Zaplanuj życie, które chcesz mieć

Są takie dni kiedy budzę się przekonana, że moje życie jest bezcelowe. Od czasu do czasu pojawia mi się to uczucie, szczególnie rano, kiedy wstaję bez planu. Zawsze chciałam nieograniczonej wolności, mając nadzieję, że to przyniesie mi szczęście. Bez reguł, bez ograniczeń – mogę robić co chcę, kiedy tylko chcę. Tak wyobrażałam sobie wolność i szczęście, ale okazało się, że to jednak marazm i dół…

Brak wizji jest przytłaczający

Kiedy twoje życie nie ma jakiejś struktury i nie masz dla siebie żadnych jasno określonych celów – cierpisz na poziomie egzystencjalnym. Brak wizji jest tak przytłaczający, że w efekcie marnujesz swój cenny czas każdego dnia, bo poruszasz się we mgle. Cierpisz, ponieważ nie żyjesz pełnią swojego potencjału. Nie robiąc nic wartościowego, czujesz się bezużyteczny. Czujesz się pusty. Czujesz się przygnębiony. Drobne przyjemności nie satysfakcjonują. Wciąż robisz rzeczy, które normalnie wprawiały Cię w dobry nastrój, ale teraz doprowadzają do wewnętrznej pustki. Jedzenie nie jest smaczne, jest jałowe. Zabawa przynosi poczucie winy zamiast radość. Biernie konsumujesz internet. Nie tworzysz niczego wartościowego. Twoje życie powoli traci na znaczeniu. Przestajesz doceniać to, co masz. Ciągle zadajesz sobie pytanie: ale co ja mam zrobić ze swoim życiem? Jeśli w Twoim życiu nie ma struktury, nie wiesz dokąd tak na prawdę zmierzasz. Brak harmonogramu. Żadnych wyzwań. Bez wizji. Jest nudno. Jest żałośnie nudno…

Bezużyteczne marnowanie czasu każdego dnia jest cholernie głupie. Dobrze jest mieć jakąś wizję na siebie. Próbując jedynie przetrwać z dnia na dzień, nie żyjesz pełnią swojego potencjału. I to jest tragiczne. To jest niedorzeczne, tak marnować swoje talenty, umiejętności, kreatywność.

Kręgi głupoty

Moje ściany są pokryte tymi wszystkimi inspirującymi i motywującymi cytatami. Wszystkie brzmią tak świetnie i zdecydowanie reprezentują moje poglądy. Ale czy naprawdę? Wierzę w nie, ale nie do końca stosuję się do tych rad … Robię głupie rzeczy na co dzień. Zataczam kręgi głupoty: biczowanie się i odwlekanie, biczowanie się i odwlekanie. W rezultacie niczego nie realizuję. Marnuję czas. Marnuję swoją energię. To żałosne, że traktuję siebie jak kogoś, na kim mi nie zależy. Jak kogoś, kto nie ma nic wartościowego do zaoferowania.

Pewnego wieczoru gdy tak siedziałam i nic w zasadzie nie robiłam, poczułam potrzebę bycia kreatywną dla odmiany i stworzyłam Vision Board. Przejrzałam kolorowe czasopisma i powycinałam rezonujące ze mną fragmenty:

  • Osiągaj swoje cele i żyj szczęśliwie
  • Zmień coś
  • Odkryj swoje możliwości
  • Ruszaj się więcej, jedz lepiej

Brzmi wspaniale. Świetnie też wygląda na mojej ścianie nad biurkiem. Jednak wydaje się, że to był tylko jednorazowy zastrzyk dopaminy. Kiedy zawiesiłam skończoną tablicę, podniecenie i motywacja zniknęły. Dlaczego? Ponieważ poczułam, że tym jakże kreatywnym projektem nie dokonałam żadnej znaczącej zmiany w czyimś życiu. Robienie rzeczy tylko dla siebie nie jest już aż tak satysfakcjonujące. Z jednej strony wydaje mi się, że moje pomysły są warte rozpowszechniania i udostępniania, ale z jakiegoś powodu tego nie robię. Pozostaję mała. Jestem cicho. Chowam się. Tyle potencjału jest głupio marnowane. Dlaczego? Ponieważ… no bo… no właśnie, dlaczego ???

To jest po prostu smutne. Tragiczne. Żałosne. Nierozsądne. Bez sensu.

Moje życie jest pełne historii, którymi mogłabym się podzielić. Tak wiele przezwyciężyłam w swoim życiu i wiele się nauczyłam przy okazji. Z jednej strony czuję się dumna ze swoich osiągnięć, z drugiej myślę sobie: Big.Fucking.Deal.

Przeprowadziłam się do innego kraju i zaczęłam nowe życie. Big.deal. Ogarnęłam się po kilku bolesnych rozstaniach. Big Deal. Wygłosiłam przemówienie przed 100 osobami. Big Deal.

Witaj w moim świecie umniejszania siebie

Jestem królową życiowego idiotkowania. Będąc swoim najgorszym krytykiem, najgorszym wrogiem, najgorszym przyjacielem. Nigdy wystarczająco dobra. Zawsze wyolbrzymiam to, czego nie mam lub czego nie osiągnęłam, ponad to, co osiągnęłam, co mam. Nie traktuję siebie z troską i miłością. Traktuję siebie, jakbym niewiele znaczyła. Nigdy nie byłabym taka dla tych, na których mi zależy. Dlaczego jestem taka dla siebie ??? Dlaczego my – ludzie – nie lubimy siebie? Dlaczego jesteśmy stworzeni, by sabotować nasz nieograniczony potencjał? To nie ma żadnego sensu!

Zaplanuj życie, które chcesz mieć

Dlatego postanowiłam sięgnąć po pomoc do Jordana Petersona. Słuchając jego wykładów poczułam się tak, jakby ktoś dał mi w policzek. Jego namiętny gniew pobudził mnie niesamowicie! Powiedział mi, że mam wielki potencjał, a mimo to marnuję swój czas jak idiotka! Powiedział mi, że głupie, nierozsądne zachowania powinny umrzeć. Powiedział mi, że jestem kimś, komu powinnam chcieć przedstawić te wszystkie wspaniałe życiowe możliwości. Powiedział mi, abym określiła swoje cholerne cele! Kazał mi zrobić cholerny plan dnia! Powiedział mi, że posiadanie niedoskonałości, wcale nie oznacza, że muszę przestać się starać. Był zły, że nie zdaję sobie sprawy z tego, ile mogę osiągnąć, jeśli tylko wprowadzę nieco dyscypliny w swoim życiu. Powiedział mi, żebym zaplanowała życie, które chciałabym mieć.

Taki jest zatem plan: przestanę robić głupie rzeczy, które mi nie służą a wręcz sabotują życie w zgodzie z moim pełnym potencjałem!

Jem jedzenie, które sprawia, że czuję się zmęczona i niezdrowa. Piję więcej alkoholu, niż moje ciało może znieść. Nie ćwiczę wystarczająco dużo i dlatego każdego ranka ciężko mi wstać z łóżka. A co najważniejsze: bardziej boję się realizować swoje marzenia niż ich nie realizować! Czuję się przygnębiona, ponieważ nie planuję czasu w znaczący sposób. Nie mam harmonogramu i nie ustalam celów. I jak mówi Jordan Peterson: ludzie są istotami dążącymi do nieustannego tworzenia i jeśli nie mamy jasno sprecyzowanych celów i wizji naszej przyszłości, i marnujemy dzień za dniem na nicnierobieniu, to cierpimy egzystencjalnie. I ma cholera rację!

Najważniejsze co wyniosłam z wykładów Jordana Petersona jest to: Traktuj się jak kogoś na kim Ci zależy. KAŻDEGO DNIA. I to jest teraz moje motto.

