O czasie dobrze zmarnowanym, czyli jak poznać siebie

W moim zyciu po 30-tce nic się wielkiego nie wydarzyło. Żadnych spektakularnych zmian, przewrotnych decyzji, żadnych ślubów, dzieci ani awansów. Nie wspięłam się po drabinie kariery, nie zdobyłam żadnych certyfikatów ani dyplomów, nie przeczytałam tony książek. Przez chwilę miałam nawet wyrzuty sumienia, że zmarnowałam czas. To jednak nie do końca prawda.

Znacie to uczucie, kiedy nie wiecie co ze sobą zrobić?

Kiedy macie na siebie milion pomysłów, a jednocześnie żadnego? Serfujecie po internecie w poszukiwaniu inspiracji i motywacji, a w efekcie jesteście jeszcze bardziej pogubieni od nadmiaru informacji? Bombardowani z każdej strony sposobami na udane życie, czujecie presję, by w końcu COŚ ZE SOBĄ ZROBIĆ, ale im bardziej o tym myślicie, tym bardziej wpadacie w dołek?

Byłam tam.

Pamiętam tą niedającą mi spokoju myśl – OGARNIJ SIĘ, DOROŚNIJ, MUSISZ SIĘ W KOŃCU OKREŚLIĆ! Ale ja nie wiedziałam jak! Nie wiedziałam co! Od czego zacząć! Kim ja właściwie jestem? Jaka jestem? Co lubię? Co chcę w życiu robić? Aaaaaaa NIE WIEM!!!!!

Wszystko wzięło się z tego, że ja nigdy tak na prawdę nie miałam możliwości, by spędzić czas tylko ze sobą i pomyśleć.

Cały czas goniłam za spełnieniem oczekiwań społeczeństwa, mody i trendów, a przede wszystkim mojej mamy. Zawsze byłam pod jej dużym wpływem. Jej gadanie nieźle mieszało mi w głowie i w rezultacie nie zastanawiałam się nad tym, czego chcę JA, tylko krążyłam wokół tego, czego chce MAMA.

Nie było łatwo, bo: miałam pracę – a gdzie chłopak, miałam chłopaka – a kiedy ślub, nie będzie ślubu – to chociaż dziecko, a kiedy dom wybudujesz, a kiedy będziesz więcej zarabiać, a kiedy to, a kiedy tamto i dlaczego tak, a nie inaczej. O maaamooo! Właśnie dlatego wyjechałam z Polski!

Układ prawie idealny

Przez jakiś czas miałam ten komfort, że nie musiałam pracować. To znaczy pracowałam z doskoku, ale nie musiałam tego robić regularnie. Mianowałam się więc PANIĄ DOMU. Wiecie – gotowanie, sprzątanie, obiadki, deserki, zakupy i pranie. Takie tam przyziemne sprawy. Sprawiało mi przyjemność zajmowanie się domowym ogniskiem.

Niestety – po jakimś czasie zaczęłam świrować. Okazuje się, że całkowite odcięcie od świata jest cichym zabójcą. Powoli wyniszcza Cię od środka. Nagle boisz się wyjść do ludzi, bo nie wiesz jak z nimi gadać, poza tym – o czym!? Z drugiej strony, zaczyna brakować Ci towarzystwa, bo jednak człowiek to istota społeczna. I tak się stoczyłam w otchłań dołków, łez, samokrytyki, poczucia beznadziejności, smutku, płaczu, obojętności, generalnie – prawie depresja.

W końcu uświadomiłam sobie, że rozgrzebywanie przeszłości i analizowanie każdego mojego gestu doprowadza mnie na skraj wytrzymałości psychicznej. We wszystkim dopatrywałam się drugiego dnia, co zupełnie nie pomagało mi stanąć na nogi. Bez sensu.

I to własnie okazało się dość przełomowe.

