluczem do szczęścia? Może powodem dla którego tak wiele osób jest nieszczęśliwych, depresyjnych, zrezygnowanych, pogubionych czy zlęknionych jest fakt, że żyjemy za bardzo na pokaz, dla innych, porównując się z ludźmi, którzy nas nawet nie obchodzą, ignorując tych, którzy są w zasięgu ręki i którymi przejmować się warto, bo oni przejmują się nami?

Może w życiu nie chodzi o to, by wszystko sobie komplikować i wyciskać z życia jak sok z wyciskarki. Z moich obserwacji wynika, że szczęśliwi są Ci, którzy wiodą życie proste i potrafią się cieszyć z drobnostek. Ludzie, którzy nie rozkładają wszystkiego na części pierwsze tylko tacy, którzy w swoich zwyczajnych rytuałach odnajdują zadowolenie i spełnienie. Przyjmują życie takim jakie jest akceptując fakt, że czasami nie jest kolorowo i trzeba często mierzyć się z trudnościami.

Może o te trudności w życiu chodzi? O to, że trudy dnia codziennego przynoszą prędzej czy później ukojenie. Może ciągłe uganianie się za wygodą i szczęśliwością jest tragedią samą w sobie i dlatego unikanie problemów wcale nie cieszy tak jakbyśmy tego oczekiwali. Bo to co przychodzi z łatwością nie daje takiej satysfakcji jak coś na co pracowaliśmy wytrwale.

Może chodzi o wzięcie odpowiedzialności za siebie i swoje życie, przestać bezradnie rozkładać ręce i przyjmować postawę ofiary losu. Łatwiej jest rozczulać się nad sobą, obwiniać innych i okoliczności, niż przyjrzeć się sobie, swoim codziennym wyborom i nawykom.

Może chodzi o pokochanie zwyczajności i czerpanie radości z przyziemnych spraw takich jak poranna kawa, kiełkujące nasionka pomidorów zasadzone miesiąc temu, mruczenie kota o 4 nad ranem, przygotowywanie obiadu z warzyw uprawionych we własnym ogródku, balkonie czy po prostu doniczce, zadzwonienie do mamy i wysłuchanie jak minął jej dzień i jak przed pójściem spać rozwiązuje krzyżówki, wiadomość od taty z kiczowatym filmikiem, który ktoś mu wysłał na WhatsAppie, a który mówi “I love you’, pójście pobiegać wieczorem, słuchając ulubionej muzyki czy podcastu.

Może w życiu chodzi o tego adoptowanego kota, którego teraz życie jest lepsze i fajniejsze, bo my daliśmy mu ciepły dom, gdzie jedzenie jest zawsze w misce, a nasze łóżko jest jego bezpieczną strefą komfortu.

Może chodzi o dbanie o czystość w swojej okolicy, sprzątanie po swoim psie, segregację śmieci, dbanie o zieleń.

Może chodzi o napisanie artykułu na blogu, który ktoś przeczyta i poczuje się lepiej wiedząc, że inni też mają nierówno pod sufitem od czasu do czasu i że życie to nie dolina miodem i mlekiem płynąca.

Może chodzi o to, żeby być spoko dla siebie, dla innych, dla otoczenia.

Może chodzi o to, żeby nauczyć się kochać, tak po prostu, bez wygórowanych wymagań, oczekiwań i programu z listą życzeń.

Może nasz partner wcale nie musi robić wszystkiego tak jak my, bo przecież każdy jest inny, ale jeśli przynosi nam czasami kawę do łóżka, sprząta kuchnię po tym jak my nabałaganiłyśmy przygotowując sobie kanapki, kupi kwiatki bez okazji, znosi nasze humory podczas PMSu, a na nenufara powie “I love you just the same’ to może warto zaakceptować jego braki i spojrzeć na nie troskliwie?

Może w życiu chodzi o to, żeby jednak więcej dawać niż tylko brać, bo przecież i tak kiedyś umrzemy, a to co po nas pozostanie to ludzie, których życie uczyniliśmy nieco lepsze i w których pamięci pozostaniemy dopóki oni sami nie umrą?

Być może chodzi o zaakceptowanie faktu, że czyjeś życie jest lepsze dlatego, że ja w nim jestem i chociaż czasami nie mieści mi się to w głowie, że ktoś może mnie chcieć tak po prostu, to może w życiu chodzi o to, by nauczyć się kochać i bezwarunkowo odwzajemnić tą miłość, nawet wtedy gdy wpadam w panikę i chcę się ewakuować…

 

Dlaczego wchodzimy w toksyczne związki

Toksyczne związki

Z bólem serca patrzyłam na jej łzy spływające po policzku. Powtarzała te same słowa, które jeszcze nie dawno rozbrzmiewały w mojej głowie: Idiotka ze mnie, przecież chciałam jak najlepiej, przecież mogło być tak fajnie. Gdyby tylko…

Ona wiedziała, że gościu nie jest dobrym kandydatem na partnera, a mimo to angażowała się emocjonalnie w ten niby-związek. Uganiała się za kimś, kto ją notorycznie ‘porzucał’, tak jak kiedyś porzucił ją jej tato. Weszła tam, gdzie wiedziała, że będzie boleć, bo ten ból wydawał jej się lepszy od tego, z którym nie może poradzić sobie od lat – utrata swojego dziecka.  

Sytuacja mojej koleżanki, a także moje własne doświadczenia z typem wychowywanym przez wilki pozwoliły mi zrozumieć, że powodem dla którego wdajemy się w relacje z toksynami, jest w większości przypadków ucieczka od siebie samych. Od naszego bółu, od naszych problemów, od naszych uzależnień i wewnętrznego bałaganu emocjonalnego. Traktujemy gości z bukietem czerwonych flag jako nasz zyciowy projekt, który ma nam dać poczucie spełnienia i zadowolić nasze ego.

Ale to zawsze kończy się złamanym sercem i powrotem do punktu wyjścia: nas samych.

