gdy znów się pogubię

Czytam swoje wpisy sprzed czterech lat i czuję, jakby były one moim głosem z przeszłości. W sumie to są. Czytam i czytam i każde napisane wtedy zdanie tak bardzo pokrywa się z moim obecnym stanem umysłu a jednocześnie jest przypomnieniem tego przez co kiedyś przechodziłam, a teraz jest dla mnie wsparciem. Moje własne teksty są dla mnie wsaprciem. Jakbym napisała je dla siebie samej by wrócić do nich w momencie, gdy znów się pogubię i zapomnę kim jestem i czego chcę. Z jednej strony wydaje mi się, że zataczam koło w swoim życiu nieustannie, niemniej jednak za każdym razem jestem bogatsza o nową wiedzę i doświadczenie.

Widzę siebie jako blogerkę, znowu. Widzę siebie piszącą teksty, które pomagają innym przejść przez trudne chwile w życiu lub po prostu poczuć się normalnym w swojej nienormalności. Ja sama bardzo często czuję osamotniona w swoich przemyśleniach i problemach i podnosi mnie na duchu, gdy czytam, że inni mają podobnie.

Nic mi nie jest, po prostu mam doła

Spytałam ostatnio mojego GP czy może mnie wysłać na jakąś konsultację psychologiczną, bo sobie kurwa nie radzę. Spytała czy uważam się za osobę depresyjną. Nie umiałam odpowiedzieć że tak, bo bałam się, że jak to powiem na głos, to nie będzie już odwrotu. Powiedziałam, że nie jestem szczęśliwa. Szczęściara – tak. Nie mogę narzekać –tak. Ale czy jestem szczęśliwa? Nie.

Byłam kiedyś szczęśliwa. Przez chwilę, ale ktoś mi to szczęśćie odebrał i od tamtej pory nie umiem tego odzyskać. Nieudolnie próbuję, ale nie wychodzi.

Jestem smutną blogerką. Roztrzaskaną. Samotną.

Niech mi nikt nie pieprzy, że wszystko zależy ode mnie, że mogę wszystko, bo to gówno prawda.

Zbudowałam wokół siebie mur. Dla obrony przed skrzywdzeniem. Czasami komuś udaje się go zburzyć, ale zaraz potem przychodzi rozczarowanie, więc cegiełki muszę nadbudowywać znowu coraz wyżej i wyżej. Cierpię po cichu, jak koń, nie wydając z siebie żadnych odgłosów. Płaczę tak, żeby nikt nie widział, a łzy suszę nim zdążą spłynąć po moim policzku.

Zaczynam wątpić czy ja jeszcze potrafię być szczęśliwa. Uśmiecham się, ale bardzo często zaraz potem czuję jeszcze większy ścisk w żołądku. Tak jakby coś nieustannie we mnie krzyczało ‘pomocy!’ a jednocześnie nie umiałabym tej pomocy przyjąć. Bo kogo to obchodzi? Jakim prawem ja mam kogoś obarczać swoim smutkiem? Swoimi problemami?

Mój blog czasami jest smutny, bo gdy mam w sobie ból, to muszę go wyrazić. Czasami nachodzi mnie myśl, że to głupie tak się czuć, ale czemu smutek jest głupi? Smutek boli. Tak bardzo boli! Ale jest normalną emocją tak jak radość czy tęsknota…

jak się ogarnąć

Jak przekonać siebie do bycia KIMŚ?

– Gradowa co z tym Twoim blogiem? Nic nie piszesz ostatnio.

– No wiem, ale tak jakoś straciłam natchnienie.

– Czemu? Coś się stało? Przecież wszystko tak dobrze szło!

No właśnie… i to mnie przerosło!

Łatwiej jest być przeciętniakiem

O ile początkowy fejm był fajny, sprawiał radość i dawał kopa, o tyle w którymś momencie spanikowałam. Nie mieściło się w tej mojej małej zakompleksionej głowie, że ja na prawdę mogę być KIMŚ. Że mogę być GRADOWĄ, którą zawsze chciałam być, a ludzie będą o mnie mówić. Gadać. I to gadać POZYTYWNIE. Przecież od małego wpajano mi, że ludzie będą się ze mnie śmiać! Skąd więc nagle tyle osób twierdzi, że ja jestem spoko? Skąd nagle dostaję wiadomości w stylu ” Magda to jest na prawdę dobre. Jestem pod ogromnym wrażeniem.“!? Serio? To przecież nie ja! Ja przecież miałam być przeciętniakiem! Pojść na studia, znaleźć stabilną pracę, założyć rodzinę, wieczorami oglądać “M jak miłość”, a w niedzielę jeść schabowego.

Serio!?

Wymyśliłam sobie bloga i się porobiło! Dawna przyjaciółka przełamała się, by napisać mi maila, w którym przyznaje, że byłam jej na prawdę bliska, wyrażając jednocześnie swój podziw wobec moich tekstów! Mój ex pogratulował mi mojego bloga i tego w jaki sposób się rozwinęłam! Mój znajomy poleca gradowa.pl przy każdej okazji, gdy ktoś akurat wspomina mu o swoich kiepskich relacjach z mamą! A moja mama!? Moja mama napisała mi, że mam lekkie pióro, którego mi zazdrości i że jest ze mnie dumna!

