mama się obraziła

Nie milcz do mnie, czyli o karaniu ciszą

Jedną z najtrudniejszych umiejętności w relacjach międzyludzkich jest zdolność milczenia w swoim towarzystwie. O ile osobiście nie czuję potrzeby ględzenia o bzdetach tylko po to, by uniknąć ‘niezręcznej ciszy’, o tyle cholernie trudno mi odnaleźć się w sytuacji, gdy ktoś nagle przestaje się odzywać, bo zmienił mu się humor.

Mama się obraziła

Taki schemat wyniosłam z domu. Nie pamiętam ani kłótni ani awantur, za to doskonale przypominam sobie te chwile, kiedy rodzice mieli ciche dni lub mama nagle przestawała się do mnie odzywać. Nie rozumiałam dlaczego to robi, ale zawsze brałam to do siebie, przekonana, że coś przeskrobałam. Nie wymyśliłam sobie tego z dnia na dzień. Mama taki miała styl. Wolała się na mnie obrazić, niż po prostu mnie opierniczyć. Powiem wam, że karanie ciszą jest nagorszym doświadczeniem dla dziecka. Bo siedziałam zamknięta w pokoju i zastanawiałam się ‘o co chodzi?’. Próbowałam się domyślać, co tym razem zrobiłam źle. A nawet jeśli wiedziałam z czym narozrabiałam, to i tak tego nie rozumiałam. No bo jeśli mama się nie odzywa z powodu dwóji z historii lub zbitej szklanki, to muszę być bardzo złym dzieckiem. Na pewno jestem jej rozczarowaniem i do niczego już się nie nadaje. Mama mnie już nie kocha. Nie lubi. Nie chce.

Cholernie mnie to bolało i bardziej bałam się tego, że się mama obrazi, niż nakrzyczy.

Traumę tą przeniosłam później w dorosłe życie. Nie umialam sobie poradzić z sytuacjami, gdy ktoś do mnie milczał. Wywoływało to u mnie strach, że milczenie oznacza koniec relacji. Bardzo długo musiałam na nowo się uczyć, że nie jestem odpowiedzialna za czyjeś nastroje, że nie jestem odpowiedzialna, za czyiś zły dzień, a przede wszystkim, że nie wszystko kręci się wokól mojej osoby. W zasadzie to wciąż się tego uczę!

Trauma a dorosłość

Mój szef miał ostatnio jakiś zły dzień. Tak się jakoś złożyło, że wiele spraw się posypało, a pracownicy nie podążali za jego schematem myślenia. Gdy przyszłam do pracy nie było jeszcze nikogo poza nim. Siedział w drugim pokoju i stukał w klawiaturę mail za mailem. Ucięłam z nim krótką pogawętkę, ale czułam, że jest nie w sosie i szuka kozła ofiarnego. Wolałam się więc usunąć z jego pola widzenia. Choć domyślałam się za co może być zły, siedziałam przed swoim laptopem i nad niczym nie mogłam się skupić. Myślałam tylko o tym, czy mój szef jest na mnie obrażony?

Bałam się, że nasłuchuje i ocenia każdy mój ruch. Dręczyła mnie myśl, że jest pewnie ze mnie niezadowolony, że może ten mail co wczoraj wysłałam był zbyt bezpośredni, albo może ktoś mu na mnie ponarzekał i teraz on nie wie jak mi to powiedzieć. Albo obwinia mnie, że zespół jest taki jakiś niezdyscyplinowany i wszyscy się wiecznie do pracy spóźniają.

No więc siedziałam w tej swojej dziecięcej traumie i za cholere nie mogłam powstrzymać tych wszystkich absurdalnych myśli. Choć rozsądek cały czas mi powtarzał ‘weź się Gradowa nie wygłupiaj, bądź dorosła, to nie ma nic wspolnego z tobą’, to jednak mój mózg był sparaliżowany. I nie przesadzę, jeśli wam napiszę, że pół dnia z tego stanu wychodziłam, by w końcu o tym zapomnieć i oprzytomnieć.