To co nieuniknione: Rozstanie

Poturbowane i rozczarowane próbujemy zrzucić na toksynów całą odpowiedzialność za nasz ból. Myślimy sobie: ja przecież tylko chciałam kochać i być kochana. Chciałam miłości. Chciałam się nim zaopiekować, chciałam mu pomóc się ogarnąć. Dałam mu serce na dłoni. Podporządkowałam swoje życie pod niego, zrezygnowałam z siebie by być z nim. Dlaczego on tego nie docenił. Myślałam, że mu zależy, myślałam, że jak dam z siebie więcej to on odwzajemni się tym samym. A on to zwyczajnie spierdolił. I ja teraz jestem sama w tym swoim bólu, który jest nie do zniesienia…

I staje się pustka…

Nagle nie wiesz co ze sobą zrobić. Nie wiesz kim jesteś i jak właściwie się tu znalazłaś. Najpierw jesteś zła, potem tęsknisz. Wydaje Ci się, że tęsknisz za nim, ale tak na prawdę tęsknisz za wizją jego osoby, którą ukształtowałaś w swojej głowie. Tęsknisz za kimś, kto nigdy tak na prawdę nie istniał. Wyidealizowałaś sobie partnera, który nigdy nie był nikim więcej jak toksynem, który ‘chciał, ale się bał’, więc to wszystko spierdolił, bo przecież wychowywany przez wilki był. Romantyzujesz jego kiepskie zachowania względem Ciebie i nawet usprawiedliwiasz, gdy słownie lub/i emocjonalnie Cię obrażał. Wmawiasz sobie, że lepiej z nim takim niż bez niego. Zaczynasz się obwiniać za rozpad tego związku. Że powinnaś była mu pomóc bardziej, być bardziej wyrozumiała, może nawet dać mu więcej czasu, przestrzeni, być bardziej, być więcej, być mniej, być kimś innym…

A jak wyglądało Twoje życie nim go poznałaś? Kim byłaś?

Kobietą, która szukała miłości. Na zewnątrz.

Chciałaś obdarzyć kogoś miłością w nadziei, że to wypełni Twoją wewnętrzną pustkę, której nawet nie byłaś świadoma. Traumy wyniesione z domu oraz inne związkowe doświadczenia wpłynęły na to jak postrzegasz siebie i ludzi. Dajesz więc innym to, czego sama sobie dać nie umiesz, nie potrafisz, nie wiesz jak. Łatwiej jest zajmować się czyimiś problemami niż własnymi. Wydaje Ci się, że jak masz spoko pracę, mieszkanie, jesteś niezależna z kasą na koncie to jesteś ogarnięta. I tylko faceta Ci brakuje. Bo mieszkanie puste a kot przytulak i tak chodzi swoimi ścieżkami i często ma Cię w nosie. Nieświadoma swoich emocjonalnych ran łatwo wpadasz w ramiona czarującego toksyna, który na początku wydaje się być spełnieniem marzeń. W końcu masz się kim zająć, kim zaopiekować. W końcu ktoś nada sens Twojemu życiu i będziesz dobrze wyglądać przed rodziną i znajomymi.

Tylko że to jest projekt z góry spisany na niepowodzenie. Bo swoim kochającym serduszkiem po pierwsze nikogo do związku i miłości nie przymusisz, po drugie miłością, którą chcesz obdarzyć nieogarniętych życiowo typów unikających bliskości, powinnaś dać w pierwszej kolejności sobie samej.

Od czego zacząć?

Poczuj swój ból. Zmierz się z nim. Nie odkładaj go na później, nie udawaj, że wszystko jest ok. Jeśli nieustannie wybierasz partnerów niedostępnych emojonalnie, toksycznych, uzależnionych, niewiernych, zastanów się skąd to się bierze. Dlaczego pozwalasz sobie na słabe traktowanie i brak szacunku. Dlaczego traktujesz siebie jak kogoś, kto nie zasługuje na prawdziwą miłość i związek, w którym wiesz, na czym stoisz. Związek, który da Ci poczucie, że jesteście po równo zaangażowani i nie musisz nikomu udowadniać, ile jesteś warta. Partnera, który nie będzie idealny, ale na tyle ogarnięty, że weźmie odpowiedzialność za swoje czyny, a gdy czasem nawali i powie ‘przepraszam’ te słowa będą na prawdę coś znaczyły, bo mu na Tobie zależy. Partnera, który gdy powie ‘kocham Cię’ to nie dlatego, że jest pijany i chce byś się rano nim zajęła, gdy będzie skacowany, ale dlatego że po prostu docenia Twoją osobę i Twoją obecność w jego życiu. Partnera, który zadzwoni, by sprawdzić jak się czujesz i który będzie Cię uwzględniał w swoich planach. Na to wszystko zasługujesz, ale dopóki nie zrozumiesz, dlaczego traktujesz siebie słabo, będziesz wybierać partnerów którzy odzwierciedlą Twoje myślenie o sobie.

Jak?

Popatrz na swojego byłego albo obecnego partnera i pomyśl, że jest on Twoim lustrem. Jego braki są Twoimi brakami. Ty chcesz je naprawić, bo to łatwiejsze niż leczenie swoich ran. Pomyśl o tych wszystkich rzeczach, które dla niego zrobiłaś lub poświęciłaś. Pomyśl o tej księdze usprawiedliwień, którą dla niego założyłaś. Czy masz taką samą dla siebie? Czy sobą potrafisz się zaopiekować w podobny sposób? Obdarzyć siebie miłością?

Jeśli nieustannie wybierasz partnerów niedostępnych emocjonalnie oznacza to, że sama masz podobny problem: boisz się prawdziwego zaangażowania i intymności emocjonalnej.

Jeśli wybierasz sobie partnerów uzależnionych i przyjmujesz rolę opiekunki, może to oznaczać, że w dzieciństwie musiałaś się kimś zajmować, by ‘zasłużyć’ na miłość.

Jeśli pozwalasz partnerowi, by zaniedbywał Twoje potrzeby, okazywał brak szacunku, ignorował Cię, to prawdopodobnie przywykłaś do tego rodzaju okazywania ‘miłości’ od swoich rodziców.

Twój toksyczny partner jest Twoją lekcją. Teraz może Ci się to wydawać absurdalne, ale jeśli na prawdę przyjrzysz się schematowi wchodzenia w toksyczne związki zrozumiesz, że aby przestać przyciągać nieodpowiednich facetów, musisz zacząć od poznania i wyleczenia swoich ran.