Continuous effort, not strength or intelligence, is the key to unlocking our potential. – Winston Churchill

[su_youtube url=”https://youtu.be/uHSbiyez9M4″ width=”300″ height=”200″]

Jak być sobą?

Niczego nie udawać.

Mówić, co się myśli, wyrażać, co się czuje.

Nie czuć wstydu, nie czuć się głupio.

Mówić kocham, mówić tak, mówić nie. Nie wyrzekać się łez, nie wstydzić się smutku.

Nie bać się prawdy.

Mówić, gdy chce się milczeć. Milczeć, gdy chce się mówić.

Kochać.

Nie wstydzić się miłości. Nawet tej irracjonalnej.

Przyznawać się do błędów.

Nie bać się porażek.

Wybaczać.

Kochać.

Wybaczać.

Poczuć złość i nie wyrzekać się żalu.

Zaakceptować.

Siebie i swoje uczucia.

Wybaczyć przeszłość. Zaakceptować teraźniejszość. Wyczekiwać z nadzieją przyszłości.

Nie bać się prawdy. Nie bać się bać.

Być sobą.

Uśmiechać się przez łzy, smucić w uśmiechu.

Znaleźć szczęście w miłości.

Nie bać się kochać.

Wybaczyć.

Pieprzyć konwenanse i stereotypy.

Chcieć, a nie musieć.

Kochać bez wstydu.

Wybaczyć.

Mówić o miłości, lęku, bólu, smutkach i radościach.

Otwarcie.

Uśmiechać się do szczęścia.

Mieć nadzieję i nie czuć się głupio.

Kochać.

Wybaczać.

Zapomnieć i pamiętać.

Wspominać.

Mówić prawdę. Nie bać się szczerości.

Nie bać się.

Być słabym. Być silnym.

Być sobą.

Rzecz o porównywaniu się i zazdrości

Patrzę w lustro i sobie myślę, że w sumie to mam ładną facjatę. Nos nie za duży nie za mały, lekko okrągły. Oczy podobno zielone, ale raczej piwne. Brwi o kształcie, którego ostatnio nawet kosmetyczka mi pozazdrościła. Uszy małe, nieodstające. Cera mieszana, bez skazy, pryszcz wyskakuje tylko jeden, tylko raz w miesiącu i zawsze w tym samym miejscu. Włosy w kolorze naturalnego brązu, więc nawet jeśli ich nie pofarbuję przez miesięcy kilka, odrosty nie są aż tak widoczne. Układają sie według mojego widzimisię – mogę mieć kręcone, proste lub w twórczym nieładzie. Gdy zjadę wzrokiem nieco niżej cóż… wałeczek tu, wałeczek tam. Wcięcia i wypukłości tam gdzie być powinny. Cycki są. Duże. Pupa odstająca. Duża. Wyedukowana przez Goka wiem, że jestem klepsydrą. Ogólnie jest dobrze.

Dlaczego więc wciąż biczuję się za swoje niedoskonałości i porównuję z innymi??

Patrzę na koleżankę z pracy. Smukła blondynka o dziewczęcym wyglądzie. Zazdroszczę jej szczupłej figury. Ona zazdrości mi dużych cycków i krągłego tyłka. Nie widzę w niej żadnej skazy. Ona potrafi wymienić ich co najmniej 4 na wdechu. Lubię ją, bo jest miła, wyluzowana, czasem zabawna.

Patrzę na współlokatorkę. Wysoka brunetka o lśniących, długich do pasa włosach. Zazdroszczę jej tych włosów i tego, że wszystkie ciuchy na niej dobrze leżą. Ona także wymienia swoje skazy, które wydają mi się równie absurdalne, co odkurzacz ozdobiony kryształkami Swarovskiego. Lubię ją za pewność siebie i wytrwałość, czyli cechy, których mnie brakuje.

Patrzę na kuzynkę. Filigranowa blondynka o dużych niebieskich oczach i dziewczęcej urodzie. Czego ona w sobie nie lubi? Że jej prawe biodro jest o pól centymetra wyżej od lewego. Serio? Serio?? Gdzie?? Ja jej zazdroszczę własnego stylu i paczki znajomych, z którymi fajnie spędza czas. Nie patrzę na jej niedoskonałości. Patrzę na nią jak na całość. Nie zauważam żadnych braków, bo w świetle tego jaką jest osobą, nie maja one dla mnie żadnego znaczenia!

Dlaczego nie umiem tak spojrzeć na siebie??

Czasami mam takie dni, że nie lubię w sobie niczego. Potrafiłabym wymienić całą listę defektów swojego ciała, które moim zdaniem dyskwalifikują mnie z życia społecznego. Oczywiście nasila się to podczas PMS, ale zdarza się to także w sytuacjach, gdy spotkam akurat kogoś, kto moim zdaniem jest fajniejszy, ładniejszy, atrakcyjniejszy.

Stara a głupia…

Z tęsknotą wspominam te chwile, kiedy byłam kompletnie wyluzowana jeśli chodzi o moje niedoskonałości. Po prostu ich nie zauważałam. Akceptowałam je. Ważne było to jak się czuję i lubiłam siebie za to jaką jestem osobą. Byłam uśmiechnięta i zadowolona. Potrafiłam nawet śmiać się z tych swoich fałdek, a każda szczupła koleżanka, która narzekała przy mnie na nadprogramowe kilogramy dostawała ode mnie z liścia (tak z czułości oczywiście 🙂 ).

O co chodzi

Prawda jest taka, że to całe porównywanie się czy zazdroszczenie innym wcale nie rozchodzi się o czyiś wygląd. Ani trochę. No bo jeśli  tak się zastanowić, czy zazdrościłabym tej mojej współlokatorce długich, lśniących włosów, gdyby była wredną suką? Czy zazdrościłabym koleżance z pracy tej szczupłości, gdyby była smutną i ponurą osobą, która psuje każdemu humor swoim negatywnym nastawieniem do życia? No nie. Bo tu nie chodzi o zazdrość powierzchowną. Chodzi o zazdroszczenie innym cech, którym nam brakuje. Ja z takim samym podziwem spojrzę na dziewczynę 3 rozmiary większą ode mnie, jeśli będzie od niej tętnić pewność siebie, zadowolenie z życia i optymizm. Bo mnie tych cech na chwilę obecną brakuje!

Ja sama zgubiłam gdzieś tą swoją pewność siebie i zadowolenie z życia, a wrodzony optymizm uszedł ze mnie niczym powietrze z balona. Na pierwszy rzut oka ciężko to stwierdzić, bo kamuflaż opanowałam do perfekcji. Tęsknie za tymi cechami, bo pozwalały mi być w pełni sobą. Na szczęście wiem kiedy i dlaczego to się stało i teraz moim głównym celem jest ich odzyskanie. Odzyskanie siebie. Aby to zrobić, muszę na nowo zagłębić się w siebie. Poznać lub przypomnieć sobie, co lubię a czego nie. Dojść ponownie do tego, kim właściwie jestem.

Chcę porównywać się już tylko sama ze sobą, mierząc efekty swojej pracy nad sobą. Nie chcę już innym niczego zazdrościć, bo to czyni ze mnie zgorzkniałą i smutną osobę. A ja zasługuję na więcej, bo jestem zodiakalną lwicą – silną, zdecydowaną i optymistyczną.

Jeżeli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie. – Bogusław Sztorc

Padnij! Powstań! Czyli jak sobie radzić z niepowodzeniami

Potraficie sobie wyobrazić, jakie życie byłoby cholernie nudne, gdyby zawsze wszystko się nam udawało, szło po naszej myśli i generalnie tętniło wieczną szczęśliwością i sukcesami? Nuda do wyrzygania! To że nuda to jedno, ale człowiek ma to do siebie, że gdy jest dobrze, to z czasem przestaje to doceniać! Wtedy to już nie jest nuda. Wtedy to już jest tragedia, bo brakuje nam stymulacji do dalszego rozwoju.