Czasami tak mam

Z bólem muszę się przyznać, że czasami sama przyjmuję postawę biernej agresji w postaci obrażania się. Choć robię to już zdecydowanie mniej to jednak wciąż łapię się na tym, by zamiast wyrzucić z siebie, co mi leży na sercu, ja siedzę i mielę te swoje emocje gdzieś głęboko w sobie. –Co się stało? -Nic. No bo ja się kurcze nie umiem kłócić. Ja się umiem obrażać i tłumić te emocje w sobie.

Na szczęście jest jakaś nadzieja. Z wiekiem niektórzy jednak mądrzeją i dojrzewają,a ja jednak zaliczam się do tych szczęśliwców.

Jak sobie z tym radzę?

Przede wszystkim, nie biorę odpowiedzialności za czyjeś humory, dobre/złe dni, nastroje, okresy, niepowodzenia, niskie poczucie własnej wartości czy brak asertywności. Jeśli ktoś faktycznie obraża się na mnie za powyższe, to jedyne na co ja mam wtedy ochotę, to zignorować i zająć się swoimi sprawami. Miałam kiedyś w pracy taką koleżankę, która średnio raz na tydzień przychodziła do biura z fochem. Czasami miało to związek ze mną, czasami nie. Po paru miesiącach dopytywania za każdym razem ‘co się stało?‘ i słyszeniu odpowiedzi ‘nic’, z tonem, który mrozi otoczenie i wzrokiem, który zabija, poddałam się.

Sytuacja z szefem była jakimś wyjątkiem od powyższej reguły, którą wyznaję na co dzień, niemniej czasami jednak te traumy z dzieciństwa mnie dopadają i coż mogę począć. Jestem tylko człowiekem. Jestem też kobietą, która przed okresem staje się bardziej wrażliwa i drażliwa niż normalnie i  ot problem gotowy. Generalnie jednak wrzucam na luz i kompletnie nie zajmuję się czyimiś nastrojami. Szkoda mojego czasu i energii.

Ponadto warto zrozumieć taki fakt, że jeśli ktoś przelewa na nas swoje złe nastroje i frustracje, to jest to tylko i wyłącznie tej osoby problem. Ja nie biorę tego do siebie, a Ty nie oczekuj ode mnie, że ja się domyślę, o co Ci chodzi i co się stało. Ja lubię jasne sytuacje. Oczywiście zdarzają się wyjątki od tej reguły, ale wyjątki są po to, by CZASAMI występowały.

Nie milcz do mnie

Także ten… nie lubię jak ktoś do mnie milczy. Nie znoszę wręcz! Krępuje mnie to, męczy i uruchamia dziecięce traumy. Choć regularnie ćwiczę zarządzanie swoimi myślami, to przychodzą takie momenty, że odzywa się we mnie głos tej małej dziewczynki, na którą mama się kiedyś obrażała za to, że spóźniła się 10 minut lub próbowała się kłocić, by wywalczyć swoją tożsamość. Odzywa się we mnie ta mała dziewczynka, której rodzice się nie kłócili, ale z dnia na dzień potrafili przestać ze sobą rozmawiać i ja czułam się temu winna, bo nie wiedziałam o co chodzi. Głos tej małej dziewczynki, która bała się w te dni wyjść ze swojego pokoju, by nie usłyszeć… ciszy.

Dlatego nie milcz do mnie. Opiernicz mnie, zrób mi awanturę, skrytykuj lub wypłacz mi się do rękawa, ale nie rób tej jednej rzeczy….

Nie milcz co mnie.

relacje matka córka

Nasi rodzice kiedyś odejdą. Na zawsze.

Są takie sprawy, o których w ogóle nie chcę myśleć. Sprawy, których nawet nie chcę dopuszczać do swojej świadomości. Odmawiam ich istnienia. Bo się boję. Boję się, że przyjdzie taki dzień, że będę musiała stawić im czoła, a mnie zaleje wtedy fala smutku i rozpaczy, bo już nic nigdy nie będzie takie samo…