Możesz spróbować sama, edukując się na temat związków toksycznych, osobowości narcystycznej, współzależności. Czasami jednak terapia będzie jedynym rozwiązaniem dla wielu.

 

Gdy ktoś patrzy, ale Cię nie widzi, czyli o zazdrości w związku

Przeglądając ostatnio ciuchy, które wrzuciłam do pudła “na lepszą pogodę”, uświadomiłam sobie, że połowy mojej garderoby to ja na chwile obecna nie lubię i nie chcę nosić. Bo mi się uruchamiają wspomnienia i uczucia, z którymi nie chcę się już identyfikować. Zamknęłam pewien rozdział mojego życia i nie chcę już do niego wracać.

Pamiętam, że w tamtym rozdziale mojego życia byłam niemal uzależniona od kupowania nowego kawałka garderoby niemalże raz w tygodniu (w charity shop). Brało się to z tego, że spotykałam się z typem wychowywanym przez wilki i wiecznie miałam poczucie, że nie wystarczająco się staram. Poza tym ‘konkurencja’ była spora, bo pan toksyn oglądał się za wszystkim, więc ja chciałam być zawsze świeża i lepsza i dlatego zawsze zakładałam coś nowego gdy wychodziliśmy gdzieś razem. Nie wyobrażałam sobie założyć tej samej sukienki dwa tygodnie pod rząd!

On i tak raczej mnie nie zauważał. Tak wiecie, że ktoś na prawdę Cię widzi, a nie tylko patrzy.

Długo zajęło mi pójście po rozum do głowy, bo choć typ zapominalski traktował mnie słabo, ja byłam przyzwyczajona do tego rodzaju dynamiki w relacjach. Wyniosłam ją z domu. Nigdy nie wystarczająco dobra, nie wystarczająco perfekcyjna, nie wystarczająco starająca się, za mało wiedząca, nie czytająca w myślach. Karana za próby bycia sobą i wywalczania swojej tożsamości. Pod nieustanną kontrolą toksycznej matki. Do tego nieprzewidywalnosc. Jednego dnia mama kocha, drugiego przestaje sie do mnie odzywac lub krytykuje za zbita szklanke czy za duzy dekolt.

Uciekłam od niej, by wpaść w ramiona toksycznego partnera, który wydawał się niczym moja bratnia dusza (z piekła rodem). Ale ja byłam przekonana, że właśnie na to zasługuję. Wpatrzona w jego ładną twarz, ignorowałam jego brzydką osobowość. Ignorowałam słabe zachowania. Ignorowałam czerwone flagi. Bo chciałam jemu i sobie udowodnić, że jestem przecież warta miłości i jego uwagi. W środku błagałam: proszę popatrz na mnie i mnie kochaj (mamo)!

Ale on nie kochał. On lubił to, co wnosiłam do jego pustego życia – uwagę, poświęcenie, komplementy, bezgraniczną miłość i wybaczanie niewybaczalnego. Manipulował moim sercem, które dałam mu na dłoni. Uwierzyłam, że tym jest miłość. Ochłapami. Czas spędzany razem w poczuciu winy, że go ograniczam, obietnice bez pokrycia, słodkie słowa nie poparte czynami, podwójne standardy, karanie ciszą, chorobliwa zazdrość. No i ta nieprzewidywalnosc – nigdy nie wiedzialam kiedy znow mnie rzuci albo odtraci albo zdradzi.

Kupowałam wiec te wszystkie cichy, by on mnie w końcu zauważył. Zauważył jak go kocham i odwzajemnił to uczucie. Odwzajemnil moje starania i docenil moja osobe. Ale on nie docenil. Nie odwzajemnił, bo nasza relacja była toksyczna, a on sam niezdolny do prawdziwej empatii i autentycznej miłości.

Te ciuchy przypominają mi, jak naginałam się i zatracałam dla kogoś, kto nie był tego wart. Przypominają mi o tym, jak nie szanowałam siebie, a wymagałam tego od innych. Przypominają mi o tym, jak źle o sobie myślałam i jak niskie poczucie własnej wartości miałam, do tego stopnia, że ochłapy wzięłam za miłość.

Dziś wiem, że zasługuję na więcej. Mogę nosić tą samą sukienkę codziennie przez siedem dni w tygodniu, a mój obecny partner i tak przede wszystkim docenia fakt, że jestem obecna w jego życiu. Tak po prostu.

Nie potrzebuję już tych ciuchów, by cokolwiek komukolwiek udowodnic. Być może na chwilę obecną nie chcę ich nosić, ale może zamiast się ich pozbywać, nadać im nowe znaczenie? Bo przecież wszystko zaczyna sie w naszej głowie…

Czy warto rozpamiętywać przeszłość?

Zdarzają mi się takie dni, kiedy wracam myślami do przeszłości. Czasami pod wpływem piosenki zasłyszanej w radiu, przypadkiem znalezionego zdjęcia czy po prostu pochmurnej refleksyjnej pogody.

Myślę wtedy o osobach, które kiedyś były w moim życiu. O miejscach, w których byłam szczęśliwa. O chwilach radości i smutku. O nadziejach i rozczarowaniach. O śmianiu do łez i bólu do łez. O pierwszych razach, powrotach, rozstaniach. O tych, którzy mnie zranili albo ja ich. O tym co bym zmieniła, a co przeżyła jeszcze raz.

Z perspektywy czasu wydajemy się mądrzejsi i śmiejemy się ze swoich głupich wybryków lub wstyd nam za pewne podjęte decyzje, które na tamten czas były najlepszymi z naszego punktu widzenia.

Czasami zastanawiam się: co by było gdyby… Gdybym wtedy nie powiedziała tego co powiedziałam. Gdybym podjęła inną decyzję. Gdybym poczekała lub wręcz przeciwnie dała sobie z czymś spokój. Gdybym starała się więcej lub oczekiwała mniej. Gdybym posłuchała siebie, a nie innych…

Gdy już powrócę myślami do rzeczywistości nasuwają mi się pewne wnioski:

  1. Przeszłości nie możemy zmienić.
  2. Nasze wybory, których kiedyś dokonaliśmy, były najlepszymi na tamten moment, biorąc pod uwagę naszą wiedzę i doświadczenie.
  3. Nasza przeszłość kształtuje naszą teraźniejszość i przyszłość, ale nie warto uwieszać się na wspomnieniach i przyjmować pozycję ofiary, że tak mi się w życiu stało, więc dlatego teraz taka jestem. To nie prawda, że ludzie się nie zmieniają.
  4. W naszym życiu pojawiają się różne osoby, większość z nich nie jest na zawsze, ale każda z nich czegoś nas uczy o sobie, o innych, o życiu
  5. Warto się skupić na teraźniejszości, by docenić i zauważyć czym zostaliśmy obdarzeni w życiu, a jeśli coś wymaga zmiany poświęcić temu trochę wysiłku, by osiągnąć pożądane efekty.

