O co w życiu chodzi?

O co w życiu chodzi?

Nie wiem ile razy zadawałam sobie to pytanie. Dość często. Zwłaszcza w sytuacjach totalnego mętlika emocjonalnego, a już zdecydowanie po każdej ‘kłótni’ z moim partnerem. Bo dla mnie każda nieprzyjemna wymiana zdań jest powodem do nenufara, czyli oddania się myśleniu, że wszystko jest do dupy i lepiej jak już sobie pójdę. Jeśli zastanawiałaś się dlaczego blog nazwałam neurotycznym to właśnie dlatego. U mnie wszystko jest prze-przeanalizowane, wyolbrzymione, a moja osoba poddawana w wątpliwość. Bo tak już mam.

Od czego się zaczęło

Z reguły nie jestem poranną osobą. Rano wolę jak się do mnie nie gada, a jeżeli nawet to nie oczekując odpowiedzi. Nim wstanę z łóżka to najpierw długo kontempluję z niego wyjście i to jak będę zmagać się z kolejnym dniem.

Nie wiem czemu, ale obudziłam się w złym humorze i na dzień dobry małe pierdolniki zaczęły mnie w partnerze irytować. On jest z tych niekłócących się, ja jestem z tych kąsających i sprawdzających jak daleko mogę się posunąć. Rezultat był taki, że atmosfera się schrzaniła, a ja zakopałam się pod kołdrą, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodzi i czy ze mną jest coś nie tak, czy może jednak w naszym związku coś nie gra.

Prawda jest jednak taka, że odkąd jestem w normalnym (czyt. bez dramy) związku ja mierzę się ze swoimi lękami. Ja się boję, że nasz związek będzie taki jak moich rodziców, czyli nieautentyczny, pełen frustracji, cichych dni i niedomówień, które zamiecione pod dywan doprowadzą do separacji/rozwodu. W związku z tym lękiem, każda mała pierdoła, która w minimalnym stopniu teoretycznie potwierdza moje niepotwierdzone obawy, sprawia, że ja panikuję i w swojej głowie przekonuję samą siebie, że trzeba się ewakuować nim będzie za późno.

Najgorsze jest to, że mój partner jest pragmatyczny i na serio mnie kocha, więc zamiast zagłębiać się w dramę, przyniósł mi róże w doniczce. No ale ja przecież już sobie w głowie ułożyłam plan ucieczki, bo nasz związek to na pewno tragedia i skończy się tak jak u moich rodziców!

To wszystko, z jakiś neurotycznych powodów, dało mi właśnie do myślenia. O co w życiu chodzi?

O co w życiu chodzi

Pamiętam, że zrobiłam sobie kiedyś postanowienie, że nie będę jak moja mama – wiecznie zmartwiona, przewrażliwiona i przeważnie z życia niezadowolona. Zrobiłam to dawno temu chyba właśnie z powodu tego lęku, że mój związek zakończy się tak jak moich rodziców. I tak bardzo nie chciałam być jak ona, że nawet nie wiem kiedy taka właśnie się stałam. Biorę życie zbyt poważnie. Dostrzegam tylko braki, a nie obfitości, które mi życie przynosi. Trawa jest zawsze bardziej zielona u innych, lepiej jest tam gdzie mnie nie ma, a to co ja mam lub osiągnęłam traktuje jak nic nadzwyczajnego. Dodatkowo oczekuję od innych, że to oni moje życie uczynią szczęśliwym za mnie.

W ten sposób tak bardzo jestem skupiona na swoich zranieniach, że zapominam, iż świat nie kręci się tylko wokół mojej osoby, a oczekiwanie od innych by zadowalali moje ego i sprawiali, aby moje życie było nadzwyczajne jest wysoce neurotyczne i dziecinne.