Koleżance z pracy umarł niedawno ojciec. Chciałam jej coś napisać, by wiedziała, że jestem z nią myślami, ale miałam kompletną pustkę w głowie. Bo jakie słowa będą w stanie na prawdę oddać to, że cholernie mi przykro z tego powodu? Nie mogłam napisać “rozumiem przez co przechodzisz“, bo sama nie doświadczyłam takiej straty. Napisanie “Twój tato jest teraz w lepszym miejscu” uważam za wysoce niestosowne, a “czas leczy rany” jest absurdem. Napisałam więc to, co sama chciałabym w takiej sytuacji usłyszeć, ale to słowa mojego szefa trafiły w sedno i po przeczytaniu ich, sama miałam łzy w oczach. “Kiedy odchodzą nasi rodzice, uświadamiamy sobie, jak ważnymi osobami byli oni w naszym życiu…

Tego dnia, wieczorem, siedząc na łóżku, zerknęłam kątem oka na zdjęcie wiszące nad moim biurkiem. Zdjęcie moje i mojej mamy z wyjazdu nad morze dokładnie dwa lata temu. Zabrałam ją do Władysławowa z okazji jej urodzin, bo chciałam spełnić jej marzenie. Wiedziałam, jak kocha polski Bałtyk, a baaardzo dawno go nie widziała. Chciałam, by była choć przez chwilę szczęśliwa. Pamiętam jej zadowolenie i radość. Cieszyła się jak dziecko.

Wpatrywałam się w to zdjęcie i wyobraziłam sobie, że jej już nie ma…

Moje oczy zaszły łzami.

To był ten moment, kiedy nagle uświadomiłam sobie, że moi rodzie kiedyś odejdą. Na zawsze.

Najbardziej przeraża mnie fakt, że ja jestem tutaj, a oni tam. Że w każdej chwili mogę dostać telefon z wiadomością, która sprawi, że już nic nie będzie takie jak dawniej. A jeszcze bardziej boję się tego, że stanie się to w chwili, kiedy w sercu wciąż będę nosiła ten żal, który pielęgnuję od jakiegoś czasu na blogu.

Ja wiem, że to co piszę o relacjach matka-córka jest tematem ważnym nie tylko dla mnie, ale także dla Was. Wielokrotnie już dostawałam wiadomości lub komentarze, że moje teksty w pełni oddają to, co Wy czujecie w stosunku do swoich matek. I ja wiem, że to wszystko jest kurewsko trudne, bo z jednej strony je kochamy i chcemy być z nimi blisko, a z drugiej nie chcemy być poddawane wiecznym manipulacjom i szantażom emocjonalnym. Z jednej strony doceniamy ich wkład w nasze życie, a z drugiej chciałybyśmy, by przestały się w końcu wtrącać. Z jednej strony chcemy, by powiedziały, że nas rozumieją, a z drugiej, nie potrafimy okazać krzty wyrozumiałości wobec nich.

Ogarnięta nostalgią, chciałam spróbować moją mamę zrozumieć, a przynajmniej zastanowić się nad tym, jakie ona miała dzieciństwo. Z tego co wiem, nie miała lekko, bo wychowała się w domu, w którym kary cielesne były normalnym elementem wychowania. I nie mówię o zwykłym klapsie. Mówię o prawdziwym bólu, łzach i płaczu. Przeżywszy to wszystko, obiecała ona sobie, iż nigdy na nas ręki nie podniesie. I słowa dotrzymała, za co jestem jej ogromnie wdzięczna.

Najbardziej podziwiam ją jednak za to, że pomimo swoich przykrych doświadczeń w domu, o swoich rodzicach zawsze wyrażała się z prawdziwym szacunkiem i miłością. Moją babcią, swoją mamą, opiekowała się do końca jej dni, gdy ta zachorowała na Alzheimera. Nigdy nie miała wątpliwości, że mama ją bardzo kochała. Co do dziadka to mam mieszane uczucia, bo gdy o nim mówiła, wydawało mi się, że jej duma jest jednocześnie podszyta strachem i niechęcią, choć mogę się mylić. Na pewno nie będę jej osądzać. W tej kwestii absolutnie ją rozumiem.