Dlaczego rozpamiętujemy przeszłość?

Bo próbujemy się z nią pogodzić. Zrozumieć to, co zaszło w naszym życiu. Pogodzić się z tym, co było i już nie wróci i zaakceptować fakt, że miało być tak, a nie inaczej. Sama jestem pogodzona ze swoją przeszłością, ale wciąż zdarza mi się wspominać minione wydarzenia. Bardziej jako refleksja niż żal, bo wiem, że każde z tych doświadczeń doprowadziło mnie tu gdzie jestem teraz.

Czy warto rozpamiętywać przeszłość?Czy warto rozpamiętywać przeszłość?

Uważam, że nie ma sensu rozpamiętywać i rozgrzebywać bolesnych doświadczeń. Fajnie jest wrócić myślami do miłych wspomnień zwłaszcza tych, które w pewnym sensie nadały sens naszemu życiu. Nie warto natomiast się zadręczać myślami “Co by było gdyby…”, bo to nas zablokuje na dalszy rozwój. Zablokuje na teraźniejszość i zamiast czerpać radość z tego co mamy, zakotwiczymy się w przeszłości, która już nie wróci…

Zaplanuj życie, które chcesz mieć

Są takie dni kiedy budzę się przekonana, że moje życie jest bezcelowe. Od czasu do czasu pojawia mi się to uczucie, szczególnie rano, kiedy wstaję bez planu. Zawsze chciałam nieograniczonej wolności, mając nadzieję, że to przyniesie mi szczęście. Bez reguł, bez ograniczeń – mogę robić co chcę, kiedy tylko chcę. Tak wyobrażałam sobie wolność i szczęście, ale okazało się, że to jednak marazm i dół…

Brak wizji jest przytłaczający

Kiedy twoje życie nie ma jakiejś struktury i nie masz dla siebie żadnych jasno określonych celów – cierpisz na poziomie egzystencjalnym. Brak wizji jest tak przytłaczający, że w efekcie marnujesz swój cenny czas każdego dnia, bo poruszasz się we mgle. Cierpisz, ponieważ nie żyjesz pełnią swojego potencjału. Nie robiąc nic wartościowego, czujesz się bezużyteczny. Czujesz się pusty. Czujesz się przygnębiony. Drobne przyjemności nie satysfakcjonują. Wciąż robisz rzeczy, które normalnie wprawiały Cię w dobry nastrój, ale teraz doprowadzają do wewnętrznej pustki. Jedzenie nie jest smaczne, jest jałowe. Zabawa przynosi poczucie winy zamiast radość. Biernie konsumujesz internet. Nie tworzysz niczego wartościowego. Twoje życie powoli traci na znaczeniu. Przestajesz doceniać to, co masz. Ciągle zadajesz sobie pytanie: ale co ja mam zrobić ze swoim życiem? Jeśli w Twoim życiu nie ma struktury, nie wiesz dokąd tak na prawdę zmierzasz. Brak harmonogramu. Żadnych wyzwań. Bez wizji. Jest nudno. Jest żałośnie nudno…

Bezużyteczne marnowanie czasu każdego dnia jest cholernie głupie. Dobrze jest mieć jakąś wizję na siebie. Próbując jedynie przetrwać z dnia na dzień, nie żyjesz pełnią swojego potencjału. I to jest tragiczne. To jest niedorzeczne, tak marnować swoje talenty, umiejętności, kreatywność.

Kręgi głupoty

Moje ściany są pokryte tymi wszystkimi inspirującymi i motywującymi cytatami. Wszystkie brzmią tak świetnie i zdecydowanie reprezentują moje poglądy. Ale czy naprawdę? Wierzę w nie, ale nie do końca stosuję się do tych rad … Robię głupie rzeczy na co dzień. Zataczam kręgi głupoty: biczowanie się i odwlekanie, biczowanie się i odwlekanie. W rezultacie niczego nie realizuję. Marnuję czas. Marnuję swoją energię. To żałosne, że traktuję siebie jak kogoś, na kim mi nie zależy. Jak kogoś, kto nie ma nic wartościowego do zaoferowania.

Pewnego wieczoru gdy tak siedziałam i nic w zasadzie nie robiłam, poczułam potrzebę bycia kreatywną dla odmiany i stworzyłam Vision Board. Przejrzałam kolorowe czasopisma i powycinałam rezonujące ze mną fragmenty:

  • Osiągaj swoje cele i żyj szczęśliwie
  • Zmień coś
  • Odkryj swoje możliwości
  • Ruszaj się więcej, jedz lepiej

Brzmi wspaniale. Świetnie też wygląda na mojej ścianie nad biurkiem. Jednak wydaje się, że to był tylko jednorazowy zastrzyk dopaminy. Kiedy zawiesiłam skończoną tablicę, podniecenie i motywacja zniknęły. Dlaczego? Ponieważ poczułam, że tym jakże kreatywnym projektem nie dokonałam żadnej znaczącej zmiany w czyimś życiu. Robienie rzeczy tylko dla siebie nie jest już aż tak satysfakcjonujące. Z jednej strony wydaje mi się, że moje pomysły są warte rozpowszechniania i udostępniania, ale z jakiegoś powodu tego nie robię. Pozostaję mała. Jestem cicho. Chowam się. Tyle potencjału jest głupio marnowane. Dlaczego? Ponieważ… no bo… no właśnie, dlaczego ???

To jest po prostu smutne. Tragiczne. Żałosne. Nierozsądne. Bez sensu.

Moje życie jest pełne historii, którymi mogłabym się podzielić. Tak wiele przezwyciężyłam w swoim życiu i wiele się nauczyłam przy okazji. Z jednej strony czuję się dumna ze swoich osiągnięć, z drugiej myślę sobie: Big.Fucking.Deal.