Zresztą, kto nam powiedział, że nasze życie musi być nadzwyczajne? Może właśnie o tą nienadzwyczajność w życiu chodzi? Może właśnie prostota i przeciętność jest kluczem do szczęścia? Może powodem dla którego tak wiele osób jest nieszczęśliwych, depresyjnych, zrezygnowanych, pogubionych czy zlęknionych jest fakt, że żyjemy za bardzo na pokaz, dla innych, porównując się z ludźmi, którzy nas nawet nie obchodzą, ignorując tych, którzy są w zasięgu ręki i którymi przejmować się warto, bo oni przejmują się nami?

Może w życiu nie chodzi o to, by wszystko sobie komplikować i wyciskać z życia jak sok z wyciskarki. Z moich obserwacji wynika, że szczęśliwi są Ci, którzy wiodą życie proste i potrafią się cieszyć z drobnostek. Ludzie, którzy nie rozkładają wszystkiego na części pierwsze tylko tacy, którzy w swoich zwyczajnych rytuałach odnajdują zadowolenie i spełnienie. Przyjmują życie takim jakie jest akceptując fakt, że czasami nie jest kolorowo i trzeba często mierzyć się z trudnościami.

Może o te trudności w życiu chodzi? O to, że trudy dnia codziennego przynoszą prędzej czy później ukojenie. Może ciągłe uganianie się za wygodą i szczęśliwością jest tragedią samą w sobie i dlatego unikanie problemów wcale nie cieszy tak jakbyśmy tego oczekiwali. Bo to co przychodzi z łatwością nie daje takiej satysfakcji jak coś na co pracowaliśmy wytrwale.

Może chodzi o wzięcie odpowiedzialności za siebie i swoje życie, przestać bezradnie rozkładać ręce i przyjmować postawę ofiary losu. Łatwiej jest rozczulać się nad sobą, obwiniać innych i okoliczności, niż przyjrzeć się sobie, swoim codziennym wyborom i nawykom.

Może chodzi o pokochanie zwyczajności i czerpanie radości z przyziemnych spraw takich jak poranna kawa, kiełkujące nasionka pomidorów zasadzone miesiąc temu, mruczenie kota o 4 nad ranem, przygotowywanie obiadu z warzyw uprawionych we własnym ogródku, balkonie czy po prostu doniczce, zadzwonienie do mamy i wysłuchanie jak minął jej dzień i jak przed pójściem spać rozwiązuje krzyżówki, wiadomość od taty z kiczowatym filmikiem, który ktoś mu wysłał na WhatsAppie, a który mówi “I love you’, pójście pobiegać wieczorem, słuchając ulubionej muzyki czy podcastu.

Może w życiu chodzi o tego adoptowanego kota, którego teraz życie jest lepsze i fajniejsze, bo my daliśmy mu ciepły dom, gdzie jedzenie jest zawsze w misce, a nasze łóżko jest jego bezpieczną strefą komfortu.

Może chodzi o dbanie o czystość w swojej okolicy, sprzątanie po swoim psie, segregację śmieci, dbanie o zieleń.

Może chodzi o napisanie artykułu na blogu, który ktoś przeczyta i poczuje się lepiej wiedząc, że inni też mają nierówno pod sufitem od czasu do czasu i że życie to nie dolina miodem i mlekiem płynąca.

Może chodzi o to, żeby być spoko dla siebie, dla innych, dla otoczenia.

Może chodzi o to, żeby nauczyć się kochać, tak po prostu, bez wygórowanych wymagań, oczekiwań i programu z listą życzeń.

Może nasz partner wcale nie musi robić wszystkiego tak jak my, bo przecież każdy jest inny, ale jeśli przynosi nam czasami kawę do łóżka, sprząta kuchnię po tym jak my nabałaganiłyśmy przygotowując sobie kanapki, kupi kwiatki bez okazji, znosi nasze humory podczas PMSu, a na nenufara powie “I love you just the same’ to może warto zaakceptować jego braki i spojrzeć na nie troskliwie?

Może w życiu chodzi o to, żeby jednak więcej dawać niż tylko brać, bo przecież i tak kiedyś umrzemy, a to co po nas pozostanie to ludzie, których życie uczyniliśmy nieco lepsze i w których pamięci pozostaniemy dopóki oni sami nie umrą?