Moja mama jest ze mnie DUMNA!!!! Tego już na prawdę za wiele!!!!

I jak tu nie spanikować!? Ja na prawdę nie wiedziałam co ze sobą zrobić! Ja wciąż nie wiem! Jestem strasznie pogubiona. Ten strach przed zmianą paraliżuje mnie! Muszę siebie przekonać, że GRADOWA jest osobą, która na prawdę może być wyjątkowa. Nie musi być przeciętniakiem, a ludzie wcale nie będą się z niej śmiali!

Wstyd

W jednym z moich tekstów przyznałam się, że stałam się swoim największym wrogiem. To było 4 miesiące temu…

Wstyd mi, bo uznałam, że życie przeciętniaka jest wygodniejsze i prostsze. Że łatwiej jest poużalać się nad sobą, zwalić winę na innych, podążać utartymi schematami, niż wytrwać na nowej ścieżce i osiągnąć w życiu coś więcej. Łatwiej jest być starą wersją siebie, niż odgruzować ukryte talenty i predyspozycje. Łatwiej jest nielubić siebie i przyjąć bierną postawę ofiary losu, niż stać się KIMŚ, udowadniając sobie i innym, że można i że warto.

Nie zamierzam się biczować za to, że od tamtego czasu niewiele się zmieniło, bo emocje które mną targały były trudne, a ja sama nie do końca chyba rozumiałam skąd to się wzięło. Teraz wiem, co wcale nie oznacza, że z dnia na dzień wszystko się zmieni. Oczywiście, że to zależy tylko ode mnie. Oczywiście, że tylko ja mogę coś z tym zrobić i zawalczyć o siebie. O nową siebie. O Gradową, którą zawsze chciałam być. Niemniej porzucenie utartych schematów to jest proces. Długotrwały proces, który wymaga ogromnego poświęcenia, a przede wszystkim świadomego zaangażowania. Nie będzie łatwo, ale chcę doświadczyć tej zmiany.

Paradoksem jest fakt, że za każdym razem, gdy opublikowałam tekst, czułam niesamowity przypływ satysfakcji. Tak jakby każdy jeden post był moim małym osobistym sukcesem. I nie myślałam o komentarzach, odsłonach czy lajkach. Cieszył mnie sam fakt, że poświęciłam swój czas na coś, co jest dla mnie ważne, a przede wszystkim tylko moje.

Dlaczego więc porzucam coś co mnie uszczęśliwia? Bo łatwiej jest być przeciętniakiem i marnować czas na rzeczy, które niewiele wnoszą do naszego życia. Bo nikt nigdy nie pielęgnował we mnie przeświadczenia, że ja coś potrafię i mogę coś osiągnąć. Nikt nigdy nie nauczył mnie i nie pokazał mi, że w życiu można być szczęśliwym. Teraz muszę uczyć się tego sama i jest to cholernie trudne!

she believed she could

so she did

Jak się stałam swoim największym wrogiem, czyli o autodestrukcji

Jest mi wstyd.

Stałam się najgorszą wersją siebie. Taką osobą, o której po cichu mówiłabym, że mogłaby się w końcu ogarnąć, a nie tylko siedzi i marudzi. Niech się w garść weźmie. Niech nie narzeka, bo nie ma na co. Niech przestanie się nad sobą użalać i rozkładać bezradnie ręce. Niech przestanie zwalać winę za swój nędzny los na innych i niech w końcu sama przejmie kontrolę nad swoim życiem. Tak bym jej powiedziała. Tak bym powiedziała samej sobie. Takiej sobie, którą jestem teraz. Wiem, że przez chwilę. Ale taka właśnie jestem TERAZ.

Spytasz dlaczego? Nie wiem.

Kompletnie straciłam kontakt ze sobą. Przestałam sobie ufać. Zaczęłam sama pod sobą dołki kopać, a każde niepowodzenie wytykać palcami. Tak się teraz zastanawiam… jaki to może mieć związek z tym, że ucięłam kontakt z mamą? Całkiem. Na zimno. Bez skrupułów i wyrzutów sumienia. Tak, żeby już nie musieć nikomu się ze swojego życia tłumaczyć. Odciąć się od krytyki, kiedy to nie spełniam jej oczekiwań. Bo coś zaczęło mi się w końcu układać, więc wolałam ją odsunąć, żeby czasem znowu mi tego nie zburzyła.

I wiecie co się stało? Ona pojawiła się w mojej głowie. Ja sama zaczęłam być głosem mojej mamy. Sama dla siebie!

Przez pewien moment byłam osobą, którą polubiłam.