Niedługo po tym postanowiłam się przeprowadzić, w międzyczasie odwiedziłam Polskę, dostałam zdrowotnego oświecenia, potem pojawiły się koty, weganizm no i ten blog. Przestałam mówić TAK, gdy myślałam NIE, usunęłam ze swojego życia ludzi, którzy nic do niego nie wnosili, ograniczyłam oglądanie seriali, które zaburzały moje poczucie rzeczywistości, przestałam się bać szczerości oraz otworzyłam na nadchodzące zmiany. No i niestety kluczową rolę odegrało ograniczenie kontaktu z mamą do minimum. Wszystko zaczęło powoli układać się w jakąś sensowną całość. Zaczęłam w końcu poznawać siebie…

Jak dobrze zmarnowałam czas?

W dość wielkim skrócie opisałam wam syf z jakim zmagałam się przez ostatnie dwa lata. Być może mogłam ten czas wykorzystać lepiej, wziąć się za siebie wcześniej lub starać się bardziej. Mogłam, ale NIE UMIAŁAM. Bo nie rozumiałam siebie. W ogóle. Każde zetknięcie z rzeczywistością, było dla mnie jak walka z wiatrakami – przegrywałam, bo nie wiedziałam KIM JESTEM! Jakie są moje słabości? Jakie atuty? W czym jestem dobra, a co powinnam odpuścić? Jakie są moje granice wytrzymałości? Skąd się bierze mój smutek, a z czego mam ochotę śmiać się do utraty tchu?

Teraz wiem, że dobrze zmarnowałam czas, bo po raz pierwszy w życiu wsłuchałam się w siebie.

Po prostu. Zaczęłam słuchać siebie. Przestałam gonić za spełnianiem oczekiwań innych. Dzięki temu:

Zrozumiałam, że potrzebuję kontaktu z ludźmi.
Nawiązywanie nowych znajomości uświadomiło mi, że sama jestem swoim największym krytykiem, co w ogóle nie ma przełożenia na to, jak postrzegają mnie inni. Poza tym, to ważne móc od czasu do czasu spotkać się z kimś na kawie i pogadać o pierdołach.

Zrozumiałam swoje błędy i przyznałam się do nich.
Przez długi czas byłam skupiona tylko na sobie i swoich zranieniach. Dziś potrafię spojrzeć na niektóre sprawy z dystansu, przeprosić i zaakceptować fakt, że czasami człowiek nawala.

Nauczyłam się odpuszczać.
To dotyczy głównie perfekcjonizmu w domu. Zawsze narzucałam sobie taką presję, że muszę być idealną panią domu, idealną partnerką, inaczej nie będę warta miłości. Dziś wiem, że nieugotowany obiad, skarpetki na podłodze, czy nieumyte naczynia przez kilka dni, nie są wyznacznikiem dobrej relacji, a przede wszystkim nie określają mnie jako złej osoby czy chujowej pani domu.

Zrozumiałam, że praca jest ważna.
Fajnie było przez jakiś czas nie pracować, ale już mi wystarczy. Zaczęłam odczuwać pustkę, bo brakowało mi tego poczucia przynależności, bycia ważną i potrzebną – to jest dla mnie istotne, dlatego nie wyobrażam sobie pracować gdzieś, gdzie nie czuję się dobrze.

Zrozumiałam swój introwertyzm.
Teraz już nie biczuję się za to, że pewne sytuacje społeczne sprawiają mi trudność, ale jednocześnie dumna jestem z siebie za każdym razem, gdy przełamuję swoje lęki.

Zaakceptowałam siebie taką, jaka jestem.
Patrzę na swoje fałdki w lustrze i już ich nie nienawidzę, bo wiem, że sama je sobie wyhodowałam. Dlatego teraz współpracuję ze swoim ciałem i dbam o nie jak należy. Nie biczuję się za to, że czegoś nie umiem, bo wiem, że nie we wszystkim muszę być najlepsza. Nie staram się nikomu przypodobać na siłę – albo lubisz mnie taką, albo spadaj na drzewo.

Zmieniłam swój stosunek do przyjaźni – o tym pisałam TUTAJ.

Co zrobić ze swoim życiem?

Ja wiem, że każdy z nas odczuwa presję, by wiedzieć co ze swoim życiem zrobić już TERAZ, a siedzenie na tyłku nie jest mile widziane. Sama od niedawna uważam, że warto się zmobilizować i zacząć COŚ ROBIĆ, ale jednocześnie rozumiem, że pewne decyzje wymagają czasu. Że czasami musimy się zaszyć pod kołdrą i nie wynurzać spod niej przez dzień, tydzień, miesiąc a nawet i rok. Wiem także, że poznanie siebie nie jest takie łatwe, no bo kiedy? Ledwo człowiek pójdzie do szkoły a już zarzuca mu się wymagania, oczekiwania, matura, studia, praca, hobby, żona, dzieci, mąż! Zawrotu głowy idzie dostać.