Choć do pełni zrozumienia i akceptacji postępowań mojej mamy potrzebuję jeszcze trochę czasu, to uważam, że jestem na dobrej drodze. Wyobrażenie sobie, że moich rodziców już nie ma, tak na zawsze, pozwoliło mi otworzyć się na dialog, a jednocześnie zaprzestałam pielęgnować żal. Sporo mi jeszcze leży na sercu i bardzo bym chciała się z tego oczyścić, nie chcę tego jednak robić w sposób pozbawiony jakichkolwiek pozytywnych uczuć w stosunku do moich rodziców. Bo są oni na prawdę ważnymi dla mnie osobami.


Tak mi się wydaje, że cholernie trudno jest być rodzicem. Wyobrażam sobie też, że jeszcze trudniej jest usłyszeć od swoich dzieci zarzuty pod swoim adresem. Moja mama zniosła to dzielnie, lepiej niż zakładałam. Jak niektórzy już wiedzą, mama przeczytała mojego bloga. Jak na niego trafiła? Nie wierzę co prawda w ‘przypadki’, ale PRZYPADKIEM wysłałam jej adres odpowiadając na maila. Wizytówkę miałam ustawioną jako podpis i tym razem ‘zapomniałam’ usunąć. Napisała do mnie w dwa dni później. Chyba nie doceniałam mojej mamy…

Piszesz i myślisz mądrze i pięknie, a przede wszystkim nie boisz się mówić szczerze, to co leży Ci na sercu, a to cenię sobie najbardziej. Ja postaram się to z całego serca zrozumieć. To dobra lekcja życia ale i trudna. A czy ktoś obiecał, że życie będzie łatwe?

Patrzę więc sobie znowu na to nasze zdjęcie znad morza i sobie myślę, że kurcze… moja mama w wielu sprawach nawaliła i często wypowiadała słowa, których nie powinna była wypowiadać do swoich dzieci, ale nas kochała. Na swój sposób. No i nigdy nie podważałam faktu, że jest dobrym człowiekiem. Tylko takim troche… nieidealnym. No ale KURDE! Nikt nie jest idealny! I żeby było jasne – ja próbę dialogu podejmowałam kilkukrotnie, ale dopiero mój blog do niej przemówił. A może to po prostu czas był teraz bardziej właściwy?

Tym tekstem chciałabym was zachęcić, by podejmować próby dialogu. Na różne sposoby. Pamiętajcie, że wam jest ciężko stawić czoła demonom z przeszłości, ale naszym rodzicom jest też trudno przyjąć do wiadomości i zaakceptować fakt, że ich własne dzieci ich krytykują i podważają sposób wychowania. Opór i wyparcie jest naturalną reakcją. Nawet jeśli wasi rodzice nie wykażą się takim zrozumieniem jak moja mama, to przynajmniej sami przed sobą będziecie mogli powiedzieć, że próbowaliście.

Bo nasi rodzice są ważnymi osobami w naszym życiu. I oni kiedyś odejdą. Na zawsze.

Nie chce mi się z Tobą gadać, czyli dlaczego ograniczyłam kontakt z moją mamą

Przez ostatnich kilka dni zakopana byłam pod gruzem wspomnień z przeszłości. Mój tekst o kompleksach sprawił, że ponownie zaczęłam rozgrzebywać rany i zastanawiać się czemu jestem taka poryta. Moją stabilność emocjonalną można by porównać do sinusoidy. Choć może nawet gorzej, bo sinusoida to przynajmniej przewidywalna jest, ja – niestety nie. Moja stabilnośc emocjonalna jest jak ta góra puszek, którą skrupulatnie sobie układam, a rozmowa z mamą jest tym kamieniem, który te puszki rozwala, niczym kręgle.

Czemu się nie odzywasz!?