Tak sobie myślę, że czasami po prostu trzeba upaść. Dostać od życia w policzek. Doświadczyć odrzucenia, zranienia i zawodu. Trzeba trafić w ślepy zaułek lub zgubić się w labiryncie życiowych wyborów. Trzeba się czymś lub kimś rozczarować. Trzeba popełnić błąd. Jeden. Dziesięć. Sto. Życie kurwa, życie. Dostajemy więc co jakiś czas obuchem w głowę i tylko od nas zależy kiedy i jak podniesiemy się z kolan. A podnieść się trzeba. Prędzej czy później.

Generalnie ja radzę sobie z porażkami dość średnio, to muszę przyznać. To znaczy… w sumie… no może nie do końca! Bo jak tak sobie teraz pomyślę, to przebiega to u mnie etapami i tylko w pierwszym odruchu strasznie załamuję się niepowodzeniem. Najczęściej objawia się to u mnie taką postawą:

– Co się stało?
– Nic
– No przecież widzę!
– Nic
– Ok. To co się stało?
– [ryk]

Gdy już poużalam się trochę nad sobą, ponarzekam jaki ten świat jest głupi i niesprawiedliwy, przechodzę do ataku. Siebie. Zaczynam się obwiniać za swoją porażkę. Myślę o tym, że jestem beznadziejna, do niczego się nie nadaję, nikt mnie nie chce, nie lubi i nie kocha. Że najlepiej będzie jeśli wystrzelę się w kosmos i wrócę w następnym tysiącleciu na przykład w postaci mrówki, którą natychmiast ktoś rozdepcze.

Na szczęście dość szybko przechodzę do kolejnego etapu: wkurw. A jak wiadomo na wkurwie można góry przenosić, kiedy to nagle uświadamiasz sobie, że kto jak nie Ty. Że dasz radę i jakoś to będzie. I się podnosisz. I walczysz znowu. Dalej. Po raz kolejny. Bo w życiu trzeba sobie przecież kurwa radzić!

Ostatnio zafundowałam sobie niezłe Tsunami w życiu. Ot cała ja. Mistrzyni komplikowania sobie życia i kombinowania na wszystkie możliwe sposoby, co by tu spsuć, co by tu ulepszyć. I wiecie… bywa różnie. Jednego dnia jestem pewna, że wszystko będzie dobrze i chce mi się walczyć o swoje lepsze jutro, a drugiego dnia nie wiem już nic i załamuję się tą niewiedzą. Na szczęście, kiedy wszystko sprowadzę do wspólnego mianownika, to wychodzi na to, że tragedii nie ma, no bo zawsze może być gorzej, a żeby było lepiej, to już zależy przede wszystkim ode mnie.

Swoją drogą, dawno takiego burdelu w głowie nie miałam…

Do rzeczy.

Przemyślałam sobie spraw kilka i doszłam do następujących wniosków, jeśli chodzi o radzenie sobie z niepowodzeniami:

  1. Odrzucenie nigdy nie ma związku z nami.

    To, że ktoś postanowił usunąć nas ze swojego życia, odrzucił nasze podanie o pracę lub nie odpisał na wiadomość, jest wynikiem jego/jej osobistych preferencji lub świadomym/nieświadomym wyborem w tej konkretnej sytuacji. Nie ma to nic wspólnego z nami. Koniec. Kropka.

  2. Przeszłości nie da się zmienić.

    Eureka po raz 1. Po cholerę rozkminiać, że w tej czy tamtej sytuacji mogłam zachować się lepiej lub zrobić inaczej, skoro już nic nie zmienię? Mogę naprawić błąd. Tak. Ale siedzieć na tyłku i rozmyślać co by było gdyby? Strata czasu.

  3. Na przyszłość mamy minimalny wpływ.

    Wiesz gdzie będziesz za 5 lat? Ja też nie wiem. Skąd mam to do cholery wiedzieć? Po co więc załamywać ręce TERAZ, bo przyszłość jest taka niepewna? To bez sensu. Przecież najważniejsze jest tu i teraz. Dlatego…

  4. Rozwiązuj tylko BIEŻĄCE problemy.

    Nie zakładaj najgorszego, nie kreuj czarnych scenariuszy, bo najpewniej sytuacja, którą sobie w głowie wyobrażasz, nie będzie nawet miała miejsca! Skup się na bieżących sprawach do rozwiązania. Teraz jest przyszłością, dlatego tylko TERAZ się liczy! Eureka po raz 2.

  5. Ty jesteś całością.

    Tą błyskotliwą myśl uświadomił mi Włodek Markowicz w swoim wywiadzie z Łukaszem Jakóbiakiem. Zapytany, czy tęskni za chłopakami z Lekko Stronniczy, odpowiedział, że nie, bo to by oznaczało, że bez nich nie jest pełną osobą. Amen. Dlatego przestań uzależniać swoje szczęście od innych ludzi.

Oczywiście pozwalam sobie na to, by czasami się podłamać, zdołować lub czuć zrezygnowana. Każdy ma swoje limity, a poza tym czasami niepowodzenie spada na nas w takim jakimś beznadziejnym momencie, kiedy to trudno nam podejść do sprawy optymistycznie. Ja znalazłam na to sposób i postanowiłam tłumaczyć sobie wszystko tak:

Nie wyszło? Widocznie tak miało być!

Jaka ulga! Uwierzyć w to, że wszechświat tak sobie ułożył scenariusz, że miało nie wyjść. Że być może za rogiem czeka na nas coś innego, coś lepszego! A może porażka ma być lekcją? Że być może musimy się jeszcze czegoś nauczyć, poduczyć, dowiedzieć? A może to lekcja pokory, bo wszystko przyjmowaliśmy do tej pory za pewnik i dopiero upadek pozwoli nam coś zrozumieć?

Tak, użalam się czasami nad sobą. Tak, jestem czasami chodzącą depresją. Tak, zdarza mi się narzekać i tracić wiarę w przyszłość. Tak, upadam. Ale powstaję. Zawsze bogatsza o jakieś doświadczenie. O jakąś lekcję. O jakąś nową refleksję. Ale jednocześnie silniejsza. Zawsze silniejsza.

Bo w życiu trzeba sobie przecież kurwa radzić!

Kobieto nie zamartwiaj się! Czyli jak powstrzymać przeżuwanie myśli

Kiedyś spóźniłam się na samolot i spędziłam w związku z tym 24 godziny na lotnisku. Miałam sporo czasu na refleksje. Pomimo zmęczenia i niewyspania, mój umysł nie dawał mi spokoju i co jakiś czas męczył mnie wyrzutami sumienia oraz pytaniem: jak mogłam zapobiec tej sytuacji? Znacie to? Coś się stało i już się nie odstanie, ale wy wciąż przeżuwacie myśli, zarzucając sobie, że gdybyście postarali się bardziej, wszystko potoczyłoby się według planu?

Siedziałam więc nad 5-tą kawą i snułam fantazje o tym, co bym teraz robiła, gdybym dzień wcześniej była na lotnisku na czas. Gdyby ten cholerny autobus się nie spóźnił, gdyby nie było korka na trasie, gdyby kierowca wcześniej zmienił trasę, gdybym wyszła wcześniej z domu, gdybym nie miała tej przeklętej torby… pewnie bym zdążyła! Im bardziej się za to biczowałam, tym gorzej się czułam. Zamiast skupić się na teraźniejszości i z niej czerpać korzyści, ja wciąż tkwiłam w przeszłości. Wiecie co mi dało takie myślenie? Nic. Bo jaki ja mam teraz wpływ na to, co już się stało? Żadnego. A jaki mam wpływ na swoje myśli? Ogromny!