Przeprowadziłam się do innego kraju i zaczęłam nowe życie. Big.deal. Ogarnęłam się po kilku bolesnych rozstaniach. Big Deal. Wygłosiłam przemówienie przed 100 osobami. Big Deal.

Witaj w moim świecie umniejszania siebie

Jestem królową życiowego idiotkowania. Będąc swoim najgorszym krytykiem, najgorszym wrogiem, najgorszym przyjacielem. Nigdy wystarczająco dobra. Zawsze wyolbrzymiam to, czego nie mam lub czego nie osiągnęłam, ponad to, co osiągnęłam, co mam. Nie traktuję siebie z troską i miłością. Traktuję siebie, jakbym niewiele znaczyła. Nigdy nie byłabym taka dla tych, na których mi zależy. Dlaczego jestem taka dla siebie ??? Dlaczego my – ludzie – nie lubimy siebie? Dlaczego jesteśmy stworzeni, by sabotować nasz nieograniczony potencjał? To nie ma żadnego sensu!

Zaplanuj życie, które chcesz mieć

Dlatego postanowiłam sięgnąć po pomoc do Jordana Petersona. Słuchając jego wykładów poczułam się tak, jakby ktoś dał mi w policzek. Jego namiętny gniew pobudził mnie niesamowicie! Powiedział mi, że mam wielki potencjał, a mimo to marnuję swój czas jak idiotka! Powiedział mi, że głupie, nierozsądne zachowania powinny umrzeć. Powiedział mi, że jestem kimś, komu powinnam chcieć przedstawić te wszystkie wspaniałe życiowe możliwości. Powiedział mi, abym określiła swoje cholerne cele! Kazał mi zrobić cholerny plan dnia! Powiedział mi, że posiadanie niedoskonałości, wcale nie oznacza, że muszę przestać się starać. Był zły, że nie zdaję sobie sprawy z tego, ile mogę osiągnąć, jeśli tylko wprowadzę nieco dyscypliny w swoim życiu. Powiedział mi, żebym zaplanowała życie, które chciałabym mieć.

Taki jest zatem plan: przestanę robić głupie rzeczy, które mi nie służą a wręcz sabotują życie w zgodzie z moim pełnym potencjałem!

Jem jedzenie, które sprawia, że czuję się zmęczona i niezdrowa. Piję więcej alkoholu, niż moje ciało może znieść. Nie ćwiczę wystarczająco dużo i dlatego każdego ranka ciężko mi wstać z łóżka. A co najważniejsze: bardziej boję się realizować swoje marzenia niż ich nie realizować! Czuję się przygnębiona, ponieważ nie planuję czasu w znaczący sposób. Nie mam harmonogramu i nie ustalam celów. I jak mówi Jordan Peterson: ludzie są istotami dążącymi do nieustannego tworzenia i jeśli nie mamy jasno sprecyzowanych celów i wizji naszej przyszłości, i marnujemy dzień za dniem na nicnierobieniu, to cierpimy egzystencjalnie. I ma cholera rację!

Najważniejsze co wyniosłam z wykładów Jordana Petersona jest to: Traktuj się jak kogoś na kim Ci zależy. KAŻDEGO DNIA. I to jest teraz moje motto.

Continuous effort, not strength or intelligence, is the key to unlocking our potential. – Winston Churchill

[su_youtube url=”https://youtu.be/uHSbiyez9M4″ width=”300″ height=”200″]

gradowa - królowa idiotkowania

Jak typ wychowywany przez wilki pozwolił mi poznać siebie

Jakiś czas temu wywróciłam swoje życie do góry nogami i postanowiłam sobie poidiotkować. Bo ja tak lubię emocjonalny rollercoster i zabawy w kotka i myszkę. Bo mi się stabilność znudziła i przekonałam siebie, że ja wolę zadawanie się z toksynami. Ani się obejrzałam i jeden z nich stał się pracą na pełny etat, tylko że bez finansowych korzyści.

idiotkowanie #1

Najpierw wymyśliłam sobie exhumację pana zapominalskiego. Taki klasyk, że gdy Ci w życiu sie nie układa lub po prostu w dupie Ci się poprzewracało z wygody, postanawiasz odsmażyć kotleta, wmawiając sobie, że ten ów przeterminowany już schabowy jest miłością Twojego życia i nic lepszego Ci się nie trafi. I nie ważne, że nawet wtedy gdy był świeży, to szybko zrobił się bez smaku i doprowadził Cię do rozstroju żołądka, niestrawności i zgagi. Zabiegałam więc o kogoś, kto miał mnie już w serdecznym poważaniu, ale brakowało mu odwagi by powiedzieć mi to wprost. Taki trochę pies ogrodnika. W końcu udało mi się uświadomić, że brak odpowiedzi jest odpowiedzią i dziś już się z tego śmieję, ale mówię wam, że idiotkowanie to chyba sprawia mi przyjemność.

Gdy trochę się ogarnęłam, poszłam po rozum do głowy, by wystartować w konkursie KRÓLOWEJ idiotek.

idiotkowanie #2

To była ‘miłość od pierwszego wejrzenia’. I nie przesadzę, jeśli powiem, że całkowicie straciłam głowę dla toksyna wychowanego przez wilki, pana zapominalskiego o skrzywionym kręgosłupie, czyli trzy-w-jednym. Woohoo!