Próbując rozkminić, dlaczego znów czuję nieszczęśliwość i egzystencjalną pustkę, uświadomiłam sobie, że moje powolne staczanie się w przepaść, zaczęło się od krótkiej wiadomości na skypie: “Dawno się nie widziałyśmy”. Nie rozmawiałam z moją mamą przez dobry miesiąc (aż i tylko miesiąc). Każdy kolejny tydzień od ostatniego kontaktu, nieświadomie budził we mnie lęk i obawę, że mama się w końcu odezwie ze standardowym pytaniem “Czemu się nie odzywasz?”. Już samo sformułowanie zawiera w sobie wyrzut. Niejednokrotnie nasza rozmowa zaczynała się od jej narzekania, że mało ze sobą rozmawiamy, ale gdy już próbowałam nawiązać konwersację, to albo mnie nie słuchała gapiąc się w ‘Barwy Szczęścia’ albo z miną zbitego psa odpowiadała “nie wiem co mam Ci jeszcze opowiadać, tak to już jest, że jak ludzie długo ze sobą nie rozmawiają, to potem brakuje im tematów”. W tym momencie myślę o tych wszystkich przyjemniejszych rzeczach, które w tym czasie mogłabym robić. Zmywanie naczyń, mycie podłogi czy sprzątanie kuwety kotów, wydaje się być lepszą rozrywką, niż bycie obrzucaną błotem odpowiedzialności za naszą relację.

Toksyczna relacja z mamą

Zaraz po moim wyjeździe do Anglii rozmawiałam z mamą dość często. Wysyłałam jej zdjęcia, maile, gadałyśmy na skypie. Czułam się “w obowiązku”. Miałam wyrzuty sumienia, że zostawiłam mamę samą, dlatego teraz, mimo iż próbuję sobie życie jakoś poukładać z dala od dawnego syfu, to w dalszym ciągu muszę spełniać rolę dobrej córki. To trwało przez ponad rok. Obowiązkowo, co najmniej raz na tydzień-dwa, musiałam się raportować u mamusi. Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę z tego, że ta relacja, nawet na odległość, jest niesamowicie dla mnie toksyczna. Pomyslałam więc, że powinnam ukrócić nasze pogawętki do minimum. Udawało mi się wytrzymać 2 tygodnie, a po tym czasie odzywał się we mnie córciny obowiązek. Więc dzwoniłam, opowiadałam co u mnie, a po każdej rozmowie czułam się beznadziejnie. Odechciewało mi się wszystkiego. Jeśli nie od razu to stopniowo dopadał mnie ciężar słów wypowiedzianych z ust mamy.

Najbardziej bolało mnie to, że robiła to wtedy, gdy mówiłam, że moje życie jest spoko, że jest mi dobrze i jestem szczęśliwa. Gdy mieszkaliśmy w biurze, by zaoszczędzić kasę, to za każdym razem pytała, kiedy jakieś mieszkanie znajdziemy, bo przecież tak nie można żyć. Gdy znaleźliśmy pokój, a ja polubiłam domowe obowiązki i mogłam więcej czasu spędzać w domu, uznała, że teraz czas na dziecko. Gdy przez jakiś czas pracowałam u Fisha i mogłam wykorzystać swoje wszechstronne zdolności organizacyjne, uznała, że praca u chłopaka to nie praca. Gdy z różnych przyczyn wycofałam się z tej współpracy i postanowiłam rozwijać swoje pasje w domu, dopytywała “a co z Twoją karierą!?” I tak ze wszystkim i na każdym kroku. I to ZAWSZE w momentach, gdy siedząc w fotelu, pijąc kawę i patrząc na moje życie myślałam sobie “Jest mi dobrze”.

Żyj i daj żyć!

To wszystko wzbudza we mnie negatywne emocje wobec mamy. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ona tak bardzo nie chce mojego szczęścia. Czemu wiecznie doszukuje się problemów tam gdzie ich nie ma i dlaczego próbuje mi udowodnić, że moje życie nie jest fajne takie jakie jest. Czy to z troski? Z miłości? Czy z zazdrości? Czy to, że jej życie się nie poukładało, ma znaczyć, że moje ma być równie nieszczęśliwe? Czy to, że w pewnym momencie porzuciłam schemat podążania za moją siostrą sprawia, że jednak jestem dla mamy rozczarowaniem?