Postanowiłam przejąć kontrolę nad swoim umysłem. Nie było to łatwe, bo dręczące mnie myśli powracały, ale gdy je w końcu ujarzmiłam, zniknęły całkowicie. Najważniejsze to je zauważyć i wychwycić. Za każdym razem, gdy zaczynałam rozkładać zaistniałą sytuację na czynniki pierwsze, dawałam sobie niewidzialnego plaskacza w twarz i mówiłam w duchu: STOP! Stało się! Trudno! Shit happens! Po czym skupiałam się na czymś innym. Zabieg powtarzałam kilkukrotnie.

Zrozumiałam, że przeszłości nie mogę zmienić, więc nie ma sensu się zamartwiać.

Takich przykładów mogłabym wyliczyć całe mnóstwo. Domyślam się, że wam także to się zdarza. Bo człowiek to by chciał tak wszystko mieć według planu, wszystko móc przewidzieć, wszystko mieć pod kontrolą. Jednocześnie nie pozwalamy sobie na popełnianie błędów. Na powiedzenie sobie – ok schrzaniłam sprawę, ale trudno, idę dalej, nie ma sensu się tym dalej przejmować. Wyciągam wnioski na przyszłość i koniec. Nieeee po co. Lepiej się ZA-MAR-TWIAĆ 🙂

Zaprawdę powiadam Ci: odpuść sobie. Uśmiechnij się do siebie, machnij na to ręką i idź dalej. A Gradowa to następnym razem zaplanuje sobie 2-godzinną rezerwę czasową, just in case 🙂

Na zapas nie warto się martwić, na zapas warto się cieszyć.

Zamartwianie się może dotyczyć także przyszłości, kiedy przeżuwamy myśli na temat zdarzeń, które jeszcze nie miały miejsca, ale nam się wydaje, że jak obmyślimy scenariusz, to będzie nam łatwiej stawić czoła trudnym sytuacjom. Pamiętam jak niejednokrotnie w głowie wyobrażałam sobie przebieg jakiejś rozmowy czy spotkania. Koniec końców wszystko i tak wyglądało zupełnie inaczej! No bo jaki ja mam wpływ na to, co powie lub jak zachowa się osoba, z którą będę się widzieć? Niewielki. A jaki jest sens stresować się i przeżywać wszystko podwójnie, jeszcze nim się wyszło z domu? Żaden. Dlatego lepiej na zapas się cieszyć niż martwić:)

O jeżu co ja teraz zrobię!

Najgorzej jest chyba wtedy, gdy zamiast podejmować się konkretnych działań, zbyt długo siedzimy i się zamartwiamy.
Straciłam pracę? O jeeeżu jak ja znajdę nową! Zacznij szukać?
Nie mam przyjaciół? O jeżuuu jaka ja samotna jestem! Wyjdź z domu?
Zgubiłam telefon. O jeżuuu i co teraz? Nic – zablokuj numer i załatw sobie nowy?

Generalnie ja rozumiem, że potrzebujemy czasu na refleksje, by przemyśleć sobie pewne sprawy. Chodzi jednak o to, by nie trwało to zbyt długo. By to przeżuwanie myśli i zamartwianie się o przyszłość nie ciągnęło się w nieskończoność i aby nie zdominowało naszego życia.

Zamartwianie się – fałszywa troska

Ostatnim elementem zamartwiania się, którego nie mogę pominąć, jest zamartwianie się o innych. Ja oczywiście daleko szukać nie muszę, bo miałam z tym do czynienia na co dzień. Gdy straciłam pracę i swoje odpłakałam, szybko zaczęłam szukać nowej. Wierzyłam, że prędzej czy później mi się to uda, bo miałam świadomość swoich umiejętności. A jak zareagowała moja mama? O jeżu i co Ty teraz zrobisz? Jak sobie poradzisz? Wiesz, bo syn mojej koleżanki to ponad pół roku już szuka i nic. Wiecie co taki przekaz mi mówi? NIE WIERZĘ, ŻE DASZ SOBIE RADĘ. To nie jest troska. Troską by było powiedzenie: na pewno dasz radę, a gdybyś potrzebowała wsparcia finansowego, to daj znać. Pamiętam jak się wtedy wkurzyłam i niemalże musiałam mamie wykrzyczeć, że mam doświadczenie, wykształcenie, znam języki, poza tym jestem zdolna, więc na pewno dam sobie radę! I dałam 🙂

Dlatego pamiętajcie: po pierwsze, nie bądźcie takimi przyjaciółmi/partnerami/rodzicami, którzy będą mylić troskę z brakiem wiary w czyjeś możliwości. Po drugie, niech czyjeś zamartwianie się o was, nie podcina wam skrzydeł. Bo osoby, które w ten sposób reagują na wasze problemy, pokazują SWOJE lęki i SWÓJ brak pewności siebie i nie ma to nic wspólnego z wami.

Nie trać czasu, Twoje życie to czas

Jakby nie patrzeć, zamartwianie się to przede wszystkim STRATA CZASU. Co się stało – się nie odstanie, co ma się stać – się stanie i nie zawsze mamy na to wpływ. Nie możemy przewidzieć wszystkiego. Nie możemy w pełni kontrolować zdarzeń, bo czasami życie płata nam figla i trzeba to zaakceptować. Nie ma co gdybać, nie ma co załamywać rąk, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.

Jak powstrzymać przeżuwanie myśli?

  • Skupić się na teraźniejszości
  • Zauważyć swoje myśli i pozwolić im odejść
  • Podejmować działanie
  • Wyciągnąć wnioski i iść dalej
  • Zaakceptować swoją porażkę/błąd/niepowodzenie
  • Uwierzyć w swoje możliwości
  • Zająć się czymś innym – przestań skupiać się na problemie
  • Spisać swoje myśli/uczucia
  • Porozmawiać z kimś o swoich zmartwieniach

O czasie dobrze zmarnowanym, czyli jak poznać siebie

W moim zyciu po 30-tce nic się wielkiego nie wydarzyło. Żadnych spektakularnych zmian, przewrotnych decyzji, żadnych ślubów, dzieci ani awansów. Nie wspięłam się po drabinie kariery, nie zdobyłam żadnych certyfikatów ani dyplomów, nie przeczytałam tony książek. Przez chwilę miałam nawet wyrzuty sumienia, że zmarnowałam czas. To jednak nie do końca prawda.

Znacie to uczucie, kiedy nie wiecie co ze sobą zrobić?

Kiedy macie na siebie milion pomysłów, a jednocześnie żadnego? Serfujecie po internecie w poszukiwaniu inspiracji i motywacji, a w efekcie jesteście jeszcze bardziej pogubieni od nadmiaru informacji? Bombardowani z każdej strony sposobami na udane życie, czujecie presję, by w końcu COŚ ZE SOBĄ ZROBIĆ, ale im bardziej o tym myślicie, tym bardziej wpadacie w dołek?

Byłam tam.

Pamiętam tą niedającą mi spokoju myśl – OGARNIJ SIĘ, DOROŚNIJ, MUSISZ SIĘ W KOŃCU OKREŚLIĆ! Ale ja nie wiedziałam jak! Nie wiedziałam co! Od czego zacząć! Kim ja właściwie jestem? Jaka jestem? Co lubię? Co chcę w życiu robić? Aaaaaaa NIE WIEM!!!!!

Wszystko wzięło się z tego, że ja nigdy tak na prawdę nie miałam możliwości, by spędzić czas tylko ze sobą i pomyśleć.

Cały czas goniłam za spełnieniem oczekiwań społeczeństwa, mody i trendów, a przede wszystkim mojej mamy. Zawsze byłam pod jej dużym wpływem. Jej gadanie nieźle mieszało mi w głowie i w rezultacie nie zastanawiałam się nad tym, czego chcę JA, tylko krążyłam wokół tego, czego chce MAMA.

Nie było łatwo, bo: miałam pracę – a gdzie chłopak, miałam chłopaka – a kiedy ślub, nie będzie ślubu – to chociaż dziecko, a kiedy dom wybudujesz, a kiedy będziesz więcej zarabiać, a kiedy to, a kiedy tamto i dlaczego tak, a nie inaczej. O maaamooo! Właśnie dlatego wyjechałam z Polski!