Dlatego ja gradowa mówię wam: odpuśćcie. Jeśli nie wiecie kim jesteście: odpuśćcie. Jeśli nie wiecie, co chcecie robić: odpuśćcie. Jeżeli czujecie, że nie jesteście gotowi na zmianę: odpuśćcie. Czujecie się aktualnie smutni i przygnębieni: pozwólcie tym uczuciom przepłynąć przez was. Ja musiałam osiągnąć dołek, by mieć się od czego odbić. W sumie to prawie się topiłam w morzu łez, ale jak widać – przeżyłam.

Jak poznać siebie? Na chwilę zwolnić i wsłuchać się w siebie. W swoje myśli, odczucia, w swoje ciało. Zacznijcie zwracać uwagę na to, jak reagujecie w danych sytuacjach, jak zachowujecie się w danym otoczeniu. Cała reszta przyjdzie z czasem. By wiedzieć CO robić, trzeba wiedzieć Z KIM to robić. A tym KIMŚ jesteś TY. Warto poznać siebie, by wybrać właściwą dla siebie drogę. Ale to wymaga czasu. Dlatego:

Zmarnuj swój czas dobrze: poznaj siebie.

Na spokojnie. Po swojemu.

W poszukiwaniu siebie

Z Polski wyjechałam w 2013 roku w poszukiwaniu siebie. Sfrustrowana swoimi osobistymi niepowodzeniami oraz brakiem pomysłu na siebie, zostawiłam fajną pracę, spakowałam się w dwie walizki i ku zdziwieniu rodziny oraz znajomych odfrunęłam do Zjednoczonego Królestwa.

Pierwsze dwa lata jakoś przeleciały, ale w pewnym momencie dopadła mnie jakaś deprecha. Niekoniecznie z powodu braku słońca, po prostu czułam, że coś w moim życiu jest nie tak.

Tak na prawdę sama nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Miałam na siebie milion pomysłów i zero.

Snułam się po kątach, płakałam, użalałam się nad sobą, ale co najgorsze, przed światem udawałam, że wszystko jest w porządku.

Na założenie bloga namówiła mnie moja koleżanka. Długo nie mogłam się do tego zebrać, bo mój perfekcjonizm pchał mnie w kierunku myślenia “wszystko albo nic”. Wciąż porównywałam się z innymi i nieustannie wmawiałam sobie, że jestem zbyt przeciętna, by w ogóle ktoś chciał mnie czytać.

Dlatego najpierw powstał blog pod zupełnie inną nazwą. Próbowałam się ukryć pod jakimś skomplikowanym pseudonimem, który jak się szybko okazało, w ogóle do mnie nie przemawiał. W kóncu powiedziałam sobie, dlaczego właściwie nie mogę być po prostu sobą!?

Choć początkowo miałam pisać głównie o weganiźmie, szybko przekonałam się o tym, że żadna ze mnie aktywistka, kucharka czy kosmetolog, a kontrowersja to nie moja bajka.

W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że ja lubię pisać o emocjach.

Emocjach, które są we mnie, a jak się później okazało, także w moich czytelnikach, co dodało mi otuchy, że nie tylko ja zmagam się ze słabościami.

Mój tekst o kompleksach, a potem o ucieczkach, otworzył mnie i pomógł przyznać się do tego, że jestem tylko człowiekiem. Człowiekiem – Kobietą, która zmaga się co jakiś czas ze swoimi emocjami, która czasami nie wie, czego chce i gubi się w codzienności. Jednocześnie te teksty były dla mnie osobiście wielkim przełomem.

Postanowiłam zmienić swoją rzeczywistość.

Postanowiłam przestać rozkładać bezradnie ręce i poddawać się powracającym stanom depresyjnym.

Postanowiłam, że będę odpowiedzialna za swoje życie.

