Kobieca sinusoida

Chwilowo czuję się umysłowo lekko upośledzona. Mam spowolnioną reakcję na bodźce z zewnątrz, a odporność na stres jest znikoma. Zapytana o coś, patrzę się tępo, poszukując szarych komórek pracujących, by w efekcie odpowiedzieć ‘Co?’. Jestem bliska płaczu, gdy sprzęty wszelakie odmawiają posłuszeństwa. Nie mam się w co ubrać, bo przecież we wszystkim wyglądam grubo. Mam ochotę walnąć focha na wieczne nigdy, gdy ktoś nie odpisze mi na wiadomość w ciągu 2 minut. Ponadto budzi się we mnie hejt do świata i ludzi, czyli skłonności konfliktowe. Tylko dystans i dojrzałość ratują mnie z tej opresji.

Dojrzałość oraz świadomość. Świadomość tego w której fazie cyklu obecnie się znajduje. W TEJ fazie, kiedy wszystko jest lekkim wkurwem i wielką rozpaczą. Ale spokojnie, to tylko hormony. Zrozumienie jak funkcjonuje mój organizm na 28-dniowej osi czasu, pozwoliło mi w pełni zaakceptować swoją kobiecą naturę. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że miesiąc podzielony jest na 5 faz.

#1

Sam okres jest tak na prawdę ulgą. Ok trochę bolesną i niekomfortową, ale jednak ulgą. Jestem w sumie szczęściarą, bo wszystko trwa u mnie zaledwie 3-4 dni. Osobiście uważam, że dzień pierwszy powinien być dniem wolnym od pracy lub przynajmniej z możliwością pracy z domu, w domowych pieleszach. Wcale nie chce mi się wtedy czekolady. Chce mi się ibupromu i snu.

#2

Następnie przychodzi 2 dniowe osłabienie. Traktuję się wtedy słodyczami (w nadmiarze) lub kawą, ale to niespecjalnie pomaga, tak samo jak nie działa walenie pilotem od TV w podłogę, gdy oczywistym jest, że trzeba po prostu wymienić baterie. W dalszym ciągu sen jest moim najlepszym przyjacielem. Sen poprzedzony kieliszkiem wina. Lub dwoma.

#3

Owulacja kojarzy mi się z rozkwitem kwiatu, który w swym pełnym kształcie jest gotowy do zapylenia. Dosłownie! Haha. Nie narzekam na swoje odbicie w lustrze. W tym czasie moja cera promienieje, oczy błyszczą. Nie będę ukrywać – jestem wyjątkowo w tym okresie wrażliwa na męskość. Męski zapach perfum potrafi mnie rozkojarzyć, a wyobrażnia podsuwa wtedy kosmate myśli. Matka natura dobrze to sobie wykombinowała.

#4

W tej fazie lubię siebie najbardziej. Jestem wtedy w pełni sobą. Odważna, wyluzowana, uśmiechnięta, przebojowa, waleczna, kobieca, pozytywna. Lubię siebie, lubię ludzi, lubię świat. Jest po prostu normalnie. Stabilnie. Nie jestem rozemocjonowana. Jestem racjonalna. Chce mi się chcieć. Obcy jest mi hejt. Tak jakby matka natura pomagała mi znaleźć partnera w rozważny sposób.

#5

Zamknięcie cyklu czyli we wstępie opisany PMS. Trochę wkurwu, trochę łez. Paradoksalnie wcale nie chce mi się być wtedy suką. Chce mi się przytulać i chce by do mnie nie gadać. Jeśli płaczę, nie pytaj dlaczego, bo odpowiem Ci wtedy, że BO TAK!

Jak się zmotywowałam do ćwiczeń

Słyszeliście, co mówią o endorfinach? Poprawiają humor i dodają energii. Jeszcze kiedyś zazdrościłam wszystkim ćwiczącym, że pomimo wylewania siódmych potów na siłowni, uśmiech nie schodzi im z twarzy, a siłą i witalnością wręcz promieniują. Dziś sama jestem taką osobą. Uzależnioną od fitnessu!