Żeby nie być bierną, podjęłam kilka prób przetłumaczenia mojej mamie, że to jest moje życie, że chce je przeżyć po swojemu, że nie skorzystam z jej złotych rad i przepisów na nieszczęście. Z marnym skutkiem. W pierwszym odruchu mama czuje się skrzywdzona. Potem odpuszcza w klimacie “rób jak uważasz” a na koniec o wszystkim zapomina i kółko się zamyka…

SorryNotSorry

Ja na prawdę bardzo, ale to bardzo mocno staram się wierzyć w to, że moja mama nie robi tego celowo. Bardzo mocno wierzę też w to, że mama mnie kocha i chce mojego dobra. Ale po prostu nie potrafię zrozumieć jej schematu postępowania i nie umiem znaleźć na to rozwiązania. Przykro mi, że jedynym wyjściem w tej sytuacji będzie unikanie kontaktów, rozmów. Mam dosyć konfrontacji z tarczą i szablą w dłoni. Niestety na dzień dzisiejszy wybieram unik – sorry mamuś, ale nie chce mi się z Tobą gadać, bo lubię swoje życie i Twoja nieobecność w nim bardzo mi w tym pomaga.

It’s not selfish to love yourself, take care of yourself & to make your happiness a priority. It’s necessary.

Skąd się wzięły Twoje kompleksy?

Skąd się wzięły Twoje kompleksy?

Podobno każdy ma jakieś kompleksy. Podobno każdy lepiej lub gorzej sobie z nimi radzi. Niektórzy im zaprzeczają, niektórzy próbują z nimi walczyć, niektórzy starają się zaakceptować swoje niedoskonałości. Wbrew krążącej w internecie modzie na samoakceptację, to nie jest takie proste. Bo kompleksy są silnie związane z naszymi doświadczeniami w dzieciństwie. Bo kompleksy są głęboko zakorzenione. Bo kompleksy są częścią nas…

Kompleksy to nie tylko nieakceptacja swojego ciała. Kompleksy to ogólny brak wiary w siebie i swoje możliwości. Porównywanie się z innymi. Rezygnacja jeszcze nim się zaczęło, bo przecież i tak jestem beznadziejna.

SŁOWA, KTÓRE SĄ W TOBIE

Ja mam kompleksy odkąd pamiętam. Choć próbowałam z nimi walczyć przez zaprzeczenie i pewność siebie podszytą strachem, to jednak one od zawsze były częścią mnie. I niestety przyczyniła się do tego moja mama.

“Ta spódnica chyba za bardzo się na Tobie opina”

“Lepiej nosić luźniejsze rzeczy, żeby zakryć wałeczki”

“Takie spodnie są dla szczupłych dziewczyn”

Takie i inne komentarze słyszałam na okrągło od małego. W najgorszym dla siebie okresie, bo w wieku kiedy to mama jest Twoim guru i wierzysz, że to co mówi jest na pewno dobre i właściwe i łykasz wszystko w ciemno. Nie masz wtedy jeszcze zdolności by weryfikować spływające na Ciebie komunikaty. W końcu mama wie najlepiej. Rezultatem tego było noszenie za dużych swetrów (które bardzo często były po prostu swetrami od mamy), za dużych kurtek i płaszczy, koniecznie spodnie, bo łydki przecież za grube na spódnicę, no i raczej nie dżinsy podkreślające niedoskonałości, tylko spodnie z materiału, lekko opływające, żeby czasami żadnych kształtów nie było widać. Mając takie standardy modowe, nigdy nie umiałam wypracować sobie swojego własnego stylu, bo najważniejszym wyznacznikiem było “zakrywanie wałeczków”.

Ale spokojnie, nie musiałam się przejmować tym że jestem “gruba”. Mama zawsze pocieszała mnie tymi słowami:

Nie przejmuj się. A. w Twoim wieku też była krągła, a w liceum bardzo schudła i zobacz jak teraz świetnie wygląda.

To mi zawsze dodawało nadziei. Kiedyś będę jak siostra. A samo pójście do liceum sprawi, że schudnę. Tak jak ona. Taka nadzieja dla mnie! Jeszcze nic straconego. Efekt był taki, że czułam na sobie presję, bo czekałam, aż schudnę “od tak” jak siostra, a tu nic. Czułam się gorsza. Czułam, że zawodzę wszystkich. Kilogramów nie ubywało. Kilogramów przybywało. Bo przecież i tak od dziecka miałam przyklejoną łatkę tej grubej.

Jak możesz tego nie wiedzieć!?