Zaczęło się niewinnie – od idiotkowania bez zobowiązań z typem otwartym. Otwartym jednostronnie, bo co wolno było jemu, mnie już niekoniecznie. Przez jakiś czas próbowałam być ogarnięta i udawać, że jego czary na mnie nie działają, ale niestety oksytocyna pomieszana z adrenaliną skutkuje zamętem w głowie, czyli idiotkowym zakochaniem. Na próżno były przestrogi znajomych, bo ja już założyłam dla niego księgę usprawiedliwień. Chłopak miał przecież ‘potencjał’ a ja tak lubię wyzwania…

Pan wychowany przez wilki nieustannie wzbudzał moją sympatię i współczucie. Wiedział jak mnie oczarować i utrzymać przy sobie wystarczająco blisko, by mieć do mnie dostęp, ale jednocześnie na dystans by poświrować, gdy mnie nie było w pobliżu. Gdy się oddalałam i milknęłam, to doskonale wiedział jak o sobie przypomnieć. Gdy w końcu padły z jego ust ‘I love you’ (po pijaku na wpół śpiąco, ale co tam!), wydawało mi się, że wygrałam na loterii. Potem jednak usłyszałam, że on mówi ‘kocham Cię’ wielu osobom. Ot takie tam świrkowanie. Ale ja w swojej księdze usprawiedliwień znalazłam na to odpowiedź – on się boi zobowiązań. Biedny, pokrzywdzony, nierozumiany. No to ja oczywiście uznałam, że trzeba go uratować, a najlepiej to zrobić moim kochającym serduszkiem na dłoni…

Układ jednostronnie otwarty trwał jakiś rok. Ja chciałam być taka open-minded i adventures, ale tak na prawdę byłam idiotką dającą się robić. Ja sobie tłumaczyłam, że to ok, że on sobie może, a ja po protu nie chcę z nikim innym tylko z nim. Ot mój przecież wybór. Poza tym on pan zazdrośnik, to wolałam go nie zasmucać. Zazdrosny, bo wiecie, tak mu na mnie zależy, że się czuje zagrożony. Poza tym wychowywany przez wilki, więc ma problemy z zaufaniem. Ja mu przecież udowodnić musiałam, że mnie ufać może.

Jak do Polski ze mną poleciał i poznał całą moją rodzinę i ja pomyślałam, że to już chyba coś znaczy, to się zbulwersował, że tylko kobiety mogą sobie coś takiego ubzdurać, że przecież mi mówił, że on woli idiotkowanie bez zobowiązań. Im bardziej on mnie robił, tym bardziej ja myślałam, że muszę się starać. Bo moja księga usprawiedliwień podpowiadała, że on chce, tylko się boi.

Myślę, że dałam sobie serce złamać więcej niż 3 razy. Wracałam po więcej, naiwnie wierząc, że w końcu bedzie lepiej, zwłaszcza gdy w końcu z typa otwartego zrobił się panem jednej kobiety, czyli mnie. To wcale jednak nie oznaczało, że przestał mnie robić, ale właśnie mając go ‘na wyłączność’ pozwoliło mi zauważyć, jakim Królem Toksyn on był. Koniec końców, w pizdu rzuciłam go przez smsa po tym jak mnie znów publicznie olał, na co odpowiedział mi, że jestem łatwa i zrywam z nim, żeby mieć wymówkę i przespać się z pierwszym lepszym. Taki z niego był słitaś.

Chciałam spisać cała listę spierdolin jaką znosiłam przez dwa lata, idiotkowania z nim ale chyba jednak nie chcę się aż tak otwarcie przyznawać, jak bardzo dawałam się robić. Zresztą, to by był śmiech przez łzy…

Czego nauczył mnie pan toksyn wychowywany przez wilki

Gradowa, królowa idiotkowania, czyli jak dawałam się robić

Całe to doświadczenie zmusiło mnie do zajrzenia w głąb siebie. Uświadomiło mi, że jakiś musi być powód, że nieustannie wdaję się w toksyczne związki, prowadzę księgę usprawiedliwień i wybaczam niewybaczalne.

Do tej pory uważałam, że po prostu tak mi się źle trafiało i w końcu spotkam pana normalnego. Ale gdy pan normalny okazywał mną zainteresowanie, to ja wręcz przeciwnie… Wiecie, pan miły = pan nudny.

Lata terapii nie dały mi tyle wglądu w siebie co związek z toksynem. On był moim lustrem. Lustrem dla wszystkich ignorowanych problemów, z którymi zmagałam się przez lata, ale których nie byłam w pełni świadoma.

Zaczęłam zadawać pytania: dlaczego ochłapy nazywam miłością. Dlaczego w imię ‘miłości’ pozwalam innym na nieszanowanie mnie, pomiatanie mną, obrażanie i składanie obietnic bez pokrycia. Dlaczego uganiam się za typami emocjonalnie niedostępnymi, wierząc, że ich uratuję, że dla mnie się zmienią, że ze mną będzie inaczej.

Kobieta kochająca za bardzo

Powiem wam dlaczego: po pierwsze ja sama jestem typem emocjonalnie niedostępnym. Ja kocham za bardzo, bo sama boję się być kochana i szanowana. Bo nie ufam i nie wierzę, że zasługuję na prawdziwą miłość. Bo ja nie wiem jak wygląda prawdziwa miłość, dlatego związek, w którym ktoś wywołuje we mnie te same emocje, których doświadczyłam w dzieciństwie, ja mieszam z troską i zaangażowaniem. Ktoś kto jednego dnia mówi mi, że mnie kocha, a drugiego ignoruje albo porównuje do innych kojarzy mi się…  z mamą…

Ja myślałam, że jak wyjadę z Polski i utnę kontakt z mamą to wszystko się ułoży. Tylko niestety ja sobie mamy zachowanie, z którym ‘nauczyłam się radzić’ znalazłam w kimś innym i nazwałam go moją bratnią duszą.

Odkąd uświadomiłam sobie bolesną prawdę o swoich tendencjach wpadania w toksyczne związki, rozpoczęłam edukację na temat współzależności, osobowości narcystycznej i empatycznej. Książkę “Kobiety, które kochają za bardzo” przeczytałam jednym tchem dekadę temu, ale wtedy jej nie rozumiałam. Dziś, po tych moich przejściach, czuję że mogłabym być ambasadorką wszystkich idiotek i pomagać im zrozumieć siebie, by uwolnić się od typów wychowywanych przez wilki, bez poczucia winy.

Czasami kochamy niewłaściwą osobę i zastanawiamy się, jak mogliśmy obdarzyć miłością kogoś, kto na to nie zasługiwał. Ale nie powinniśmy myśleć w ten sposób. Powinniśmy myśleć, że nasza zdolność do okazywania miłości oznacza, że miłość nosimy w sobie. Podobnie jak szczerość, dobroć, troskę o innych. Nie skupiaj się na tym jak inni to wykorzystują. Skup się na fakcie, że te cechy czynią Cię tym, kim jesteś – piękną osobą, zdolną do miłości.