[su_pullquote]I just don’t think that Brooke could’ve done this. Exercise gives you endorphins. Endorphins make you happy. Happy people just don’t shoot their husbands, they just don’t. /Legally Blonde/[/su_pullquote]

Nie od razu tak było. Byłam typowym osobnikiem ze słomianym zapałem do wielkich zmian wraz z poniedziałkiem, pierwszym dniem miesiąca, od jutra, od Nowego Roku. Ćwiczyłam w domu, biegałam, jeździłam na rowerze. Niestety za każdym razem poddawałam się, uznając, że ja po prostu się do tego nie nadaję, że bez sensu, że po co mi ten pot, że to takie trudne, że ała, że cholera jasna idź mi z tą Chodakowską, chcę czekolady.

Tym razem jest inaczej, bo zmieniłam całkowicie swoje podejście do ćwiczeń i odchudzania. Metodą prób i błędów wypracowałam sobie idealnie pasujący mi harmonogram i teraz wręcz doczekać się nie mogę każdych zajęć. Wszystko zaczęło się od tego, gdy uświadomiłam sobie, że Lata lecą, dupa rośnie 😉

Jak się zmotywowałam do ćwiczeń?

KUPIŁAM KARNET NA SIŁOWNIĘ

Nigdy wcześniej nie miałam karnetu na siłownię. Po prostu samo słowo “siłownia” źle mi się kojarzyło – karki, koksy, półnagie barbie i takie tam wstydy. Dlatego uznawałam, że lepiej ćwiczyć w domu z Youtubem – za darmo, na miejscu, kiedy tylko mi się chcę. No właśnie. Kiedy tylko mi się chcę – czyli jeśli akurat mi się nie chcę, to moge odpuścić, bo przecież z nikim nie umawiałam się na żadną godzinę, nie rezerwowałam miejsca, nie przepadnie mi kasa. Wykupienie karnetu na siłownię, za który płacę prawie £70 za miesiąc, mobilizuje, by jednak z tego korzystać. Bo szkoda kasy. Dlatego warto. Wybrałam klub, który jest blisko mojego domu (5 minut rowerem) i w którym dobrze się czuję – nie jest obskórny, chodzą do niego cywilizowani ludzie, wszystko mam w jednym miejscu (siłownia, zajęcia fitness, basen, sauna, kawiarnia, nawet fryzjer 😉

Już wiem, jak to jest poddać się, teraz chcę zobaczyć co się stanie, jeśli tego nie zrobię.

KUPIŁAM SOBIE FAJNE SPORTOWE CIUCHY I BUTY

Nie wiem jak wy, ale ja wychodząc do ludzi lubię dobrze wyglądać – to raz. Dwa – na siłowni ściany są w większości pokryte lustrami, w których przeglądam się cały czas (żeby sprawdzać, czy dobrze wykonuję ćwiczenie ofcoz), więc chcę lubić to swoje odbicie. Trzy – z nowymi ciuchami tak mam, że jak kupię sobie coś fajnego, chcę to natychmiast na siebie założyć i się pokazać. To jest mój trik, gdy potrzebuję kopniaka motywującego – kupuję sobie nowy T-shirt, spodnie lub buty i zaraz chce mi się iść niczym na wybieg 🙂 Niektórzy kupienie nowego ciuchu na fitness traktują jako nagrodę, na mnie to nie działa.

PRZESTAŁAM SIĘ ODCHUDZAĆ

Oczywiście moim celem w dalszym ciągu jest zrzucenie kiligramów, ale nie skupiam się obsesyjnie tylko na tym. Dzięki czemu łatwiej mi wsłuchać się w swoje ciało, a co najważniejsze – współpracuję z nim zamiast walczyć. Korzyść z tego jest też taka, że jak czuję, że chce mi się czekolady, białego chleba czy lazanii to po prostu to sobie zjem i nie robię z tego powodu problemu. Zaletą regularnych ćwiczeń jest to, że po jakimś czasie już nie masz ochoty na te małe grzeszki, a poza tym nawet jeśli zafunduję sobie cheat day, wiem, że następnego dnia wypocę się na siłowni.