Niewiedza to wstyd. Nie mogę czegoś nie wiedzieć. Zwłaszcza czegoś, co wie moja mama i uznaje za absolutny pewnik. Wszyscy wszystko dookoła wiedzą, tylko ja tego nie wiem. Co za wstyd. Będę pośmiewiskiem. Będzie Ci wstyd. Zobaczysz. Będą się z Ciebie śmiali…

Najgorsze, gdy robiła to na przykład przy moim chłopaku. Lub znajomych.

Czasami, aby sprawdzić moją niewiedzę, wpadała do mnie do pokoju zupełnie z zaskoczenia i pytała “Czy Ty wiesz jaki dzisiaj mamy dzień? A co się wtedy wydarzło? Jak możesz tego nie wiedzieć!?”

Nigdy nie byłam humanistką. Polski i historia to były moje największe zmory. Lubiłam przedmioty, które miały dla mnie jakiś sens, które mogłam zrozumieć i wytłumaczyć. Matmy w ogóle się nie uczyłam, bo po jednej lekcji rozumiałam wszystko i na kartkówkach miałam zawsze 5tki. Angielski sam z siebie od zawsze uwielbiałam. Niestety, to było dla mamy za mało, bo historia jest najważniejsza. NIENAWIDZIŁAM HISTORII. Im bardziej ona o niej mówiła, tym bardziej jej nienawidziłam. Postanowiwszy mi pomóc być lepszą z przedmiotu , którego nie znoszę, przepytywała mnie z faktów z książki. “Jak możesz tego nie wiedzieć?” A za dwóję potrafiła się na mnie obrazić i nie odzywać przez kilka dni.

W ten sposób wyrosłam w przekonaniu, że niewiedza to wstyd. Przyznanie się do niewiedzy to wstyd. Dobre wyniki z przedmiotów, które lubisz, to za mało, bo musisz być najlepsza z tych, które lubi Twoja mama.

Zobaczysz, ludzie będą się z Ciebie śmiali.

Ponieważ słyszałam to bardzo często, zwłaszcza w sytuacji, gdy miałam czelność czegoś nie wiedzieć, zakorzeniło się we mnie przekonanie, że każdy mnie ocenia, wytyka moje błędy i niedoskonałości i oczywiście się z nich śmieje. Znacie to uczucie, kiedy przechodzisz koło grupki osób, które nagle zaczynają się śmiać, a Tobie się wydaje, że to z Ciebie? Na prawdę sporo czasu mi to zajęło, by zmienić swoje myślenie.

Tylko Tobie to się zdarza.

Taki tekst do dziecka, które rozlało herbatę lub zbiło szklankę. To była dla mnie najgorsza trauma, bo przez na prawdę długi czas w takich sytuacjach, już jako dorosła osoba, czułam się absolutnie zażenowana! Miałam poczucie, że wszyscy gapią się na mnie, kręcą głową i myślą sobie “Tylko tej to sie mogło przytrafić”. Co za gamoń. Taka niewinna rzecz, ale strasznie zostaje w głowie.

Dziecko narzekasz na studia, a A. w Twoim wieku to już miała dziecko, pracowała, studiowała i zajmowała się domem!

Przepraszam, że w liceum nie wpadłam z moim chłopakiem, by móc udowodnić całemu światu, że w tak trudnej sytuacji bym sobie poradziła. A teraz jedyne co robię to studiuję i nie mogę ponarzekać sobie ani trochę.

Poza tym to kolejny przykład porównywania mnie z moją siostrą. Przepraszam, że nie jestem tak jak ona… Wyrosłam w przekonaniu, że nie ważne co zrobię, moja siostra zawsze będzie lepsza.

Zmęczona jesteś? W Twoim wieku!? Dziecko, a co ja mam powiedzieć, gdy wciąż do pracy chodzę?

Nie wolno być zmęczoną. Gdy jesteś młoda – jesteś robotem. Ty dziecko nie wiesz co to życie. Co to chodzić do pracy i zajmować się dzieckiem. I Ty mówisz mi, że zmęczona jesteś? Daj spokój…

Znów to poczucie niedoskonałości…

Ja G. w ogóle nie musiałam z nauką pilnować, a i tak same piątki przynosił.”