Uznałam, że siedzenie na dupie i narzekanie do niczego mnie nie doprowadzi.

A ja chciałam być szczęśliwa.

Po swojemu.

Dlatego wybrałam siebie.

Bo jestem GRADOWA. Nie jestem i nigdy nie będę nikim innym jak sobą. Mam swoje słabości, mam swoje lęki oraz traumy, ale mimo wszystko udało mi się przekonać samą siebie, że praca nad sobą przynosi efekty i z największego dołka można się pozbierać.

Moim największym marzeniem jest: BYĆ INSPIRACJĄ. To, co niesamowicie mnie motywuje, to rozmowa z drugim człowiekiem i podnoszenie go na duchu. Kiedy widze, gdy ktoś zmaga się ze swoimi słabościami, nie wierzy w siebie i wątpi w swoje możliwości, ja natychmiast chciałabym podbiec i poprawić mu skrzydła. Bo nikt nigdy nie zrobił tego dla mnie.

Moje samozaparcie i lwie cechy charakteru pomogły mi pozbierać się samej, ale wiem, że wiele osób tego nie potrafi. Dlatego poprzez swoje teksty chcę czytelników przekonać, że nie ma nic złego w byciu człowiekiem, nie ma nic złego w byciu słabym, nie ma nic złego w byciu sobą. Ja chcę być osobą, która pokaże wam, że życie jest spoko, a jeśli weźmiecie za nie pełną odpowiedzialność, to w końcu uda wam się otrzepać swoje skrzydła z gruzu słabości, kompleksów oraz samokrytyki i powstaniecie, by napisać opowieść, z której w przyszłości będziecie dumni.

Wtedy napiszecie do mnie maila: Gradowa, cieszę się, że zajrzałam na Twojego bloga. Dzięki, że jesteś!

A ja się uśmiechnę i będę wiedziała, że wybrałam dobry kierunek: INSPIROWAĆ DO ZMIAN, zmieniając siebie.

 

 

To nie prawda, że ludzie się nie zmieniają

Zdarza wam się przeglądać stare zdjęcia i z przerażeniem patrzeć jak kiedyś wyglądałyście? Jezuuu jak ja mogłam nosić te spodnie! Czemu Ty kobieto nie wyregulowałaś sobie brwi, a ta grzywka!? Kto taką w ogóle nosił!? Pociesza mnie wtedy uświadomienie sobie faktu, że taka była widocznie wtedy moda lub ja czułam się w takich włosach dobrze. Teraz nieco się zmieniło. Teraz jestem inna. Bo ludzie się zmieniają. Nie tylko ich gusta.

Odkąd piszę bloga dostałam już sporo wiadomości od znajomych z liceum. Także takich, z którymi nie specjalnie się wtedy trzymałam, a po przeczytaniu bloga patrzą na mnie z innej perspektywy. No bo ja już nie jestem tą samą osobą. Gdy wspominam siebie z czasów licealnych widzę dziewczynę, która poszła do nowej szkoły ze złamanym sercem. Dziewczynę, która zawiodła się na swojej przyjaciółce i od nowa musiała zbudować sobie paczkę znajomych. Widzę zagubioną dziewczynę, która nie miała określonego stylu, więc nieudolnie próbowała wpasować się w tłum. Dziewczynę, która skończyła w szkole, którą wybrała jej mama, a w której uczyła jej ciotka, więc mogła być non stop kontrolowana. Wreszcie dziewczynę, która przez zawód miłosny odrzucała wszystkich miłych chłopaków i wiązała się z przeciętniakami, których nie polubiłby teraz nawet jej kot.

Doświadczona przez życie

To co nas kształtuje przez lata to przede wszystkim doświadczenie. Nasze serce musi zostać złamane, abyśmy mogli zrozumieć, czym jest miłość. Musimy zostać zwolnieni z pracy lub odrzuceni w końcowym etapie rekrutacji, by umieć wyznaczyć swoją ścieżkę kariery. Musimy coś spieprzyć tak bardzo, by z czasem przemyśleć swój błąd i nie popełniać podobnego w przyszłości. Musimy uciec gdzieś bardzo daleko, by się odnaleźć się na nowo i próbować wrócić z właściwą wizją swojego życia.