Ten wpis był inspirowany podcastem Okuniewskiej ‘Ja i moje przyjaciółki idiotki‘, który odkryłam z polecenia w święta 2019 i przesłuchałam wszystkie odcinki w dwa dni <3

niekonieczności

Kiedy odkryjesz w sobie introwertyka, stajesz się dla siebie bardziej wyrozumiała, bo już ogarniasz zachodzące w Tobie procesy. Już nie czujesz się winna temu, że weekendy wolisz spędzać w domu, poznawanie dużej ilości osób na raz jest dla Ciebie koszmarem, a wszystko co nieznane przyprawia Cię o zawrót głowy i żołądkowe dolegliwości, dlatego nie lubisz niespodzianek. I tylko czasami zastanawiasz się, czy jesteś socjopatką stroniącą od ludzi, czy po prostu lubisz swoje towarzystwo na tyle, że nie potrzebujesz socjalnych spotkań częściej niż to konieczne. 

 

gdy znów się pogubię

Czytam swoje wpisy sprzed czterech lat i czuję, jakby były one moim głosem z przeszłości. W sumie to są. Czytam i czytam i każde napisane wtedy zdanie tak bardzo pokrywa się z moim obecnym stanem umysłu a jednocześnie jest przypomnieniem tego przez co kiedyś przechodziłam, a teraz jest dla mnie wsparciem. Moje własne teksty są dla mnie wsaprciem. Jakbym napisała je dla siebie samej by wrócić do nich w momencie, gdy znów się pogubię i zapomnę kim jestem i czego chcę. Z jednej strony wydaje mi się, że zataczam koło w swoim życiu nieustannie, niemniej jednak za każdym razem jestem bogatsza o nową wiedzę i doświadczenie.

Widzę siebie jako blogerkę, znowu. Widzę siebie piszącą teksty, które pomagają innym przejść przez trudne chwile w życiu lub po prostu poczuć się normalnym w swojej nienormalności. Ja sama bardzo często czuję osamotniona w swoich przemyśleniach i problemach i podnosi mnie na duchu, gdy czytam, że inni mają podobnie.

Do obejrzenia: The Affair

Falling for you was like taking an afternoon nap. Promising myself only a brief slumber, but as soon as I had fallen, I was already dreaming.

„The Affair” zdobył statuetkę Złotego Globu dla najlepszego serialu dramatycznego w 2015 roku. Zagadkowy klimat. Niby romans, ale z jakąś tajemnicą w tle. Z zagadką, która zostaje wyjaśniona dopiero w 2 sezonie! Ciekawie sformułowana fabuła, bo ta sama historia zostaje przedstawiona w retrospektywie, z punktu widzenia dwóch różnych osób, a potem nawet czterech! Serial ten zdecydowanie daje do myślenia. Nad życiem i jego nieprzewidywalnością. Nad wyobrami i ich konsekwencjami. Nad miłością, wiernością i pożądaniem. Nad tym, czy człowiek jest w stanie podnieść się po wszystkich tragediach i żyć dalej, czy jednak musi uciec od swojej przeszłości i dopiero wtedy zacząć od nowa. The Affair jest pełny emocji, a co więcej porusza wszelkie możliwe relacje – córka-matka, ojciec-córka, mąż-żona, mąż-kochanka, przyjaciele, byli i obecni partnerzy.

Nie obwiniaj się za miłość

Jak boli złamane serce?

Złamane serce to morze łez, nieprzespane noce, brak apetytu i ogólna depresja.

Złamane serce to poczucie zniechęcenia do świata i ludzi.

Złamane serce to utrata pewności siebie, zagubienie i pustka.

Złamane serce to także rozkminianie, rozmyślanie i analizowanie. Co, jak i dlaczego wszystko poszło nie tak. Zadawanie pytań bez odpowiedzi, wspominanie przeszłych zdarzeń i zachowań, planowanie spotkań i rozmów, do których nigdy nie dojdzie.

Złamane serce najbardziej boli jednak wtedy, gdy zaczynasz obwiniać się za miłość…

Złamane serce, zranione ego

Kilka tygodni zajęło mi ‘dojście do siebie’, znaczy ogarnięcie się na tyle, by nie płakać rano nad kubkiem kawy, w południe nad patelnią z jajecznicą, a wieczorem do poduszki. Najgorsze były jednak problemy ze spaniem, bo moje zranione ego nie pozwalało mi odpuścić myślenia, że przecież mogłam temu zapobiec, że może to moja wina i że jak ja mogłam być taka naiwna, by się ‘zakochać’ w kimś takim.

Że Gradowa, przecież wiedziałaś, w co się pchasz.

Że Gradowa, przecież każdy Ci mówił, że stać Cię na kogoś lepszego.

Że Gradowa, jak mogłaś się tak nabrać?

I przez pewien czas czułam się głupio i było mi wstyd i żal jednocześnie. Zrobiłam z siebie ofiarę, wierząc, że to takie niemądre dać się ponieść emocjom i zaślepić i zmanipulować i że w moim wieku to już nie wypada wpadać w takie uczuciowe pułapki. Że powinnam wiedzieć lepiej. No i w ogóle jak mogłaś Gradowa obdarzyć ‘miłością’ kogoś, kto wcale tego nawet nie chciał!?

Dzięki ego…

Tak więc moje ego nie mogło znieść tej porażki. Tego upokorzenia, że ktoś nie odwzajemniał moich uczuć i starań w takim samym stopniu, w związku z czym musiałam pójść po rozum do głowy i odejść. Ego nie widzi tego tak racjonalnie, bo jest ZRANIONE i atakuje mnie z każdej strony, wzbudzając jeszcze większe poczucie winy.

Wpis zalatuje nieco emocjonalnym rzygiem, ale taki wciąż jest stan mojego umysłu, bo mętlik w głowie na przemian z ulgą i względnym poukładaniem myśli miesza się z bałaganem w sercu. Swoją drogą, słowa ‘miłość’ i zakochanie piszę w cudzysłowie celowo, bo jednym z najważniejszych wniosków do jakiego doszłam podczas leczenia złamanego serca był fakt, że to nie była miłość, tylko miłość toksyczna, a taka na słowo MIŁOŚĆ nie zasługuje. Nie znaczy to jednak, że nie należy sobie tej ‘miłości’ wybaczyć. Wręcz NALEŻY, bo w przeciwnym razie proces wychodzenia z miłosnego nałogu będzie wydłużony i bardziej bolesny.