Tym razem porównanie z moim bratem. Wiecznie niewystarczająco dobra…

A. zna mnie tak dobrze, może to ona powinna być psychologiem?

To była najgorsza rzecz jaką usłyszałam z ust mojej mamy. I pamiętam tą sytuację do dzisiaj. To były święta Bożego Narodzenia. Siedziałyśmy w 3 przy stole, już po kolacji, przy świetle choinki. Mama rzuciła dygresję “ale z jednej rzeczy to się strasznie cieszę”. Nie zastanawiałam się nad tym, by zgadnąć, tylko czekałam, aż powie ciąg dalszy. Moja siostra pociągnęła jej myśl. Trafnie. I wtedy padły te słowa. Mama spojrzała jej w oczy, a ja czułam się jakbym patrzyła na to wszystko z boku i była niewidzialna.

Dopiero co zaczęłam drugi kierunek studiów, o których zawsze marzyłam – psychologię. Mama od początku sceptycznie do tego podchodziła. Miałam poczucie, że mimo iż wsparła mnie finansowo, to w głębi serca czuła, że nie dam rady. Nigdy się mnie o nic nie pytała odnośnie zajęć. Aż tu nagle słyszę takie coś! Znacie to uczucie kiedy nagle przez całe ciało przepływa taki jakby prąd? Tak się poczułam. Jakby mi ktoś policzek w twarz strzelił. I nóż w serce.

Chcesz być psychologiem, a nie wiesz jak rozwiązać nasze problemy?

Przepraszam, że nie wiem jak poradzić sobie z rozwodem swoich rodziców. Przepraszam, że podczas kłótni z Tobą nie umiem spojrzeć na to racjonalnie, bo jestem pod wpływem emocji. Beznadziejny ze mnie psycholog.

Rzuciłam studia psychologiczne po 2 roku. Nie wierzyłam w siebie. Nie było nikogo, kto by mi powiedział: Walcz! Dasz radę! Po prostu się poddałam. Racjonalnie to sobie świetnie wytłumaczyłam, ale tak na prawdę ja po prostu nie widziałam w tym sensu. Uwierzyłam, że się do tego nie nadaję.

To dosłownie garstka tego, co słyszałam przez całe swoje życie od mojej mamy. Przez długi czas nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak słowa mogą odcisnąć piętno na naszej osobowości, samopoczuciu, samoakceptacji. Z jednej strony chcę wierzyć, że mama nie robiła tego celowo. Bo przecież mama chce dla nas najlepiej. Z drugiej strony, mogłabym pomyśleć, że pilnowanie mnie w nauce i uświadamianie ważnych faktów to nic złego, bo dzięki temu nie ośmieszyłabym się w trywialnych pytaniach “Matura to bzdura”. Ale z trzeciej strony, słowa ranią. Słowa zostają w Tobie. I nawet jeśli odetniesz pępowinę i pójdziesz żyć swoim życiem, mama jest niczym głos trolla siedzącego na Twoim ramieniu i podkopującego Twoją pewność siebie.

Co kompleksy robią z Twoim życiem?

Przede wszystkim ograniczają. Ograniczają Twój rozwój. Blokują poczucie szczęścia. Kwestionują Twoje osiągnięcia. Zniechęcają do walki. Podsycają strach przed ludźmi. Wzmagają opór wobec zmian, ze strachu przed porażką i sukcesem. Sprawiają, że wiecznie przejmujesz się tym, co powiedzą lub pomyślą o Tobie inni. W najgorszej sytuacji, która niestety mnie spotkała, powodują, że rezygnujesz z marzeń…

Obiecałam sobie, że nie będę dla mojego dziecka taka jak moja mama. Że chcę być inna. Chcę wspierać swoje dziecko i budować w nim poczucie siły i wiary we własne zdolności. Czeka mnie z tym dużo pracy, bo wciąż łapię się na tym, że mam w sobie myśli odzwierciedlające słowa mojej mamy. Na szczęście jeszcze nie na dziecku, ale nie lubię takiej siebie.

Kompleksów nie da się wyprzeć. Nie da się im zaprzeczyć. Nad nimi trzeba pracować. Każdy może to zrobić na swój własny sposób.