Względnie pewną siebie, wiedzącą czego chce, z ufnością patrzącą w przyszłość. Świadomą siebie i swoich uczuć. Podążającą za głosem intuicji. Z głową. Pisałam sobie bloga, który zdobywał coraz to nowych czytelników. Dostawałam komentarze, które dodawały mi skrzydeł, które były pozytywne, a przede wszystkim bardzo budujące. Mówiące mi: Gradowa, ale jesteś fajna, jak fajnie piszesz, to co robisz jest fajne! W tym samym czasie zdecydowałam się na odważne zmiany w swoim życiu, bo wiedziałam, że obecna sytuacja mnie nie satysfakcjonuje. Mówili mi: wow, zazdroszczę Ci odwagi, super, że nie boisz się podjąć ryzyka! Przy okazji traciłam też na wadze, co stało się zauważalne dla innych. Mówili mi: Tak trzymaj Gradowa! Świetnie wyglądasz! Stałam się lepszą wersją siebie. Inspiracją. Tak jak chciałam. I co?

Zrobiłam sabotaż.

Na sobie. Bo przecież, to nie moje życie! To nie jestem ja! Taka nowa? Taka inna? Taka fajna? Taka świadoma? Taka wiedząca czego chce i próbująca żyć życiem, o którym marzyła? Nieeeee…. Gradowa weź się ogarnij! To nie Ty! Ja Ci pokażę, jak powinno wyglądać Twoje życie. Życie beznadziejnej, nieogarniętej 30-latki:

Przede wszystkim, chyba zapomniałaś jak smakuje czekolada! Pierdol swoje zasady i olej dobre nawyki. To nie w Twoim stylu. Słodycze poprawią Ci humor. Poza tym smakują tak dobrze. Poza tym, dajże spokój! Patrz jak Ty schudłaś! Nie za dobrze wyglądasz? W głowie Ci się poprzewraca z tego. Nie możemy do tego dopuścić. No zjedz sobie to ciacho, wafelka i czekoladkę. Przecież Ty już taka jesteś! Nadprogramowa. Nie możesz tego zepsuć jakimś tam zdrowym odżywianiem i siłownią. Pfff! SIŁOWNIA!? Haha. Ty i siłownia!? Weź… Idź ze dwa razy w tygodniu, bo w sumie karnet kupiłaś, ale się tam za bardzo nie przykładaj, bo to tak bardzo nie w Twoim stylu. Być fit. Pffft!

Musisz znaleźć nową pracę. Tak ja wiem, że miałaś na początku spore oczekiwania, bo wydawało Ci się, że jesteś coś warta, że masz doświadczenie i umiejętności i na pewno jesteś lepsza niż 200 innych osób aplikujących na to samo stanowisko. Ale sama się przekonałaś po pierwszej porażce, że chyba nie do końca taka świetna jesteś. Nie chcieli Cię, bo beznadziejna jesteś. Weź Ty spojrzyj prawdzie w oczy i lepiej zaniż swoje oczekiwania. Próbować możesz, ale nie spodziewaj się za wiele. W najgorszym wypadku możesz znów zostać kelnerką. Ważne żeby kasa była. Tylko mamie nie mów, gdyby pytała, bo siara. Powie, że sobie życie zmarnowałaś.

Olej bloga. Myślisz, że komuś różnicę zrobi czy będziesz pisać czy nie? Poza tym, tyle tych blogerów już jest, że nie masz szans się wybić. Lepiej odpuść. Są lepsi. Fajniejsi. A te pozytywne komentarze, to pewnie przypadek jakiś. Chwilowe szczęście, że kilka razy napisałaś fajny tekst. Też sobie wymyśliłaś – bloga. Pff… Żeby pisać bloga, trzeba być kimś! KIMŚ. A Ty kim jesteś? Nikim Gradowa, nikim!

Lenistwo jest fajne. Spanie jest fajne. Oglądanie seriali jest fajne.

Przyjaciół nie masz, nie miałaś i nigdy mieć nie będziesz. Pogódź się z tym. Ten chwilowy epizod, gdy nagle ludzie chcieli z Tobą gadać i się spotykać, to przejściowe. Kto by Cię chciał mieć za przyjaciółkę? Jesteś nudna i smutna. Słaba i niezrównoważona emocjonalnie. Poza tym, kto by tam słuchał o Twoich problemach i zmartwieniach? Daj spokój. Zostaw to dla siebie. Dla nas. Poużalamy się nad sobą w domowym zaciszu. Będziemy unikać ludzi. Tak będzie lepiej dla wszystkich.

Jest mi wstyd.

To dlatego na blogu był taki zastój. Bo co ja miałam wam napisać? Że mam doła? Że straciłam wiarę w siebie? Że nie widzę swojej przyszłości? Że nie umiem się ogarnąć, pozbierać, iść na przód? Że oddałam kontrolę nad swoim życiem, czynnikom i okolicznościom zewnętrznym? Że za każdym razem, gdy dostaję odmownego maila dotyczącego stanowiska, na które aplikowałam, to chce mi się płakać? Że jak czytam ogłoszenia o pracę i wymagania w nich zawarte, to czuję się beznadziejna i nic nie warta?