ZAAKCEPTOWAŁAM SWOJE CIAŁO

Tak jest moi drodzy, zaakceptowanie swojego ciała było dla mnie bardzo istotne, by podejść do ćwiczeń i odchudzania w pozytywny sposób. Po pierwsze, jak wspominałam już powyżej, takie podejście sprawia, że z ciałem współpracujesz, a nie walczysz, opiekujesz się nim zamiast stawiać mu wymagania, bierzesz na siebie odpowiedzialność za to, że to TY przez te wszystkie lata doprowadziłaś się do nadwagi, słabej kondycji, wiszących ramion. W zgodzie ze sobą podjęłam wyzwanie, by traktować swoje ciało jak partnera, któremu muszę pomóc powrócić do formy. Im bardziej mu pomogę, tym bardziej mi się ono odwdzięczy.

Body confidence does not come from trying to achieve the ‘perfect’ body. It comes from embracing the one you have already got.

PRZETESTOWAŁAM PROWADZĄCYCH I WYBRAŁAM TYCH, KTÓRYCH LUBIĘ

Pamiętam jak kiedyś próbowałam ćwiczyć z Chodakowską, bo taka moda była i w ogóle WOW jakie efekty można osiągnąć dzięki Skalpelowi. Więc się mobilizowałam i dla tych EFEKTÓW zmuszałam się codziennie do ćwiczeń. Ale poddawałam się, bo po prostu głos tej pani oraz brak jakichkolwiek emocji i potu na jej twarzy skutecznie mnie zniechęcał. Przerzuciłam się na Mel B i zaraz motywacja mi wzrosła. Podobnie zrobiłam z zajęciami fitness. Co z tego, że lubię jogę jeśli prowadzący jest kompletnie antypatyczny? Zostałam przy tych, z którymi czuję flow, a gdy krzykną You can do it!! na prawdę w to wierzę i z uśmiechem cisnę się bardziej.

WYBRAŁAM ZAJĘCIA, KTÓRE SPRAWIAJĄ MI PRZYJEMNOŚĆ

jak się zmotywować do ćwiczeń

Przetestowałam prowadzących i przetestowałam zajęcia dostępne w moim klubie. Z góry odrzuciłam wszelkie Zumby, Salsy czy inne taneczne formy aerobiku, bo wiem, że mnie to nie kręci, bo zamiast skupiać się na technice skupiam się na krokach. Tak już mam. Dlatego na chwilę obecną wybrałam Body Pump, Group Cycle, Jogę/Pilates, Aqua Aerobik oraz Step. Na każde zajęcia czekam z niecierpliwością i po każdych czuję, że na prawdę dałam z siebie wszystko.

NA POCZĄTKU JEST CIĘŻKO – ZAAKCEPTOWAŁAM TEN FAKT

Nie od razu Rzym zbudowano. Zaczęłam powoli i stopniowo, poznając siebie i swoje możliwości. Czasami przeginałam i moje ciało się buntowało, gdy z kanapowca chciałam nagle zrobić z siebie sportowca. Niektóre zajęcia sprawiały mi prawdziwą trudność, tak że dostawałam zadyszki, bólu brzucha i skurczy w mięśniach. Ale się nie poddawałam. Gdy tego potrzebowałam – spałam więcej, jadłam lepiej, odpoczywałam dłużej. Teraz zakwasy pojawiają się rzadziej, a z każdym tygodniem zwiększam intensywność lub obciążenie sztangi.

Yesterday I dared to struggle, today I dare to win.