Być może chodzi o zaakceptowanie faktu, że czyjeś życie jest lepsze dlatego, że ja w nim jestem i chociaż czasami nie mieści mi się to w głowie, że ktoś może mnie chcieć tak po prostu, to może w życiu chodzi o to, by nauczyć się kochać i bezwarunkowo odwzajemnić tą miłość, nawet wtedy gdy wpadam w panikę i chcę się ewakuować…

 

Czy warto rozpamiętywać przeszłość?

Zdarzają mi się takie dni, kiedy wracam myślami do przeszłości. Czasami pod wpływem piosenki zasłyszanej w radiu, przypadkiem znalezionego zdjęcia czy po prostu pochmurnej refleksyjnej pogody.

Myślę wtedy o osobach, które kiedyś były w moim życiu. O miejscach, w których byłam szczęśliwa. O chwilach radości i smutku. O nadziejach i rozczarowaniach. O śmianiu do łez i bólu do łez. O pierwszych razach, powrotach, rozstaniach. O tych, którzy mnie zranili albo ja ich. O tym co bym zmieniła, a co przeżyła jeszcze raz.

Z perspektywy czasu wydajemy się mądrzejsi i śmiejemy się ze swoich głupich wybryków lub wstyd nam za pewne podjęte decyzje, które na tamten czas były najlepszymi z naszego punktu widzenia.

Czasami zastanawiam się: co by było gdyby… Gdybym wtedy nie powiedziała tego co powiedziałam. Gdybym podjęła inną decyzję. Gdybym poczekała lub wręcz przeciwnie dała sobie z czymś spokój. Gdybym starała się więcej lub oczekiwała mniej. Gdybym posłuchała siebie, a nie innych…

Gdy już powrócę myślami do rzeczywistości nasuwają mi się pewne wnioski:

  1. Przeszłości nie możemy zmienić.
  2. Nasze wybory, których kiedyś dokonaliśmy, były najlepszymi na tamten moment, biorąc pod uwagę naszą wiedzę i doświadczenie.
  3. Nasza przeszłość kształtuje naszą teraźniejszość i przyszłość, ale nie warto uwieszać się na wspomnieniach i przyjmować pozycję ofiary, że tak mi się w życiu stało, więc dlatego teraz taka jestem. To nie prawda, że ludzie się nie zmieniają.
  4. W naszym życiu pojawiają się różne osoby, większość z nich nie jest na zawsze, ale każda z nich czegoś nas uczy o sobie, o innych, o życiu
  5. Warto się skupić na teraźniejszości, by docenić i zauważyć czym zostaliśmy obdarzeni w życiu, a jeśli coś wymaga zmiany poświęcić temu trochę wysiłku, by osiągnąć pożądane efekty.

Dlaczego rozpamiętujemy przeszłość?

Bo próbujemy się z nią pogodzić. Zrozumieć to, co zaszło w naszym życiu. Pogodzić się z tym, co było i już nie wróci i zaakceptować fakt, że miało być tak, a nie inaczej. Sama jestem pogodzona ze swoją przeszłością, ale wciąż zdarza mi się wspominać minione wydarzenia. Bardziej jako refleksja niż żal, bo wiem, że każde z tych doświadczeń doprowadziło mnie tu gdzie jestem teraz.

Czy warto rozpamiętywać przeszłość?Czy warto rozpamiętywać przeszłość?

Uważam, że nie ma sensu rozpamiętywać i rozgrzebywać bolesnych doświadczeń. Fajnie jest wrócić myślami do miłych wspomnień zwłaszcza tych, które w pewnym sensie nadały sens naszemu życiu. Nie warto natomiast się zadręczać myślami “Co by było gdyby…”, bo to nas zablokuje na dalszy rozwój. Zablokuje na teraźniejszość i zamiast czerpać radość z tego co mamy, zakotwiczymy się w przeszłości, która już nie wróci…