Układ prawie idealny

Przez jakiś czas miałam ten komfort, że nie musiałam pracować. To znaczy pracowałam z doskoku, ale nie musiałam tego robić regularnie. Mianowałam się więc PANIĄ DOMU. Wiecie – gotowanie, sprzątanie, obiadki, deserki, zakupy i pranie. Takie tam przyziemne sprawy. Sprawiało mi przyjemność zajmowanie się domowym ogniskiem.

Niestety – po jakimś czasie zaczęłam świrować. Okazuje się, że całkowite odcięcie od świata jest cichym zabójcą. Powoli wyniszcza Cię od środka. Nagle boisz się wyjść do ludzi, bo nie wiesz jak z nimi gadać, poza tym – o czym!? Z drugiej strony, zaczyna brakować Ci towarzystwa, bo jednak człowiek to istota społeczna. I tak się stoczyłam w otchłań dołków, łez, samokrytyki, poczucia beznadziejności, smutku, płaczu, obojętności, generalnie – prawie depresja.

W końcu uświadomiłam sobie, że rozgrzebywanie przeszłości i analizowanie każdego mojego gestu doprowadza mnie na skraj wytrzymałości psychicznej. We wszystkim dopatrywałam się drugiego dnia, co zupełnie nie pomagało mi stanąć na nogi. Bez sensu.

I to własnie okazało się dość przełomowe.

Niedługo po tym postanowiłam się przeprowadzić, w międzyczasie odwiedziłam Polskę, dostałam zdrowotnego oświecenia, potem pojawiły się koty, weganizm no i ten blog. Przestałam mówić TAK, gdy myślałam NIE, usunęłam ze swojego życia ludzi, którzy nic do niego nie wnosili, ograniczyłam oglądanie seriali, które zaburzały moje poczucie rzeczywistości, przestałam się bać szczerości oraz otworzyłam na nadchodzące zmiany. No i niestety kluczową rolę odegrało ograniczenie kontaktu z mamą do minimum. Wszystko zaczęło powoli układać się w jakąś sensowną całość. Zaczęłam w końcu poznawać siebie…

Jak dobrze zmarnowałam czas?

W dość wielkim skrócie opisałam wam syf z jakim zmagałam się przez ostatnie dwa lata. Być może mogłam ten czas wykorzystać lepiej, wziąć się za siebie wcześniej lub starać się bardziej. Mogłam, ale NIE UMIAŁAM. Bo nie rozumiałam siebie. W ogóle. Każde zetknięcie z rzeczywistością, było dla mnie jak walka z wiatrakami – przegrywałam, bo nie wiedziałam KIM JESTEM! Jakie są moje słabości? Jakie atuty? W czym jestem dobra, a co powinnam odpuścić? Jakie są moje granice wytrzymałości? Skąd się bierze mój smutek, a z czego mam ochotę śmiać się do utraty tchu?

Teraz wiem, że dobrze zmarnowałam czas, bo po raz pierwszy w życiu wsłuchałam się w siebie.

Po prostu. Zaczęłam słuchać siebie. Przestałam gonić za spełnianiem oczekiwań innych. Dzięki temu:

Zrozumiałam, że potrzebuję kontaktu z ludźmi.
Nawiązywanie nowych znajomości uświadomiło mi, że sama jestem swoim największym krytykiem, co w ogóle nie ma przełożenia na to, jak postrzegają mnie inni. Poza tym, to ważne móc od czasu do czasu spotkać się z kimś na kawie i pogadać o pierdołach.

Zrozumiałam swoje błędy i przyznałam się do nich.
Przez długi czas byłam skupiona tylko na sobie i swoich zranieniach. Dziś potrafię spojrzeć na niektóre sprawy z dystansu, przeprosić i zaakceptować fakt, że czasami człowiek nawala.

Nauczyłam się odpuszczać.
To dotyczy głównie perfekcjonizmu w domu. Zawsze narzucałam sobie taką presję, że muszę być idealną panią domu, idealną partnerką, inaczej nie będę warta miłości. Dziś wiem, że nieugotowany obiad, skarpetki na podłodze, czy nieumyte naczynia przez kilka dni, nie są wyznacznikiem dobrej relacji, a przede wszystkim nie określają mnie jako złej osoby czy chujowej pani domu.

Zrozumiałam, że praca jest ważna.
Fajnie było przez jakiś czas nie pracować, ale już mi wystarczy. Zaczęłam odczuwać pustkę, bo brakowało mi tego poczucia przynależności, bycia ważną i potrzebną – to jest dla mnie istotne, dlatego nie wyobrażam sobie pracować gdzieś, gdzie nie czuję się dobrze.

Zrozumiałam swój introwertyzm.
Teraz już nie biczuję się za to, że pewne sytuacje społeczne sprawiają mi trudność, ale jednocześnie dumna jestem z siebie za każdym razem, gdy przełamuję swoje lęki.

Zaakceptowałam siebie taką, jaka jestem.
Patrzę na swoje fałdki w lustrze i już ich nie nienawidzę, bo wiem, że sama je sobie wyhodowałam. Dlatego teraz współpracuję ze swoim ciałem i dbam o nie jak należy. Nie biczuję się za to, że czegoś nie umiem, bo wiem, że nie we wszystkim muszę być najlepsza. Nie staram się nikomu przypodobać na siłę – albo lubisz mnie taką, albo spadaj na drzewo.

Zmieniłam swój stosunek do przyjaźni – o tym pisałam TUTAJ.

Co zrobić ze swoim życiem?

Ja wiem, że każdy z nas odczuwa presję, by wiedzieć co ze swoim życiem zrobić już TERAZ, a siedzenie na tyłku nie jest mile widziane. Sama od niedawna uważam, że warto się zmobilizować i zacząć COŚ ROBIĆ, ale jednocześnie rozumiem, że pewne decyzje wymagają czasu. Że czasami musimy się zaszyć pod kołdrą i nie wynurzać spod niej przez dzień, tydzień, miesiąc a nawet i rok. Wiem także, że poznanie siebie nie jest takie łatwe, no bo kiedy? Ledwo człowiek pójdzie do szkoły a już zarzuca mu się wymagania, oczekiwania, matura, studia, praca, hobby, żona, dzieci, mąż! Zawrotu głowy idzie dostać.

Dlatego ja gradowa mówię wam: odpuśćcie. Jeśli nie wiecie kim jesteście: odpuśćcie. Jeśli nie wiecie, co chcecie robić: odpuśćcie. Jeżeli czujecie, że nie jesteście gotowi na zmianę: odpuśćcie. Czujecie się aktualnie smutni i przygnębieni: pozwólcie tym uczuciom przepłynąć przez was. Ja musiałam osiągnąć dołek, by mieć się od czego odbić. W sumie to prawie się topiłam w morzu łez, ale jak widać – przeżyłam.

Jak poznać siebie? Na chwilę zwolnić i wsłuchać się w siebie. W swoje myśli, odczucia, w swoje ciało. Zacznijcie zwracać uwagę na to, jak reagujecie w danych sytuacjach, jak zachowujecie się w danym otoczeniu. Cała reszta przyjdzie z czasem. By wiedzieć CO robić, trzeba wiedzieć Z KIM to robić. A tym KIMŚ jesteś TY. Warto poznać siebie, by wybrać właściwą dla siebie drogę. Ale to wymaga czasu. Dlatego:

Zmarnuj swój czas dobrze: poznaj siebie.

Na spokojnie. Po swojemu.

W poszukiwaniu siebie

Z Polski wyjechałam w 2013 roku w poszukiwaniu siebie. Sfrustrowana swoimi osobistymi niepowodzeniami oraz brakiem pomysłu na siebie, zostawiłam fajną pracę, spakowałam się w dwie walizki i ku zdziwieniu rodziny oraz znajomych odfrunęłam do Zjednoczonego Królestwa.