OBSERWUJĘ JAK ZMIENIA SIĘ MOJE CIAŁO

Ważenie siebie to jedno, bo dzięki temu mogę zmierzyć efekty w dążeniu do celu. Sprawdzam wagę raz w tygodniu i zapisuję postępy. Ale oprócz tego, ważna jest dla mnie obserwacja skutków ubocznych w postaci: jędrnej skóry, zarysu mięśni na ramionach, braku zadyszki, gdy wchodzę po schodach u siebie w mieszkaniu, lepsza kondycja i ogólna siła w nogach, więcej energii, lepszy humor, satysfakcja, że z każdym tygodniem mogę na zajęciach dać z siebie więcej. W zasadzie to powinnam raczej powiedzieć, że zrzucanie wagi jest skutkiem ubocznym ćwiczeń, bo te wymienione powyżej to same korzyści!

Once you see results, it becomes an addiction.

Żałuję…

Podjęcie aktywności fizycznej jest elementem mojego ogarniania się w życiu. Wiecznie tylko narzekałam na swoje ciało. Biernie oczekiwałam spektakularnych zmian. Poddawałam się na początku drogi wraz z nastaniem trudności, po czym zawodziłam samą siebie. Moja pewność siebie w związku z tym spadała, no bo jak inaczej, skoro ja sama sobie nie umiem udowodnić, że jak coś postanowię to w tym wytrwam?

Przez ostatnie dwa miesiące udało mi się wykreować nową wizję swojej osoby i teraz z leniwca pospolitego jestem aktywną i pełną energii osobą, cieszącą się z każdego drobnego sukcesu. Opiekuję się moim ciałem, odnoszę się do niego z miłością, a nie nienawiścią. Kiedyś to wszystko wydawało mi się bujdą, dziś wiem, że to prawda.

Niezależnie od tego czy chcesz ćwiczyć, by schudnąć, nabrać kondycji lub po prostu ruszyć tyłek zza biurka, powiem jedno – warto! Jedyne czego ja żałuję, to że nie zaczęłam wcześniej. Ale tak to chyba zwykle bywa – gdy zaczyna nam się w czymś powodzić i okazuje się, że dajemy radę, żałujemy, że nie podjęliśmy ryzyka wcześniej.

Pomalowane paznokcie robią różnicę

Zawsze lubiłam oglądać programy o metamorfozach, gdzie kobiety zapuszczone, szare i nijakie po drobnym liftingu kosmetyczno-fryzjersko-ciuchowym stawały się na prawdę sexy laskami. Chodzi mi o babki, które zapomniały co to kobiecość, a ich ulubionym strojem były dresy i bluzy, najczęściej o dwa rozmiary większe niż one same. Miło zawsze było zobaczyć ich promienny uśmiech i radość przez łzy, gdy na koniec spoglądały w lustro. A wystarczyła drobna zmiana fryzury, odświeżenie garderoby i makijaż.

Generalnie łatwo odpuścić dbanie o siebie zwłaszcza, gdy pracujesz w domu, a Twój facet lubi cię taką jaką jesteś. Aczkolwiek zauważyłam pewną prawidłowość za każdym razem, gdy maznę paznokcie czerwonym lakierem, wydepiluję swoje zakamarki czy wygładzę się peelingiem. Wzrasta moje osobiste poczucie atrakcyjności. W sensie, że spoglądam na swoje stopy i sobie myślę “fajne są”, a dotykając nasmarowane balsamem gładkie łydki zaczynam świntuszyć.

Cholernie łatwo wpaść w pułapkę i odpuścić dbanie o siebie. Wymówek znajdzie się milion: nie ma czasu, nie ma kasy, nie ma dla kogo, nie ma sensu. Wszystkie są o kant dupy rozbić, bo czas się znajdzie – jeśli masz go na scrollowanie facebooka, to masz go na pomalowanie paznokci, poza tym możesz bezmyślnie przeglądać fejsa czekając, aż wyschnie lakier. Nie ma kasy? A kto Ci każe biegać co tydzień do kosmetyczki lub fundować sobie powiększanie ust. Jeśli chcesz wyglądać jak kaczka, zrób sobie selfie z dziubkiem. Nie ma dla kogo? A Ty to kto? Panna Nikt? Nie ma sensu? Jest i zaraz Ci wyjaśnię dlaczego.