Dojrzałość

Faktem jest, że oprócz doświadczenia, w procesie zmiany niebagatelną rolę odgrywa dojrzałość. Oczywiście dojrzałość wymaga mądrości, bo są osoby, które na zawsze będą przywiązane do schematów zachowań z dzieciństwa/młodości. Niemniej z wiekiem zupełnie inaczej patrzymy na pewne kwestie. Pamiętam jak kiedyś strasznie się wszystkim przejmowałam, wszystko brałam mocno do siebie, a co najgorsze oczekiwałam od każdego spełnienia moich zachcianek. Tupałam potajemnie nóżką, próbując wymusić na innych takie, a nie inne zachowanie. Na odmowę reagowałam fochem, bo uważałam, że wszystko mi się należy. Teraz potrafię juz prowadzić dialog, nie tylko z innymi, ale także z samą sobą.

Rozwój

Z subiektywnego punktu widzenia śmiem twierdzić, że to co pcha ludzi do zmiany, to dążenie do lepszej wersji siebie. Dzieje się to pod wpływem jakiegoś istotnego wydarzenia, efektu ‘aha!’, a nierzadko w wyniku poznania osoby, która nas inspiruje. Uczymy się nowych rzeczy, trenujemy umiejętności miękkie, a zdobyta wiedza dodaje nam pewności siebie i motywuje do pokonywania własnych ograniczeń. Założę się, że jeśli spojrzysz na siebie sprzed 10 lat, zauważysz znaczącą różnicę.

Tylko krowa nie zmienia poglądów

Szeroko pojęte wyznawane wartości mogą pozostać niezmienione (uczciwość, szczerość, troska), ale w pewnych kwestiach uczymy się, że nagięcie ich pozwala nam być bardziej elastycznym w zależności od okoliczności. Załóżmy, że zawsze byłaś wszystkożerna, ale w pewnym momencie odezwała się w Tobie empatia i zostałaś wegetarianką. Załóżmy, że od małego biegałaś do kościoła, ale obserwacja świata oraz wartościowa lektura sprawiły, że teraz jesteś ateistką. Załóżmy, że zawsze chciałaś hucznego ślubu z setką gości, białą limuzyną i fajerwerkami o północy. Teraz marzysz o cichej uroczystości tylko we dwoje, najlepiej z dala od wszystkich, by ten dzień był tylko wasz. Zmieniły się Twoje poglądy, choć wartości w dalszym ciągu wyznajesz te same. To wciąż jest zmiana, która zaszła w Tobie.

Lubię taką siebie

Zmieniłam się i nikt mi nie powie, że jest inaczej. I lubię taką siebie. Jestem świadoma siebie. Wiem nad czym jeszcze muszę popracować, by w pełni czuć się zadowolona. Gdy spojrzę na siebie sprzed 10 lat, to nie chciałabym być tą samą dziewczyną co wtedy. Gdy cofnę się pamięcią o 5 lat, to czasami żal mi tej siebie, która nie wiedziała o sobie nic, a w swoim pogubieniu podejmowała niefortunne decyzje. Zdarza mi się fantazjować, że z wiedzą i doświadczeniem, które mam teraz, cofam się w czasie i próbuję naprawić wydarzenia z przeszości (niczym bohater filmu Efekt Motyla). Jedno jest pewne. Za 10 lat znowu będę inną osobą. Bogatszą o kolejne lekcje z życia, ale mam nadzieję, że w końcu szczęśliwą.

introwertyzm jest spoko

INTROWERTYZM JEST SPOKO, czyli jak polubić swoją osobowość

Rzucam sobie czasami wyzwania, co przez kołczów nawyzwane jest “wychodzenie ze strefy komfortu”. Bo przecież w życiu chodzi o to, żeby przełamywać bariery, pokonywać swoje lęki i takie tam inne bzdety. Niestety swojej natury nie da się oszukać. Jeśli będziecie próbowali to zrobić tak jak ja w miniony weekend, to skończy się to co najwyżej: “wychodzeniem z siebie, by stać się kimś, kim się nie jest”.

introwertyzm

To wielka ulga móc zrezygnować ze starań, żeby stać się kimś, kim się nie jest.

