Jak się stałam swoim największym wrogiem, czyli o autodestrukcji

Jest mi wstyd.

Stałam się najgorszą wersją siebie. Taką osobą, o której po cichu mówiłabym, że mogłaby się w końcu ogarnąć, a nie tylko siedzi i marudzi. Niech się w garść weźmie. Niech nie narzeka, bo nie ma na co. Niech przestanie się nad sobą użalać i rozkładać bezradnie ręce. Niech przestanie zwalać winę za swój nędzny los na innych i niech w końcu sama przejmie kontrolę nad swoim życiem. Tak bym jej powiedziała. Tak bym powiedziała samej sobie. Takiej sobie, którą jestem teraz. Wiem, że przez chwilę. Ale taka właśnie jestem TERAZ.

Spytasz dlaczego? Nie wiem.

Kompletnie straciłam kontakt ze sobą. Przestałam sobie ufać. Zaczęłam sama pod sobą dołki kopać, a każde niepowodzenie wytykać palcami. Tak się teraz zastanawiam… jaki to może mieć związek z tym, że ucięłam kontakt z mamą? Całkiem. Na zimno. Bez skrupułów i wyrzutów sumienia. Tak, żeby już nie musieć nikomu się ze swojego życia tłumaczyć. Odciąć się od krytyki, kiedy to nie spełniam jej oczekiwań. Bo coś zaczęło mi się w końcu układać, więc wolałam ją odsunąć, żeby czasem znowu mi tego nie zburzyła.

I wiecie co się stało? Ona pojawiła się w mojej głowie. Ja sama zaczęłam być głosem mojej mamy. Sama dla siebie!

Przez pewien moment byłam osobą, którą polubiłam.

Względnie pewną siebie, wiedzącą czego chce, z ufnością patrzącą w przyszłość. Świadomą siebie i swoich uczuć. Podążającą za głosem intuicji. Z głową. Pisałam sobie bloga, który zdobywał coraz to nowych czytelników. Dostawałam komentarze, które dodawały mi skrzydeł, które były pozytywne, a przede wszystkim bardzo budujące. Mówiące mi: Gradowa, ale jesteś fajna, jak fajnie piszesz, to co robisz jest fajne! W tym samym czasie zdecydowałam się na odważne zmiany w swoim życiu, bo wiedziałam, że obecna sytuacja mnie nie satysfakcjonuje. Mówili mi: wow, zazdroszczę Ci odwagi, super, że nie boisz się podjąć ryzyka! Przy okazji traciłam też na wadze, co stało się zauważalne dla innych. Mówili mi: Tak trzymaj Gradowa! Świetnie wyglądasz! Stałam się lepszą wersją siebie. Inspiracją. Tak jak chciałam. I co?

Zrobiłam sabotaż.

Na sobie. Bo przecież, to nie moje życie! To nie jestem ja! Taka nowa? Taka inna? Taka fajna? Taka świadoma? Taka wiedząca czego chce i próbująca żyć życiem, o którym marzyła? Nieeeee…. Gradowa weź się ogarnij! To nie Ty! Ja Ci pokażę, jak powinno wyglądać Twoje życie. Życie beznadziejnej, nieogarniętej 30-latki:

Przede wszystkim, chyba zapomniałaś jak smakuje czekolada! Pierdol swoje zasady i olej dobre nawyki. To nie w Twoim stylu. Słodycze poprawią Ci humor. Poza tym smakują tak dobrze. Poza tym, dajże spokój! Patrz jak Ty schudłaś! Nie za dobrze wyglądasz? W głowie Ci się poprzewraca z tego. Nie możemy do tego dopuścić. No zjedz sobie to ciacho, wafelka i czekoladkę. Przecież Ty już taka jesteś! Nadprogramowa. Nie możesz tego zepsuć jakimś tam zdrowym odżywianiem i siłownią. Pfff! SIŁOWNIA!? Haha. Ty i siłownia!? Weź… Idź ze dwa razy w tygodniu, bo w sumie karnet kupiłaś, ale się tam za bardzo nie przykładaj, bo to tak bardzo nie w Twoim stylu. Być fit. Pffft!