Jak cię widzą, tak cię oceniają

Oceniamy ludzi na podstawie ich wyglądu i robimy to nieświadomie. Nie ma co do tego wątpliwości i nie warto się spinać i krzyczeć, że przecież ważne jest to, jakimi jesteśmy osobami. Ok spoko, zgadzam się, osobowość jest ważna, ale pierwsze wrażenie jest kluczem. Twój wygląd jest Twoją wizytówką, Twoją reklamą. Sposób w jaki się ubierzesz, wpłynie na to jak zostaniesz wysłuchana.

Wyobraź sobie taką sytuację. Jedziesz autobusem i nie do końca wiesz, na którym wysiąść przystanku. Pytasz więc gościa z brodą siedzącego obok Ciebie, który na pierwszy rzut oka nosi tą samą koszulkę od paru dni, a prysznic to może wziął przedwczoraj. Radzi Ci, aby wysiąść za dwa przystanki. Tymczasem facet stojący na przeciwko, ubrany w garnitur, ogolony i pachnący Old Spicem mówi, że następny przystanek jest Twój. Którego posłuchasz? Myślę, że znam odpowiedź.

To jak się ubierasz wpływa na to kim jesteś. Zmienia wartość tego co chcesz powiedzieć, a przynajmniej wpływa na odbiór Twoich słów przez osoby, które Cię słuchają. Jeśli chcesz, aby ludzie Cię słuchali, pamiętaj o jednym: ubierz się w przekaz.

To dotyczy także Ciebie.

Jeśli mijasz lustro i widzisz w nim swoje odbicie, a tam włosy z odrostami, zero makijażu, zarośnięte brwi, rozciągnięte dresy i t-shirt z plamą po kawie to soooorry, ale automatycznie myślisz o sobie źle. Chęci do wyjścia z domu: 0, pewność siebie: 0, sex appeal: -10. Jeśli chcesz spędzić swoje życie w takim marnym pierdzidołku to spoko, Twój wybór, ale po jakimś czasie, coś zacznie uwierać.

Niejedna blogerka pisała już o tym, że pracując w domu, przez długi czas siadały do kompa w piżamie. Szybko zmieniły ten nawyk, co pozytywnie wpłynęło na ich dzień. Sama kiedyś wysyłałam CVki w dresach i bez makijażu. Gdy się ogarnęłam, zmienił się styl mojego listu motywacyjnego i pracodawcy w końcu zaczęli się do mnie odzywać. Bo jak się widzisz, tak się piszesz! Zmienia się percepcja tego jak się postrzegasz i jak starasz się siebie sprzedać innym.