Ja na prawdę nie chcę taka być. Nie chcę się nad sobą użalać ani rozczulać. Cholernie tego w sobie nie lubię. Jednocześnie zupełnie nie rozumiem dlaczego i skąd to się u mnie wzięło?! Czy to syndrom osoby, która wygrała w totka i w ciągu niecałego roku staje się na powrót biedakiem, bo nie potrafiła się wpasować w nową rzeczywistość i wieść lepszego życia? Czy to właśnie dlatego, gdy ja stałam się szczęśliwa i zadowolona, zaczęłam to sabotować, bo taki obraz był wbrew schematowi, który wypracowałam w sobie przez lata?

Nigdy nie chciałam stać się jak moja mama, a w rezultacie idę w jej ślady, robiąc się zgorzkniałą, samotną i niepewną siebie osobą. Odcięłam się od mamy, by nie słuchać jej krytyki, po czym sama siebie zaczęłam krytykować i sabotażować każdy swój czyn.

Jest mi wstyd.

Wstyd mi, bo uznałam, że życie przeciętniaka jest wygodniejsze i prostsze. Że łatwiej jest poużalać się nad sobą, zwalić winę na innych, podążać utartymi schematami, niż wytrwać na nowej ścieżce i osiągnąć w życiu coś więcej. Łatwiej jest być starą wersją siebie, niż odgruzować ukryte talenty i predyspozycje. Łatwiej jest znielubić siebie i przyjąć bierną postawę ofiary losu, niż stać KIMŚ, udowadniając sobie i innym, że można i że warto. Ale czy w życiu na prawdę chodzi o to, żeby było łatwo?

Dorosłość nie jest prosta. Nieustanne podejmowanie decyzji dotyczących naszego życia potrafi być wyczerpujące zwłaszcza, gdy nie mamy pewności, co nas czeka za rogiem. Mnie ta dorosłość nagle przychodzi z trudem. Ta mała dziewczynka drzemiąca we mnie, znów nieśmiale macha do mnie rączką, a ja zamiast prowadzić ją przez życie, usiadłam koło niej i pielęgnuję tą jej bezradność.

Jest mi wstyd.

mam doła

Znowu mam doła, czyli sezonowa mini depresja

Nie pamiętam kiedy ostatni raz utraciłam w sobie resztki wiary. W sumie to chyba nigdy tak źle się nie czułam. I nikogo za ten stan rzeczy oczywiście nie obwiniam poza sobą. Jesteś sobie sama winna Gradowa. Sorry.

Autodestrukcyjne myśli.

Nie umiem ich opanować! Nie umiem ich powstrzymać. One się kurwa pojawiają w moim łbie I po prostu nie dają mi żyć!

To Twoja wina.

Zasłużyłaś sobie na to.

Karma.

Durna Ty.

No i co? Matka miała rację, że do niczego się nie nadajesz.

Nie wróżę Ci świetlanej przyszłości.

Jesteś beznadziejna.

Przeciętna.

Dobrze Ci tak.

Muszę.

Nie umiem dostrzec ani jednej pozytywnej rzeczy w moim życiu na chwilę obecną. Nic nie sprawia mi radości ani przyjemności. Wszystko wykonuję automatycznie, a chwile spędzone z innymi puszczam w niepamięć w momencie powrotu do domu lub nastania poniedziałku. Działam na autopilocie z wciśniętym guzikiem ‘muszę’.

Muszę rano wstać, muszę umyć zęby, muszę zjeść śniadanie, a potem przez cały dzień muszę ogarniać bałagan w moim życiu na resztkach sił i z udawaną szczęśliwością. Kompletny brak wiary. Każde kolejne niepowodzenie podcina mi skrzydła.

Zaczynam się bać.

Boję się, że któregoś dnia przestanę walczyć. Upadnę i się nie podniosę. Boję się, że nie dam rady, ze nie podołam. Boję się przyszłości. Z każdym dniem I tygodniem przestaję w nią wierzyć. Boję się, że nic tam za rogiem na mnie nie czeka. Że ja już wszystkie swoje życiowe szanse wykorzystałam.

Niech mi ktoś teraz kurwa powie “weź się w garść” albo “będzie dobrze” to dosłownie nie ręczę za siebie!

NIE MAM SIŁY! Po prostu nie mam kurwa siły. Mam doła jak stąd do końca świata. I nie, to wcale nie przez pogodę, brak witaminy D czy niedobór czekolady. NIE. Po prostu wszystko się pojebało, a ja już nie wiem od czego zacząć naprawę. Nie chcę mi się! To nie jest takie “nie chce mi się” z lenistwa. To jest takie “nie chce mi się, bo po co?”

Mam doła

Mam doła. Mega. I szczerze mam nadzieję, że to TYLKO przejściowy dół. Bo generalnie mieszanina doła, wstydu oraz strachu, nie brzmi obiecująco.

Dear diary… czyli wpis o niczym

gradowa.pl

Siedzę w piątek wieczorem sama w domu z kubkiem gorącej herbaty Teapigs Earl Grey i kotem na kolanach. W tle śpiewa Anna Maria Jopek. Zapaliłam sobie świeczkę z The White Company o zapachu Mulled Wine, która czekała na specjalną okazję. Uznałam jednak, że dziś jest wystarczająco wyjątkowo w swojej nijakości. Chciałabym napisać coś, cokolwiek, jakkolwiek, ale w głowie mam niesamowity chaos nicości.