Wolę wypoczywać w samotności lub z kilkoma bliskimi przyjaciółmi

Częściej słucham, ale potrafię dużo mówić o ważnych dla mnie tematach

Lubię obserwować

W niedzielę wybrałam się na spotkanie wegańskiej grupy z portalu Meetup. Nie znałam tam nikogo, a zapisanych było około 30 osób. Co się dzieje w mojej głowie przed takimi spotkaniami? Wyobrażam je sobie ze sporym wyprzedzeniem. To jak się będę czuła, co będę robiła, jak się zachowywała. Wyobrażam sobie tych wszystkich ludzi wokół mnie. Zastanawiam się o czym będę z nimi rozmawiała i jak mnie odbiorą. W zasadzie jeszcze nim wyjdę z domu (do czego muszę się zmuszać, by pokonać te lęki), już czuję się psychicznie zmęczona.

To nie jest tak, że ja nie lubię ludzi. Ja po prostu źle się czuję w dużych grupach, gdy nie znam nikogo. Męczą mnie small talki, zagadywanie czy robienie “wywiadów” zapoznawczych. Uwielbiam za to spotkania ze znajomymi przy kawie czy obiedzie, uwielbiam sama urządzać takie schadzki u siebie w domu. Lubię rozmowy o życiu, lubię słuchać i udzielać rad. Ale scenki w stylu “cześć jestem Magda, a Ty? a co robisz? skąd jesteś i dlaczego tu przyszłaś” … na samą myśl przechodzą mnie dreszcze.

Rzecz w tym, że kontakty towarzyskie w dużej grupie wymagają ogromnego nakładu energii. Najpierw trzeba jej sporo stracić na samo zmobilizowanie się, by w ogóle pójść, ponieważ introwertycy zazwyczaj wybiegają myślami na przód i wyobrażają sobie, jak będą się czuli później. Z góry wiedzą, że będą zmęczeni, zakłopotani lub przestraszeni.

Nazywam się Magda i jestem anonimową introwertyczką

Introwertyczką jestem od urodzenia, ale uświadomiłam to sobie dopiero jakieś 2 lata temu. Całe swoje życie próbowałam się przekonać do bycia kimś innym. Obwiniałam się za to, że nie mam miliona znjomych, że nie umiem zagadywać do nieznajomych mi ludzi, a tłum i spędy mnie męczą. Dziś sobie myślę: GRADOWA, JESTEŚ SPOKO! W tym ekstrawertycznym świecie nie jest łatwo odnaleźć się jako intowertyk. Co gorsza, ludzie nie do końca to rozumieją. Ja sama swojego czasu tego nie rozumiałam i wkurzałam się na mojego ex-partnera, że jest socjopatą, a po pracy spędzonej z masą ludzi nie chce mu się gadać. Dziś sama taka jestem i absolutnie nie nazwałabym siebie socjopatką. Po całym dniu spędzonym z ludźmi uwielbiam ten spokojny czas w domowym zaciszu.

Introwertykom może dodawać energii rozmowa w cztery oczy na tematy, które ich interesują. Naładowują swoje akumulatory (do pewnego stopnia), tocząc rzeczową dyskusję, podczas której każdy z uczestników rozważa opinie pozostałych.

INTROWERTYZM JEST SPOKO

Nie ma sensu na siłę przekonywać się czy zmuszać do bycia kimś innym. Po doświadczeniach minionego weekendu postanowiłam sobie, że przestanę uczęszczać na tego rodzaju spotkania. Będę musiała znaleźć inny sposób na poznanie nowych ludzi, a swoją energię spożytkować w bardziej rozsądny sposób.

(…) prawda wygląda tak, że wszyscy mamy swoje ograniczenia, a introwertycy w szczególności. Nie dysponujemy niewyczerpaną energią. Mamy jej określony zasób, toteż musimy głęboko się zastanowić, jak najlepiej ją zużyć. Taka świadomośc bywa gorzka do przełknięcia, ale jednocześnie dzięki niej możemy bardziej polubić swoje życie. Kiedy podejmujemy świadome decyzje, zaczynam na prawdę doceniać to, co MOŻEMY zrobić.

Wszystkie w/w cytaty pochodzą z książki Marti Olsen Laney “Introwertyzm to zaleta