Pierwsze dwa lata jakoś przeleciały, ale w pewnym momencie dopadła mnie jakaś deprecha. Niekoniecznie z powodu braku słońca, po prostu czułam, że coś w moim życiu jest nie tak.

Tak na prawdę sama nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Miałam na siebie milion pomysłów i zero.

Snułam się po kątach, płakałam, użalałam się nad sobą, ale co najgorsze, przed światem udawałam, że wszystko jest w porządku.

Na założenie bloga namówiła mnie moja koleżanka. Długo nie mogłam się do tego zebrać, bo mój perfekcjonizm pchał mnie w kierunku myślenia “wszystko albo nic”. Wciąż porównywałam się z innymi i nieustannie wmawiałam sobie, że jestem zbyt przeciętna, by w ogóle ktoś chciał mnie czytać.

Dlatego najpierw powstał blog pod zupełnie inną nazwą. Próbowałam się ukryć pod jakimś skomplikowanym pseudonimem, który jak się szybko okazało, w ogóle do mnie nie przemawiał. W kóncu powiedziałam sobie, dlaczego właściwie nie mogę być po prostu sobą!?

Choć początkowo miałam pisać głównie o weganiźmie, szybko przekonałam się o tym, że żadna ze mnie aktywistka, kucharka czy kosmetolog, a kontrowersja to nie moja bajka.

W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że ja lubię pisać o emocjach.

Emocjach, które są we mnie, a jak się później okazało, także w moich czytelnikach, co dodało mi otuchy, że nie tylko ja zmagam się ze słabościami.

Mój tekst o kompleksach, a potem o ucieczkach, otworzył mnie i pomógł przyznać się do tego, że jestem tylko człowiekiem. Człowiekiem – Kobietą, która zmaga się co jakiś czas ze swoimi emocjami, która czasami nie wie, czego chce i gubi się w codzienności. Jednocześnie te teksty były dla mnie osobiście wielkim przełomem.

Postanowiłam zmienić swoją rzeczywistość.

Postanowiłam przestać rozkładać bezradnie ręce i poddawać się powracającym stanom depresyjnym.

Postanowiłam, że będę odpowiedzialna za swoje życie.

Uznałam, że siedzenie na dupie i narzekanie do niczego mnie nie doprowadzi.

A ja chciałam być szczęśliwa.

Po swojemu.

Dlatego wybrałam siebie.

Bo jestem GRADOWA. Nie jestem i nigdy nie będę nikim innym jak sobą. Mam swoje słabości, mam swoje lęki oraz traumy, ale mimo wszystko udało mi się przekonać samą siebie, że praca nad sobą przynosi efekty i z największego dołka można się pozbierać.

Moim największym marzeniem jest: BYĆ INSPIRACJĄ. To, co niesamowicie mnie motywuje, to rozmowa z drugim człowiekiem i podnoszenie go na duchu. Kiedy widze, gdy ktoś zmaga się ze swoimi słabościami, nie wierzy w siebie i wątpi w swoje możliwości, ja natychmiast chciałabym podbiec i poprawić mu skrzydła. Bo nikt nigdy nie zrobił tego dla mnie.

Moje samozaparcie i lwie cechy charakteru pomogły mi pozbierać się samej, ale wiem, że wiele osób tego nie potrafi. Dlatego poprzez swoje teksty chcę czytelników przekonać, że nie ma nic złego w byciu człowiekiem, nie ma nic złego w byciu słabym, nie ma nic złego w byciu sobą. Ja chcę być osobą, która pokaże wam, że życie jest spoko, a jeśli weźmiecie za nie pełną odpowiedzialność, to w końcu uda wam się otrzepać swoje skrzydła z gruzu słabości, kompleksów oraz samokrytyki i powstaniecie, by napisać opowieść, z której w przyszłości będziecie dumni.

Wtedy napiszecie do mnie maila: Gradowa, cieszę się, że zajrzałam na Twojego bloga. Dzięki, że jesteś!

A ja się uśmiechnę i będę wiedziała, że wybrałam dobry kierunek: INSPIROWAĆ DO ZMIAN, zmieniając siebie.

 

 

Jak być odważnym

YOLO – You Only Live Once. Ten hipsterski manifest wbrew pozorom ma sensowne przesłanie. Przynajmniej ja go próbuję odczytać w następujący sposób: Żyjesz tylko raz. Dlatego warto być odważnym, bo… co masz do stracenia?

Ja swój rok zaczęłam bardzo odważnie.

Po pierwsze: wsłuchawszy się w siebie, podjęłam decyzję. Trudną decyzję, która wiem, że w przyszłości przyniesie wymierne rezultaty. Najtrudniejsze nie było przekonanie samej siebie, że to dobry kierunek zmian. Najgorsza była świadomość, że początkowo kogoś tym skrzywdzę.

Po drugie: odważyłam się przyznać do błędu i przeprosić. Zajęło mi to kilka lat, by w końcu schować dumę do kieszeni i powiedzieć szczere “przepraszam, schrzaniłam sprawę”.

Po trzecie: odważyłam się zaakceptować swoje uczucia i wyrazić je, bez obawy o to, jak zostanę odebrana. Chciałam powiedzieć co czuję, nie zważając na konsekwencje i nie oczekując niczego w zamian.

[su_quote] odwaga «śmiała, świadoma postawa wobec niebezpieczeństwa» (PWN) [/su_quote]

Czym jest odwaga?

  • wyrażaniem swoich uczuć
  • podejmowaniem decyzji w zgodzie ze sobą, nierzadko wbrew innym
  • słuchaniem wewnętrznego głosu
  • pokonywaniem własnych ograniczeń
  • wychodzeniem ze strefy komfortu
  • mówieniem tego, co się myśli / wyrażaniem swojej opini (nikogo przy tym nie raniąc)
  • Przynaniem się do błedu
  • Umiejętnością powiedzenia ‘przepraszam’
  • Ufnością
  • Miłością
  • wprowadzaniem w życiu zmian
  • życiem tu i teraz
  • spełanianiem swoich marzeń

Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie jak wiele odwagi wymagają powyzsze przykłady?

Zaufać, gdy zostało się raz skrzywdzonym. Iść za głosem serca, choć wszyscy dookoła pukają się w czoło. Powiedzieć ‘kocham’ bez gwarancji odwzajemnienia. Przeprowadzić się do nowego miasta, pomimo lęków i wewnętrznych ograniczeń.

Jak być odważnym?

Tym dla mnie jest odwaga. Nie skokiem na bungee czy przejażdżką na roller coasterze. Prawdziwej odwagi wymagają uczucia. Bycie sobą. Spełnianie swoich marzeń w zgodzie ze swoim sercem. Mówienie tak, gdy mówią nie. Mówienie nie, gdy mówią tak. Życie. Życie wymaga odwagi. Ale masz je tylko jedno. Co więc masz do stracenia poza nim?

AKTEM NAJWIĘKSZEJ ODWAGI WCIĄŻ POZOSTAJE SAMODZIELNIE MYŚLEĆ. GŁOŚNO.
COCO CHANEL

Kiedy uwierzyłaś, że do niczego się nie nadajesz?

Przychodzi z nienacka. Wszystko jest w porządku, nawet dobrze i jakoś się trzymasz. Układasz swoje myśli w pozytywną układankę i wierzysz, że przyszłość jest w Twoich rękach, jeśli tylko mocniej się postarasz. Spisujesz plany, cele i postanowienia. Twój kalendarz jest wypieszczony pod każdym względem. Gdy na niego zerkasz, sama sobie zazdrościsz i cieszysz się, że tym razem będzie inaczej. Robisz sobie kawę i zasiadasz do komputera, by zdobywać świat. I wtedy pojawia się on.