 

Jestem w takim momencie swojego życia, w którym absolutnie WSZYSTKO jest jedną wielką niewiadomą. Jedyne co jest pewne, to że dziś pójdę spać a rano postanowię się obudzić i wstać z łóżka którąś nogą. Zjeść śniadanie, pójść na siłownię, wziąć prysznic, wypić kawę. Po czym znów zasiądę przed swoim laptopem i znów pojawi się ten paniczny strach i pytanie “co dalej?”.

Czeka mnie przeprowadzka, choć jeszcze nie wiem gdzie.

Czeka mnie podjęcie nowej pracy, choć jeszcze nie wiem kiedy i za ile.

Czeka mnie samotność i nie wiem na jak długo.

Boję się. Cieszę się. Smucę się. Boję się. Chcę. Nie chcę. Muszę. Powinnam. Chcę.

Myślę o tym, ile mam lat i czy ma to jakiekolwiek znaczenie. Zastanawiam się, czy minione 3 lata zmarnowałam, czy może coś/kogoś zyskałam. Siebie. Ją. Jego. Mnie.

Zastanawiam się nad tym, jak miłość jest niesprawiedliwa i że swojego serca nie można nastawić jak zegarka. A szkoda.

Myślę o swoich wyborach, zastanawiając się, czy dobrze robię, choć w środku czuję, że to jedyne słuszne wyjście i choć teraz jest ciężko i niepewnie, to w przyszłości podziękuję sobie za swoje decyzje. Albo i nie.

Ja chciałam żeby było dobrze, żeby mnie ktoś przytulił, żeby pogadał, pośmiał się ze mną, żeby wyszedł ze mną na spacer i podzielił tęsknotę za psem. Żeby zrozumiał, że ja lubię książki i poczucie bezpieczeństwa, że właściwie to nic więcej od życia nie chcę, tylko psa, książkę i przyjaciela.

Próbuję przypomnieć sobie kiedy ostatni raz byłam taka na prawdę szczęśliwa i zadowolona. Zdarzyło mi się kilka razy w ciągu ostatnich lat, ale to było ulotne. Generalnie zawsze czułam, że czegoś mi brakuje, że coś jest nie tak, jak być powinno. Czułam jakąś taką pustkę. Wydawało mi się, że coś kiedyś mi umknęło i to COŚ nie pozwala mi już być szczęśliwą. Czym jest szczęście? Jak je zmierzyć? Czy jest nam dane, czy musimy za nim gonić? Czy jest na stałe czy tylko na chwile?

Chciałabym znaleźć swoje miejsce.

Po raz pierwszy czuję, że moim domem nie jest miejsce w swojej fizycznej postaci. Moim miejscem jest osoba. Ta właściwa, ta wybrana, ta pokochana.

Chwilowo jestem bezdomna.

Chwilowo.

O zaczynaniu od nowa. Znowu.

Wydaje wam się, że życie na emigracji jest łatwe? Oświecę was. Nie jest. Zwłaszcza jeśli wyjeżdzasz, by od czegoś uciec. By zacząć od nowa. Jest ciężko. Kurewsko ciężko, bo chcąc nie chcąc stoisz rozkrokiem pomiędzy swoimi dawnym życiem w Polsce, a tym nowym w innym kraju.

Gdy przyjeżdzam do Polski, każdy się mnie pyta: Kiedy wracasz? A ja nie wiem co odpowiedzieć, bo nie wiem czego dotyczy pytanie. Wracam w jakim sensie? Kiedy wracam do Londynu, bo w Polsce jestem tylko w odwiedziny, czy kiedy wracam do Polski, w sensie wracam do ojczyzny i mojego dawnego życia?

Gdzie jest to moje życie teraz?

Nie wiem.

A tak w ogóle… to co właściwie jest wyznacznikiem tego, że ja będę wiedziała, gdzie jest mój dom?

Czy jest nim mieszkanie, które urządzę po swojemu malując ściany na mój ulubiony kolor i wieszając obrazki, bez obawy, że zostanie dziura, za którą potrącą mi z kaucji? Czy jest nim praca, która daje mi pieniądze i poczucie stabilności? Czy jest nim osoba, przy której wiem, że nie ważne gdzie ważne że z nim?

Home is wherever I’m with you.

Dzisiaj zostawiam nic i wracam do niczego. Bo jakoś tak wyszło, że nie wyszło. Zaczynam od nowa. Znowu, kurwa. Znowu! Czy płaczę? Nie. Chociaż… no dobra… troszkę płakałam. No dobra nie troszkę. Wylałam kurwa morze łez. Ryczałam tak, że chusteczek nie starczało, a oddechu złapać nie mogłam. Wiecie co jest najgorsze w płaczu? Że musisz płakać po cichu. Że płaczesz z bezsilności i poczucia niesprawiedliwości, ale zachowujesz pozory i zawołana na obiad, schodzisz na dół jak gdyby nigdy nic. Uśmiechasz się, żartujesz, rozmawiasz, a w środku wszystko się kotłuje. I już nawet nie chcesz pytań w stylu: ‘co się stało?’, bo i tak odpowiesz, że ‘nic’. Bo myślisz sobie, ale kto mnie zrozumie? Kto zrozumie, że ja ZNOWU zaczynam od początku? Od nowa. Że zostawiam, że odchodzę, że idę dalej. No kto??? Jak wytłumaczyć, że to dla lepszego jutra? No jak???