Jak dbać o siebie

CODZIENNIE

  • Noś czyste ciuchy, nawet w domu
  • Zakładaj ładną bieliznę, nawet jak masz okres. Pamiętam jak jedna z moich koleżanek mówiła, że ona zawsze nosi bieliznę w komplecie, bo gdyby coś się jej stało i mieli ją rozebrać, to wolałaby umrzeć, niż spalić się ze wstydu z powodu obrzydliwej bielizny 🙂
  • Nakładaj krem rano i wieczorem
  • Weź prysznic, w gorące dni nawet częściej
  • Myj zęby co najmniej dwa razy dziennie
  • Nawilżaj swoje ciało od zewnątrz i od wewnątrz (czyt. pij dużo wody)
  • Przemywaj twarz zimną wodą rano i wieczorem (pobudza krążenie i zamyka pory)
  • Używaj dezodorantu, najlepiej naturalnego, bez aluminium, który zapycha pory skóry
  • Zawsze zmywaj makijaż, nawet pijana po imprezie. Pamiętam czasy imprezowania co weekend i choćbym nie wiem w jakim stanie wróciła do domu, demakijaż zawsze robiłam, choć na drugi dzień nie pamiętałam:)
  • Ruszaj się. Osobiście zauważyłam, że odkąd zaczęłam regularnie ćwiczyć moje samopoczucie i poziom energii wzrósł
  • Gimnastykuj się rano – chociażby podczas szczotkowania zębów
  • Myj włosy – tu już według osobistych potrzeb, ale nawyk ten nie kwalifikuje się pod “co tydzień” zwłaszcza jeśli zdarzają Ci się Bad Hair Day
  • Zrób makijaż, nawet delikatny. Gdy nie chce mi się robić pełnego makijażu, to przynajmniej podmalowuje brwi i tuszuję zaczerwienienia na twarzy podkładem mineralnym.
  • Uśmiechaj się

CO TYDZIEŃ

  • Dbaj o swoje dłonie: regularnie rób manicure. Jeśli nie lubisz malować paznokci, to chociaż zadbaj by były czyste i ładnie spiłowane
  • Depiluj się, chyba że musisz to robić codziennie
  • Zrób peeling
  • Nałóż maseczkę, najlepiej domowej roboty, te sklepowe zawierają za dużo chemi i więcej szkodzą niż pomagają
  • Wymieniaj soczewki kontaktowe. Oczywiście niektóre są jednodniowe, niektóre dwutygodniowe. Chodzi o to by pamiętać o zmianie na nowe, o czym nie się zdarza zapominać i noszę swoje czasami ponad 3 tygodnie ;/
  • Reguluj brwi

CO MIESIĄC

  • Farbuj odrosty

CO 3 MIESIĄCE

  • Podcinaj końcówki
  • Zrób przegląd garderoby, zwłaszcza bielizny

Dbanie o siebie to nie jest jakiś tam przykry obowiązek czy odhaczenie zadania na liście. To nawyk, który każda z nas powinna wyrobić DLA SIEBIE SAMEJ. Nie dla innych ludzi, nie dla koleżanki z pracy czy naszego chłopa. DLA SIEBIE. Dlaczego? Bo na to zasługujemy. Bo jesteśmy tego warte.

gradowa.pl

Lata lecą, dupa rośnie

Dziś miałam chwilowe zamglenie. Zapomniałam ile mam lat! Formułując pytanie do Fisha: Hey, how old… mnie olśniło. Niewątpliwie jestem już na początku 4 dekady mojego życia. Dobrze, że Fish zawsze elegancko z takich sytuacji wychodzi, bo twierdzi, że on nie wie, ile ja mam lat. Dla niego zawsze mam tyle, na ile wyglądałam, gdy się poznaliśmy (czyli jakieś 25;)). I choć faktycznie nie czuje się na swoje lata, to jednak metryka nie kłamie, a co gorsza zwolniony metabolizm także nie…

Tak jest drogie Panie, po 30-tce metabolizm spada i niestety nadprogramowe kalorie odkładają się także w cyckach. I co tu zrobić, gdy na wadze codziennie przybywają niechciane kilogramy? Jesień jest spoko, bo można okryć się długaśnymi swetrami, które przykryją dupę i zakryją brzuszek, ale to nie zawsze tylko o wygląd chodzi.

Diety są do dupy

Nie nazwałabym siebie grubą. W zasadzie nigdy bym nikogo tak nie nazwała, bo uważam, że jest to bardzo obrażające określenie. Rzekłabym raczej: mam świadomość swojej nadwagi. Niestety nie jestem osobą, która byłaby w stanie wytrwać na jakiejkolwiek diecie. Wynika to głównie z mojej niecierpliwości i gdy efekty nie pojawiają się w miarę szybko, to się zniechęcam i znajduję milion racjonalnych powodów, dla których odchudzanie jest bez sensu. Takie podejście zwalnia mnie z myślenia, że odniosłam porażkę. Po prostu – diety są do dupy.