Patrzy na Ciebie pogardliwie i prychając z niesmakiem macha na Ciebie ręką. Marszczy nos. Kiwa głową, wykrzywiając kąciki ust. Krzyżuje ręce na wysokości klatki piersiowej i spoczywając na jednej nodze mówi: Daj spokój! Ty się do tego nie nadajesz! Jak niby chcesz to osiągnąć? Kim Ty jesteś, by być kimś? Ludzie Cię wyśmieją. Odpuść sobie!

Toczysz z nim regularną walkę. Tłumaczysz, odwracasz się od niego plecami, strzelasz focha lub rzucasz wyzwania: jeszcze zobaczysz! Ale on jest silniejszy. Pokonuje Cię w podstępny sposób. Najpierw pozwala Ci uwierzyć, że jesteś coś warta, że dasz sobie radę, że wszystko jest w Twoich rękach. Następnie powoli się do Ciebie skrada, niewinnie wytykając słabości i potknięcia. Wyolbrzymia niedoskonałości, a świat przedstawia jako miejsce, którego trzeba się bać.

Największe pole do popisu ma wtedy, gdy przekopujesz internet w poszukiwaniu inspiracji. Szepcze Ci do ucha pogardliwe komentarze. Z jednej strony widzisz ogrom możliwości oraz dostęp do wiedzy na wyciągnięcie ręki. Z drugiej strony przytłacza Cię ta ilość informacji. Zaczynasz porównywać się do innych, a on zaciera wtedy ręce. Już wie, że ten moment jest blisko. Patrząc na osiągnięcia innych, na ich sukcesy oraz umiejętności, jego słowa coraz bardziej do Ciebie przemawiają. Dajesz mu tą satysfakcję i po raz kolejny mu mówisz: Masz rację, powinnam dać sobie spokój. Nie dam rady.

Kim jest ten głos w Twojej głowie? Czy to głos Twojej mamy, która nigdy Cię nie wspierała? Byłego chłopaka, który pozwolił Ci uwierzyć, że nic lepszego poza nim Cię w życiu nie spotka? Czy ludzi, którzy mało o Tobie wiedzą, a dużo gadają?

Dlaczego pozwalasz mu przejmować nad sobą kontrolę? Dlaczego za każdym razem wierzysz, że to ON ma rację? Dlaczego poddajesz się, wierząc, że do niczego się nie nadajesz? Jak długo zamierzasz podążać tym schematem? Komu chcesz oddać sterowanie Twoim życiem? Mamie? Partnerowi? Ludziom, których nawet nie znasz?

Kiedy uwierzyłaś, że do niczego się nie nadajesz? I właściwie, dlaczego w to uwierzyłaś?

A teraz wstań od komputera podejdź do lustra i strzel sobie z liścia. Takiego soczystego.

Spojrzyj na swoje odbicie, uśmiechnij się z przekąsem i powiedz: DAM RADĘ!

I tym razem się nie poddaj.

Bo życie masz tylko jedno.

Bo możesz wszystko.

Bo głos w Twojej głowie, to tylko projekcja tego co kiedyś usłyszałaś na swój temat, a co W OGÓLE NIE JEST PRAWDĄ. Nikt nie ma prawa powiedzieć Ci, że nie nadajesz się do niczego. Nikt nie ma prawa mówić Ci, że jesteś beznadziejna.

Choć w sumie…

Wiesz kiedy stajesz się beznadziejna?

Kiedy dajesz za wygraną, słuchasz tego głosu i się poddajesz…

Nie poddawaj się.

Dlaczego warto być niezależną

Zawsze ceniłam sobie niezależność. Jak jeszcze mieszkałam w Polsce to szczytem niezależności było dla mnie posiadanie samochodu. Kiedy tylko potrzebowałam gdzieś pojechać lub coś załatwić, brałam kluczyki, dokumenty i wskakiwałam za kółko. Mogłam jechać kiedy chcę, gdzie chcę i bez proszenia kogokolwiek o pomoc czy poświęcenie czasu.

[su_quote] niezależny
1. «niepodporządkowany komuś, czemuś, decydujący o sobie; też: świadczący o braku podporządkowania komuś lub czemuś»
2. «niebędący wyznaczonym, zdeterminowanym przez coś»
3. «wygłaszający bezstronne opinie, niekierujący się interesem żadnej grupy społecznej»
4. «nienależący do żadnej z rywalizujących partii»
(PWN)[/su_quote]

Niezależność zawsze dawała mi poczucie wolności. Wewnętrzny spokój, który zapewniał mi nieograniczone możliwości w zależności od sytuacji. Niezależność wzmacniała moją pewność siebie, bo wiedziałam, że na sobie zawsze mogę polegać. Niezależność pomagała mi być przygotowana na każdą ewentualność i mogłam z niej dowolnie korzystać, kiedy tylko jej potrzebowałam.

Kiedyś tą niezależność utraciłam. Uwierzyłam, że zależność w związku to normalna kolej rzeczy i tak na prawdę jest jego nieodzownym elementem. Otóż nie. Pozostając razem wcale nie trzeba zatracać swojej niezależności.

Wiem, że my kobiety mamy tendencję do uzależniania się od naszych facetów. Wynika to przede wszystkim z silnej potrzeby akceptacji, bezgranicznej ufności oraz niekiedy niezdrowej miłości. Wydaje nam się, że jeżeli porzucimy nasze hobby, będziemy pracować mniej, a dawać w związku więcej, to przyniesie nam to wymierne efekty w relacji z partnerem. Niestety takie działania przynoszą odwrotne rezultaty. Robią się z nas męczybuły, bo nagle poza partnerem i jego życiem nie mamy nic. Robią się z nas nieszczęśliwe frustratki, które narzekają na swój związek, choć same ze sobą nie wytrzymałyby nawet tygodnia. Chciałybyśmy coś zmienić w swoim życiu, zapominając, że zmianę należy zaczynać od siebie.

W zdrowej niezależności chodzi przede wszystkim o to, by mieć swój kawałek podłogi. Nie chodzi o to by odrzucać pomoc i na wszystko reagować jak małe dziecko: JA SAMA! Chodzi o to, by się nie zatracać. By nie rezygnować z siebie i swoich planów po to, by się podporządkować.

Niezależnością jest:

  • posiadanie swoich oszczędności
  • pielęgnowanie swoich pasji
  • nie rezygnowanie z marzeń
  • dbanie o swoją pracę/karierę
  • doskonalenie swoich umiejętności
  • posiadanie własnego zdania
  • świadomość swojej wartości
  • umiejętność bycia sama ze sobą
  • przyjmowanie pomocy
  • zaufanie sobie
  • asertywność
  • świadomość, kiedy trzeba odejść, a kiedy walczyć

Co daje Ci niezależność:

  • wolność
  • pewność siebie
  • szczęście
  • spokój

Niezależność to coś, co możesz dać sobie samej. Nikt inny Ci jej nie da. To Ty musisz o nią zawalczyć i to Ty musisz się o nią troszczyć. Nikt Ci jej nie może też odebrać. Jeśli zdecydujesz się na oddanie komuś swojej niezależności, to TY ponosisz za to pełną odpowiedzialność.

52 manifesty na każdy rok

Niektórym może się wydawać, że robienie postanowień noworocznych to głupota. Niektórzy uwielbiają spisywać swoje noworoczne plany, by po 12 miesiącach je zweryfikować i zakończyć rok z poczuciem, że odnieśli osobisty sukces. Ja zwykle każdego roku olewałam system i podeszłam do sprawy z nastawieniem “jakoś to będzie”. Wychodziło z tego jedno wielkie nic i pretensje mogłam za to mieć tylko i wyłącznie do siebie. Teraz kieruję się jednak zasadą, żeby działać, a nie tylko gadać, dlatego nie podzielę się moją szczegółową listą celów, bo podobno jest tak, że jak się o swoich planach papla na prawo i lewo, to motywacja spada. U mnie tak bynajmniej jest.