Because I still haven’t found what I’m looking for.

W sumie, to ja się zmian nie boję. Lubię zmiany. Cieszę się na zmiany! Chociaż… może jednak nie do końca tak jest. Boję się! Kurewsko się boję, bo przecież ja znowu od początku muszę stworzyć swój świat. Udowodnić innym, że jestem coś warta. Co tam innym! Ja sobie muszę to udowodnić! Przekonać siebie po raz kolejny, że dam kurwa radę! Że zaczynanie od nowa, nie jest porażką, tylko odwagą! Bo nie zgadzam się na bylejakość w moim życiu. Bo chcę czegoś więcej. Bo wciąż nie znalazłam tego, czego w życiu szukam. To, co jest dla mnie ważne, wciąż jest gdzieś tam za mgłą i ja muszę się przez tą smugę przedostać. Ile mi to zajmie? Nie wiem! Czy warto? Myślę, że tak. Do tej pory nie żałowałam żadnej swojej decyzji. Każda z nich była trudna i wywoływała zdziwienie osób trzecich. Ale to zdziwienie wynikało raczej z podziwu, że jednak stać mnie na to, by powiedzieć dość, by odważyć się przyznać, że to znowu nie to. Że chcę szukać dalej pomimo, że nie wiem, co tam za rogiem na mnie czeka. Może nic? A może coś na tyle niesamowitego, że w jednej chwili poczuję ulgę i z uśmiechem powiem do siebie: ‘udało się!’ ?

Czemu chcę sobie wywrócić życie do góry nogami? Życie, które z pozoru wygląda na dobre i poukładane?

Bo dla mnie ‘dobre’ życie to za mało. Nie raz pisałam, że ja chcę ŻYĆ, a nie tylko istnieć. ŻYĆ. Chcę przeżywać. Czuć. Odczuwać. Emocje. Radość. Ból. Miłość. Śmiech przez łzy. Naiwność. Głupotę. Szaleństwo.

Zwariowałaś!?

No i co z tego? 🙂

Dam radę !!! A jak nie dam? Dam !!!
A jak się przewrócę? To się podniosę!
A jak się nie podniosę? To sobie poleżę!
A potem? A potem wstanę i pójdę dalej!

(Afirmacja by Jacek Walkiewicz)

Czy czuję się staro?

Czy czujesz się staro?

Ale co to właściwie znaczy? Że mam świadomość swojego wieku? Że zauważam zmiany na swojej twarzy w postaci nowych zmarszczek? Że poznając nowych ludzi, okazuje się za każdym razem, że to ja jestem najstarsza z nich? Że mówiąc ile mam lat, każdy się dziwi, że nie mam jeszcze męża i dziecka? Czy może to, że zamiast iść na imprezę do klubu wolę spędzić czas w domu lub pójść do kina?

Mój wiek to taki, w którym koleżanki wychodzą za mąż i rodzą dzieci. Ale to też taki, w którym niektóre z nich mają już drugie dziecko. Ty czujesz się jakby w tyle, bo każdy daje sobie prawo do tego, by zadawać Ci to idiotyczne pytanie “a Ty kiedy ślub/dzieci?”. Czasami czuję się w tym wszystkim mądrzejsza, bo omijają mnie nie tylko chrzciny i wesela, ale także rozwody i podziały majątków. To można zaliczyć poniekąd do sukcesów.

Niezmiennie jednak czuję presję OKREŚLENIA SIĘ. Już pomijając związki i macierzyństwo, ale wyznaczenie sobie tzw. ścieżki kariery. Jeśli na studiach powiesz, że nie wiesz jeszcze co będziesz robić, lub chwycisz się pierwszej lepszej pracy, w której Cię zechcą to jest spoko, ale po 30tce to już nie wypada. Bo lepiej być korpo szczurem lub niewolnikiem swojego biznesu, niż “poszukującą” panią swojego czasu.

Wiecie kiedy było mi dobrze? Kiedy czułam się względnie zadowolona i nie myślałam o przyszłości, wciąż patrząc z nadzieją na nadchodzące jutro? Gdy pracowałam jako kelnerka zaraz po przyjeździe do UK. Czułam się przede wszystkim wolna – nie musiałam się przywiązywać do pracy, bo przecież kelnerowanie to nie było jakimś szczytem moich marzeń. Miałam regularny kontakt z ludźmi, którzy na bieżąco dawali mi swój feedback, a zadowolenie klienta było dla mnie ważniejsze niż humory i rozkazy szefowej. Po prostu wrzuciłam na luz i wsłuchiwałam się w siebie.