Musisz znaleźć nową pracę. Tak ja wiem, że miałaś na początku spore oczekiwania, bo wydawało Ci się, że jesteś coś warta, że masz doświadczenie i umiejętności i na pewno jesteś lepsza niż 200 innych osób aplikujących na to samo stanowisko. Ale sama się przekonałaś po pierwszej porażce, że chyba nie do końca taka świetna jesteś. Nie chcieli Cię, bo beznadziejna jesteś. Weź Ty spojrzyj prawdzie w oczy i lepiej zaniż swoje oczekiwania. Próbować możesz, ale nie spodziewaj się za wiele. W najgorszym wypadku możesz znów zostać kelnerką. Ważne żeby kasa była. Tylko mamie nie mów, gdyby pytała, bo siara. Powie, że sobie życie zmarnowałaś.

Olej bloga. Myślisz, że komuś różnicę zrobi czy będziesz pisać czy nie? Poza tym, tyle tych blogerów już jest, że nie masz szans się wybić. Lepiej odpuść. Są lepsi. Fajniejsi. A te pozytywne komentarze, to pewnie przypadek jakiś. Chwilowe szczęście, że kilka razy napisałaś fajny tekst. Też sobie wymyśliłaś – bloga. Pff… Żeby pisać bloga, trzeba być kimś! KIMŚ. A Ty kim jesteś? Nikim Gradowa, nikim!

Lenistwo jest fajne. Spanie jest fajne. Oglądanie seriali jest fajne.

Przyjaciół nie masz, nie miałaś i nigdy mieć nie będziesz. Pogódź się z tym. Ten chwilowy epizod, gdy nagle ludzie chcieli z Tobą gadać i się spotykać, to przejściowe. Kto by Cię chciał mieć za przyjaciółkę? Jesteś nudna i smutna. Słaba i niezrównoważona emocjonalnie. Poza tym, kto by tam słuchał o Twoich problemach i zmartwieniach? Daj spokój. Zostaw to dla siebie. Dla nas. Poużalamy się nad sobą w domowym zaciszu. Będziemy unikać ludzi. Tak będzie lepiej dla wszystkich.

Jest mi wstyd.

To dlatego na blogu był taki zastój. Bo co ja miałam wam napisać? Że mam doła? Że straciłam wiarę w siebie? Że nie widzę swojej przyszłości? Że nie umiem się ogarnąć, pozbierać, iść na przód? Że oddałam kontrolę nad swoim życiem, czynnikom i okolicznościom zewnętrznym? Że za każdym razem, gdy dostaję odmownego maila dotyczącego stanowiska, na które aplikowałam, to chce mi się płakać? Że jak czytam ogłoszenia o pracę i wymagania w nich zawarte, to czuję się beznadziejna i nic nie warta?

Ja na prawdę nie chcę taka być. Nie chcę się nad sobą użalać ani rozczulać. Cholernie tego w sobie nie lubię. Jednocześnie zupełnie nie rozumiem dlaczego i skąd to się u mnie wzięło?! Czy to syndrom osoby, która wygrała w totka i w ciągu niecałego roku staje się na powrót biedakiem, bo nie potrafiła się wpasować w nową rzeczywistość i wieść lepszego życia? Czy to właśnie dlatego, gdy ja stałam się szczęśliwa i zadowolona, zaczęłam to sabotować, bo taki obraz był wbrew schematowi, który wypracowałam w sobie przez lata?

Nigdy nie chciałam stać się jak moja mama, a w rezultacie idę w jej ślady, robiąc się zgorzkniałą, samotną i niepewną siebie osobą. Odcięłam się od mamy, by nie słuchać jej krytyki, po czym sama siebie zaczęłam krytykować i sabotażować każdy swój czyn.

Jest mi wstyd.

Wstyd mi, bo uznałam, że życie przeciętniaka jest wygodniejsze i prostsze. Że łatwiej jest poużalać się nad sobą, zwalić winę na innych, podążać utartymi schematami, niż wytrwać na nowej ścieżce i osiągnąć w życiu coś więcej. Łatwiej jest być starą wersją siebie, niż odgruzować ukryte talenty i predyspozycje. Łatwiej jest znielubić siebie i przyjąć bierną postawę ofiary losu, niż stać KIMŚ, udowadniając sobie i innym, że można i że warto. Ale czy w życiu na prawdę chodzi o to, żeby było łatwo?

Dorosłość nie jest prosta. Nieustanne podejmowanie decyzji dotyczących naszego życia potrafi być wyczerpujące zwłaszcza, gdy nie mamy pewności, co nas czeka za rogiem. Mnie ta dorosłość nagle przychodzi z trudem. Ta mała dziewczynka drzemiąca we mnie, znów nieśmiale macha do mnie rączką, a ja zamiast prowadzić ją przez życie, usiadłam koło niej i pielęgnuję tą jej bezradność.

Jest mi wstyd.