Jak wybaczyć sobie miłość?

Jak wybaczyć sobie miłość toksyczną?

Mnie pomogło uświadomienie sobie, że jestem NORMALNA. Gradowa jesteś NORMALNA! W naturalny sposób ‘zakochałam się’ w kimś, z kim miałam dobrą chemię. To znaczy teraz wiem, że to nie była dobra chemia, teraz wiem, że była toksyczna i to właśnie był przełom w procesie wybaczenia sobie ‘miłości’.

Jestem naturalnie wrażliwą i kochającą osobą. Nie że kochliwą, ale kochającą. Takie uczucia jak sympatia, troska i oddanie nie są mi obce i w naturalny sposób pragnę się tymi uczuciami dzielić z osobą, którą uznaję za bliską.

pies ogrodnika

Kim jest pies ogrodnika?

Pies ogrodnika.

Boi się prawdy. Boi się być szczerym i otwartym. Boi się przyznać do prawdy.

Prowadzi z Tobą jakąś grę, ale tylko on zna jej zasady i nazwę. Tylko on wie jaki jest w tym cel, choć koniec końców on tak na prawdę sam nie wie czego chce, więc ta zabawa ciągnie się tak długo dopóki Ty jej nie przerwiesz.

Pies ogrodnika.

Chce mieć ciastko i zjeść ciastko.

Chce ciągnąć dwie sroki za ogon.

Mówi językiem niedopowiedzeń, domysłów. Mówi krzyżówkami, rebusami, na migi

Na konkretne pytania nie odpowiada wprost a ulubione sformułowania to ‘to nie takie proste, to nie tak jak myślisz, gadasz głupoty, to nie jest temat na maila/telefon/na teraz‘. Czyli na nigdy.

Trzyma Cię na ławce rezerwowej i zwodzi, kompletnie nie licząc się z Twoimi uczuciami.

Boi się postawić sprawę jasno, nie z obawy żeby Ciebie nie skrzywdzić/urazić, bo on nie dba jak Ty się z tym czujesz. On dba o swoją wygodę i swój interes.

Postawiony pod ścianą daje Ci wymigującą odpowiedź, lub odwleka konfrontację na ‘jutro’, bo teraz nie ma czasu, jest zmęczony, chory, zajęty, zapracowany.

Pies ogrodnika.

Jest tchórzem, który boi się swoich pragnień. Boi się ryzyka. Nie chce ani zyskać ani stracić. Chce balansować pomiędzy być i mieć, a tak na prawdę wypiera się swoich prawdziwych uczuć z obawy przed zranieniem, odrzuceniem, niepowodzeniem.

Nigdy się nie dowiesz, co siedzi w jego głowie, bo dla niego szczerość i otwartość są jak wirus, który mógłby go zabić.

Pies ogrodnika nigdy tak na prawdę nie będzie Twój.

Odpuść sobie. Stać Cię na więcej.

Jak się mierzy kobiecy sukces

Nieustannie odnoszę wrażenie, że w dzisiejszym świecie w dalszym ciągu panuje przekonanie, że lepiej być w jakimkolwiek związku niż żadnym, a miarą sukcesu kobiety jest to, czy posiada partnera. Tak nam społeczeństwo i rodzina wpoiła, że dopóki masz faceta to wszystko z Tobą w porządku. Wtedy cała reszta też się jakoś poukłada.

A co jeśli cała reszta się układa bez mężczyzny? Gdy jest fajna praca, niezależność finansowa, życie na satysfakcjonującym poziomie, swoboda w podejmowaniu decyzji, komfort, inteligencja, uroda i atrakcyjność? To wszystko jakby się kasuje, bo nie masz faceta. Rodziny. Dzieci. A przecież jesteś już po trzydziestce, więc WYPADAŁOBY już się ustatkować (cokolwiek to znaczy!). Wkurza mnie to. Wkurza mnie nie tylko to, że społeczeństwo z góry narzuca nam kobietom schematy myślenia, ale także to, że ja wpadam czasami w tą pułapkę. Raz na jakiś czas dopada mnie nostalgia i poczucie beznadziejności, bo w moim wieku jestem niezależną singielką. Bo wiem czego chcę. Dla siebie. Jakby jakieś przekleństwo. Jakby coś było ze mną nie tak. Jakby wszystkie wybory, których dokonałam z myślą o sobie, były nieistotne, bo koniec końców jestem przecież sama! Smutna, pogubiona singielka. Co ona ze sobą zrobi? Jak sobie poradzi? Co ludzie powiedzą? Co z nią jest nie tak???

Nic. Wszystko z nią w porządku. Po prostu żyje swoim życiem. Postanowiła, że woli być sama niż w związku, który ją nie satysfakcjonuje. Woli kierować się sercem niż rozsądkiem czy desperacją. Dzięki Bogu nie chce mieć dzieci, więc tykanie zegara biologicznego wogóle ją nie obchodzi. Ma pracę, którą lubi, wraca do mieszkania które lubi, spędza czas tak jak lubi. Do niczego się nie zmusza. Jest niezależna.

Czy jest kobietą sukcesu? Tak. Nawet jeśli nie ma faceta i rodziny? Tak.

I tylko czasami czuje się samotna. Ale akceptuje to uczucie, bo wie, że przecież wszystko jeszcze się może zdarzyć.

Dzien za dniem pada deszcz,
Slonce spi, nie ma cie,
Jest mi bardzo, bardzo zle.
Zimny kraj, zimny maj,
Koty spia, miasto spi,
Czarodziejskie snia sie sny.
W moim snie, cudownym snie,
Tylko kocham kocham, kocham,
Bawie sie, la la, la la!
W moim snie, cudownym snie,
Tylko kocham kocham, kocham,
Bawie sie, la la, la la!
W moim snie, cudnym snie,
Przez zielonosc wolno plyniesz
I do brzegu zblizasz sie.
Cudny kraj, cudny maj,
Slonce mruzy twoje oczy
Gdy calujesz, piescisz mnie.
W moim snie, cudownym snie,
Tylko kocham kocham, kocham,
Bawie sie, la la, la la!

 

1 2 3 7