[su_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=lRZAkms_giQ” width=”300″ height=”200″]

Wiecie kiedy to się schrzaniło? Kiedy olałam siebie i postanowiłam podążać wyznaczoną przez społeczeństwo ścieżką. Bo tak trzeba, wypada, bo lata lecą i coś trzeba ze swoim życiem zrobić. Niewiele się zastanawiając a przede wszystkim nie słuchając siebie, rzuciłam to w cholerę, by wieść stabilne życie.

I co teraz? Jest stabilnie. Nudno.

Nie mówię, że żałuję, że nie jestem wciąż kelnerką. Żałuję tylko, że pewne decyzje podjęłam zbyt pochopnie.

Czy czuję się staro?

Czuję się staro, bo pomimo swojego wieku, ja wciąż nie wiem co zrobić ze swoim życiem. Czuję się staro, bo choć intuicja mi coś podpowiada, ja boję się jej słuchać. Czuję się staro, bo choć czuję, że czegoś mi w życiu brakuje, ja wybieram wygodę. Czuję się staro, bo wydaje mi się, że w życiu chodzi o to, by nie odczuwać bólu, a tym samym tylko istnieć. Czuję się staro, bo wolę słuchać głosu rozsądku niż serca…

gradowa.pl

O ucieczkach, które nie są rozwiązaniem

Często zdarza mi się wpadać w pułapkę swoich myśli. Rezultatem tego jest zwykle zaniedbywanie siebie i chęć schowania się przed światem. Tracę wtedy wenę, użalam się nad sobą i rozkminiam dlaczego jestem taka poryta. Gdy trochę się uspokoję, postanawiam inspirować się wykładami TEDx. Dzięki nim udaje mi się wyznaczyć jakieś cele na najbliższy czas, jednak natłok pomysłów na siebie i swoje życie sprawia, że moja głowa pęka od ilości informacji znalezionych online. I wtedy każdego dnia budzę się z listą muszę, chcę, powinnam. 

Narzucona na siebie presja doprowadza mnie do tego, że wściekam się na najmniejsze pierdoły. Potrafię wpaść w szał, bo kot zostawił ślady łap na stole, a mój ekspres do kawy zrobił za słabe latte. Wybucham wtedy niczym granat, a przez moje ciało naprzemiennie przepływają fale gorąca i chłodu. Sfrustrowana brakiem zrozumienia dla swoich własnych emocji i tego co się ze mną dzieje, zamykałam się w łazience, by się wypłakać i dać upust negatywnemu napięciu.

WTF is wrong with you!?

Nieustannie zadaję sobie pytanie: Co się ze mną dzieje? Dlaczego? Skąd ta ciągła frustracja i napięcie? Skąd ta potrzeba niszczenia wszystkiego co mam? Po co? Choć bardzo się staram, to wciąż nie umiem znaleźć odpowiedzi na te pytania. Mam taki mętlik w głowie, że w sumie każda odpowiedź generuje nowe pytanie. I tak w kółko.

W sumie najgorszy jest towarzyszący temu wszystkiemu wstyd i poczucie winy. Ta szpila, która mi przypomina o tym jak bardzo nieidealna jestem i jak bardzo nigdy nie będę. Wstyd, że mam takie huśtawki nastrojów, z którymi nie umiem sobie poradzić. Wstyd za wybuchy gniewu, które niszczą wszystko niczym Tsunami. Wstyd za płacz bezradności, który wcale nie przynosi ulgi, tylko przytłacza mnie kolejnym gruzem własnych emocji.

Ucieczki i powroty

Niestety takie było zawsze moje rozwiązanie na wszystkie trudności. Ucieczka. Gdy nie wiedziałam jak stawić czoła problemom, wolałam uciec. Poniekąd w związku z tym poczuciem wstydu za swoje emocje. Ponieważ nie umiałam otwarcie przyznać się do swoich słabości czy porażek, wolałam nałożyć maskę nieomylnej i odejść z podniesionym czołem. Z błędnym przekonaniem, że skoro to ja odchodzę, jestem w lepszej pozycji. Wygranej.

Tak też było z moją terapią.

Pierwszy raz u psychologa pojawiłam się jakoś w czasach studiów, kiedy to nie mogłam sobie poradzić z emocjonalnym rollercosterem jaki fundował mi ówczesny chłopak. Po jakimś czasie przerwałam sesje, gdy usłyszałam coś, co nie pasowało mi do tego, co naprawdę czułam. Na nowo podjęłam się terapii już z nową terapeutką po jakiś dwóch latach, bo nie umiałam się wyrwać z toksycznego związku, który de facto sama zakończyłam, a do którego wracałam wciąż i wciąż, oszukiwana przez serce, które nie chciało słuchać głosu rozsądku. Gdy jakoś się poukładałam, rzuciłam terapię, bo nie chciałam dłużej czuć, że coś ze mną nie tak. Niestety, po pół roku musiałam wrócić, jeszcze bardziej poturbowana. Co gorsza większość pracy, którą włożyłam we wcześniejsze sesje (nie licząc kasy) poszła w zasadzie na marne. Tym razem wytrzymałam niecałe 6 miesięcy, gdy pewne zdarzenie w moim życiu kazało powiedzieć mi DOŚĆ.