Jeśli należysz do grupy osób, która jednak lubi zaczynać Nowy Rok z czystą kartą, masz głowę pełną pomysłów oraz motywację do działania, poniższe manifesty pomogą Ci nadać ostateczny kształt Twoim planom lub zainspirować się, jeśli dopiero zaczynasz spisywanie swoich postanowień. Prawdą jest, że poniższe manifesty możesz stosować ZAWSZE, niezależnie czy jest to początek roku, miesiąca czy dekady. W moim przekonaniu są one drogowskazem, w odpowiedzi na pytanie: Co zrobić ze swoim życiem.

Zacznij od nowa

To jest Twoje życie.

Mów TAK.

Mów NIE.

Twórz.

Inspiruj.

Nie osądzaj.

Więcej książek, mniej TV.

Schody zamiast windy.

Analizuj mniej.

Celebruj wyjątkowe dni.

Nie traktuj siebie zbyt poważnie.

Nie zamartwiaj się.

Bądź dla siebie dobra.

Zakładaj najlepsze.

Bądź odważna.

Zaufaj sobie.

Bądź niezależna.

Miej oszczędności.

Próbuj.

Działaj.

Inwestuj w siebie.

Kupuj mniej.

Pogódź się z przeszłością.

Uśmiechaj się do siebie.

Przyjmuj komplementy.

Dawaj komplementy.

Bądź obecna.

Ciężko pracuj.

Przestań się porównywać.

Bądź rozsądna.

Złam zasady.

Twórz zasady.

Kieruj się sercem.

Pomagaj.

Przyjmuj pomoc.

Ucz się na błędach.

Nie komplikuj sobie życia. Wybierz prostotę.

To co myślą o Tobie inni to nie Twój problem.

Bądź osobą, którą chciałabyś poznać.

Przestań szukać uwagi u osób, które Cię krzywdzą.

Jeśli nie możesz czegoś zmienić, zmień swoje podejście.

Nie czekaj na pozwolenie.

Nie pozwól, by Twoje lęki blokowały Twój rozwój.

Rób to, co co kochasz.

Pamiętaj o swoich priorytetach.

Planuj.

Bądź spontaniczna.

Szanuj siebie.

Nie marnuj czasu.

Szukaj szczęścia w sobie.

Czas by żyć, a nie tylko istnieć.

Wiem, że niektóre się wzajemnie wykluczają, ale o to właśnie chodzi, bo życiu nic nie jest białe lub czarne. Wszystko ZALEŻY od sytuacji, od nas samych, od okoliczności.  Chodzi o to by przestać zadowalać wszystkich dookoła i traktować siebie jak kogoś, na kim Ci zależy.

7 życiowych rad, z których warto skorzystać

Hej Graddd! Miałam dzisiaj trochę wolnego w pracy i na spokojnie sobie przejrzałam Twojego bloga i… kurde, zazdroszczę samozaparcia i dążenia do lepszego 🙂 Mega sie to czyta i daje do myślenia, u mnie ostatnio była mega deprecha, ale powoli jest lepiej i tym bardziej fajnie się czyta, że z doła można wyjść, ze cos można zmienić w sobie, wyciągnąć wnioski. Musze się trochę tego nauczyć, więc będę dalej czytać :*

Emocjonalny ekshibicjonizm, który regularnie tu popełniam, pozwolił mi zrozumieć pewne rzeczy. Po pierwsze, za nasze szczęście jesteśmy odpowiedzialni tylko my sami. Obarczanie tym innych osób lub szukanie go w czynnikach zewnętrznych potęguje tylko naszą frustrację, a co gorsza, wpływa negatywnie na relacje z najbliższymi. Po drugie, człowiek nie jest wyspą – aby być szczęśliwymi, potrzebujemy otaczać się innymi ludźmi – właściwymi ludźmi. Po trzecie – bycie sobą bywa trudne, ale cholernie satysfakcjonujące, bo nie ma na świecie drugiej, tak wyjątkowej osoby jak ja czy Ty.

Nie szukaj szczęścia na zewnątrz

Konsupcjonizm, objadanie się, picie, przygodny sex, wskakiwanie ze związku w związek, namiętne oglądanie seriali to wszystko da Ci chwilową przyjemność, ale jeśli zadowolenie z życia nie wypływa z CIEBIE i TWOJEGO samopoczucia, pogłębi się tylko Twój smutek, zaczniesz podważać sens życia i wzrośnie ogólne zniechęcenie. Dlatego…

Wsłuchaj się w siebie

To na prawdę ważne, by zacząć słuchać wewnętrznego głosu. Nikt poza Tobą nie powie Ci, jak żyć i którą drogę wybrać. Jeśli czujesz, że coś jest nie tak, najprawdopodobniej tak jest. Jeśli wiecznie chodzisz podkurwiona, to nie dlatego, że Twój TŻ zostawia skarpetki na podłodze, współlokator znów nie pozmywał po sobie naczyń, a kot strącił ogonem Twój ulubiony wazon.

Zostaw przeszłość za sobą

Taki fajny tekst ostatnio gdzieś wyczytałam: jeśli stoisz jedną nogą w przeszłości, a drugą w przyszłości to znaczy, że sikasz na teraźniejszość. Łopatologiczne podejście jest zawsze najlepsze. Zamknij przeszłość za sobą, nie próbuj jej zmieniać, wyciągnij wnioski, ucz się na błędach. Przeszłość Cię ukształtowała, to fakt, ale to w dalszym ciągu od Ciebie zależy jak Twoje życie będzie układać się teraz i w przyszłości. Co do przyszłości – nie martw się niczym na zapas. Najczęściej zamartwiamy się rzeczami, które nigdy się nie przytrafią.

Zmiany zaczynaj od siebie

Nie od chłopaka, męża, dzieci, psa czy kota. Chcesz wyższy przychód? Poszukaj nowej pracy, zamiast czepiać się partnera, że za mało zarabia. Chcesz schudnąć? Przestań się objadać wieczorami i zacznij się więcej ruszać. Chcesz, by Twoje dzieci były szczęśliwe? Pokaż im na swoim przykładzie jak to zrobić. Chcesz mieć lepsze relacje ze swoją rodziną/znajomymi/kolegami z pracy, wyjdź pierwsza z inicjatywą i zmień swoje nastawienie. Nie oglądaj się na innych!

prostsze życie

Bądź odważna, podejmuj decyzje

Bo życie masz tylko jedno, a kto nie ryzykuje ten nie ma. Lęki nas blokują. Poza tym, czy to nie bez sensu, tak całe życie się bać?

Przeczytaj: O decyzjach, które warto podjąć z myślą o sobie

Bądź niezależna

Czasami odwagi do zmian daje nam właśnie poczucie niezależności. Dlatego zawsze stój na własnych nogach. Nie uzależniaj się nigdy, od nikogo ani finansowo, ani emocjonalnie.

Przeczytaj: Dlaczego warto być niezależną

Nie odkładaj wszystkiego na wieczne nigdy

Prokrastynacja jest jednym z nawyków, które na prawdę rujnują nam życie. Bo nam się wydaje, że wiecznie na wszystko mamy czas, a to bzdura. Dlatego przestań wszystko odkładać na jutro. Życie dzieje się teraz, a straconego czasu nigdy nie odzyskasz. (Zajrzyj na: Nawyki, które rujnują mi życie)

Pamiętaj, to TY jesteś kreatorką swojego życia i to od Ciebie zależy jak będzie ono wyglądać. Powtarzaj to sobie przy każdej okazji jak mantrę. Jeśli wydaje Ci się, że coś Ci się od życia należy, jeśli czekasz, aż rzeczy same się staną i oczekujesz on innych, że to oni zmienią Twoje życie na lepsze – porzuć to złudzenie!

A jeśli chcesz marnować swój czas, to chociaż zrób to dobrze.

1 2