Wyjechałam wtedy do Anglii, uciekając od swojego życia w Polsce. Zdeterminowana i pełna wiary w nowe, lepsze życie, dawałam sobie nieźle radę. Choć demony przeszłości wciąż mnie prześladowały, a bieżące problemy momentami przerastały, ja zamiatałam to pod dywan, uznając, że nie warto się tym przejmować. Moja psychika wytrzymała to dzielnie 2 lata. Po tym czasie na nowo zaczęły się moje problemy z emocjami. Patrząc na mnie z boku, można by rzec, że byłam bliska depresji. Byłam wciąż smutna i zrezygnowana. Chwile szczęścia nie rekompensowały mi poczucia beznadziejności. Schowałam swoją dumę do kieszeni i napisałam do mojej pani psycholog. Byłam na prawdę zdesperowana. I co? Wytrwałam niecałe 8 miesięcy. Znalazłam sobie jakąś wymówkę, dlaczego nie mogę kontynuować terapii. Postanowiłam, że “wezmę się za siebie”, będę czytać książki, poza tym się przeprowadzam, więc dam sobie sama radę.

Niestety nie daję sobie rady…

Moje huśtawki nastrojów, mój płacz, mój gniew, moje niszczycielskie myśli oraz sny, które zaburzają mi poczucie rzeczywistości, skutecznie uniemożliwiają mi jakikolwiek rozwój swojej osoby. Czasami wydaje mi się, że oszukuję sama siebie. A tak na prawdę, ja przestałam siebie rozumieć. Przestałam rozumieć swoje życie i zaczynam się coraz częściej zastanawiać, do czego to wszystko zmierza i jaki ma cel. Gdzie jest początek, a gdzie jest koniec. Desperacko chwytam się jakiś rozwiązań na półgwizdka, które w rezultacie do niczego nie prowadzą. To wszystko stało się dla mnie niewiarygodnie trudne

Co dalej?

Mam poczucie, że trochę was oszukałam. Chciałam wam pokazać jakie to życie może być spoko, a sama coraz częściej w to nie wierzę. To znaczy ja wiem, że może być na prawdę nieźle, tylko ja nie umiem się zebrać do kupy i to, co udaje mi się poskładać i jakoś pozmieniać na lepsze, rozsypuje się w drobny mak zaraz po tym, jak przychodzą moje napady złości, płaczu i frustracji. Wtedy sama czuję się oszukana, bezradna i pogubiona.

Wydaje mi się, że do samego blogowania podeszłam w nieodpowiedni sposób. Podobno w blogosferze najbardziej liczy się autentyczność, a ja czuję, że tą autentyczność straciłam, poprzez kreowanie się na zawsze szczęśliwą i uśmiechniętą blogerkę. Założeniem było inspirowanie do pozytywnego życia i optymizmu na codzień. Niestety, nim sama nie odgruzuje się ze swoich problemów, niezrozumianych emocji oraz frustracji, ciężko mi będzie prowadzić mojego bloga w przekonaniem, że gradowa to gradowa, a nie jakaś nieznana mi osoba, którą próbuję być.

I nie zrozumcie mnie źle. Ja wciąż chcę pisać o tym, że poranki są spoko, jesień też, a introwertyzm to zaleta. Wciąż chcę się dzielić moimi wrażeniami z filmów i seriali. Ale chcę także, abyście jako moi czytelnicy byli świadomi, że chcę pokazać cząstkę siebie, która jest nieidealna, słaba i czasami nieszczęśliwa. Tego rodzaju wpisy chcę przede wszystkim kierować do osób, które mają podobne odczucia, ale udają  na co dzień kogoś innego, żyjąc w przekonaniu, że tylko z nimi jest coś nie tak. Ja sama najczęściej i najchętniej czytam blogi, w których autor opisuje swoje przeżycia i przemyślenia, uzewnętrznia zakamarki swojej duszy i udowadnia, że jest jedną z miliona osób, które dotykają podobne problemy. Nie inspirują mnie ogólnikowe wpisy “Jak żyć.. jak zrobić… jak myśleć”. Zdecydowanie bardziej przemawiają do mnie artykuły, które opisują jak autor poradził sobie z tym czy z tamtym lub co myśli o tym czy tamtym. W ten sposób nie mam poczucia, że coś muszę lub powinnam zrobić, by być cool. Inspiruję się tym, co mi odpowiada i biorę przykład z autora, gdy jego przeżycia i doświadczenia są mi bliskie.

Tak na koniec dla jasności. Nie szukam współczucia czy pocieszenia. Ja chcę być w końcu kurwa sobą! Mam dość udawania, ukrywania swoich słabości i porażek oraz wiecznego kultywowania zajebistości. Chcę mieć poczucie normalności, że pomiędzy fajnymi weekendami są tygodnie przeciętne, żeby nie powiedzieć, beznadziejne, a posiadanie zrytej bani nie skreśla mnie z listy osób fajnych i lubianych.