Kamufaż przestał działać

Przyszedł jednak taki moment, w którym trzeba zrobić rachunek sumienia i dojrzale podejść do kwestii odchudzania. Bo prawidłowa waga to nie tylko zgrabne ciałko. To przede wszystkim zdrowie. Nie mogę być wiecznie obojętna na to, że wejście po schodach w moim mieszkaniu przyprawie mnie o lekką zadyszkę (a stopni jest zaledwie 13!). Nie mogę lekceważyć faktu, że pobolewają mnie czasami kolana i plecy. Fakt, że dżinsy przestały być wygodne, zatuszowałam noszeniem leginsów, długich koszulek i luźnych swetrów. Kamuflaż opanowałam w stopniu expert. Ale to wszystko oszukiwanie samej siebie.

Motyw 1

Odkryłam ostatnio swoje zapiski i jeden z nich mówił: nim zajdę w ciążę, chcę schudnąć. Ten motyw ma w sobie dwa powody: po pierwsze boję się, że z mega nadwagą po ciąży będzie mi po prostu ciężko zajmować się dzieckiem. Po drugie, jako osoba wrażliwa, ze skłonnością do depresji, boję się, że zwisający po ciąży brzuszek i wielki tyłek sprawią, że moje macierzyństwo będzie zalane łzami i niechęcią do życia. Bynajmniej – nie tak wyobrażam sobie bycie szczęśliwą mamą.

Jojo

Problem polega na tym, że mój metabolizm jest mocno rozregulowany. Schudnę 3 kilo, przytyję 3,5. Znów schudnę, by waga wróciła do punktu wyjściowego, w tydzień po kupieniu sobie bluzki o rozmiar mniejszej. Naiwnie myślałam, że samo przejście na weganizm, stopi zalegający tłuszczyk. Choć początkowo trochę straciłam na wadze, jako że żywiłam się tylko warzywami i owocami z obawy przed zjedzieniem czegokolwiek odzwierzęcego, to niestety po przywróceniu do jadłospisu chleba, kaszy i ryżu waga wróciła na swoje miejsce.

Start with WHY

Podobno każdą dietę powinno zacząc się od określenia swojej motywacji, czyli DLACZEGO chcę schudnąć. Ja mam tych powodów sporo i może jak je wkońcu spiszę, będzie mi łatwiej osiągnąć cel. Większość moich motywów wynika z lęków:

  1. Chcę wyglądać młodo niezależnie od wieku
  2. Chcę być niezależna i sprawna, nawet w podeszłym wieku
  3. Chcę kiedyś pójść na plażę/basen i nie czuć się skrępowana w bikini
  4. Chcę mieć dobrą kondycję mając dziecko
  5. Chcę zawsze dobrze wychodzić na zdjęciach
  6. Chcę móc nosić szorty w lecie
  7. Chcę nosić sukienki w lecie bez obtartych ud
  8. Chcę, aby ciuchy w rozmiarze ‘uniwersalny’ na mnie pasowały (swoją drogą irytuje mnie taki rozmiar)
  9. Chcę przestać mieć obsesję na punkcie swojej wagi
  10. Chcę być zdrowa

Powiem wam, że gdy tylko to napisałam, poczułam, że teraz odchudzanie ma jakiś sens i nie jest jedynie celem samym w sobie z efektem gdzieś za mgłą. Ja na prawdę najbardziej boję się niedołężności na stare lata i zależności od kogoś. Jeśli zaś o wygląd chodzi, to zawsze miałam obsesję by nie wyglądać staro. Niestety tusza postarza, nawet jeśli wskoczę w trampki i nałożę na głowę różową czapkę z pomponem.

Plan na dupę

Choć pisząc ten tekst, zajadałam się własnoręcznie zrobionym czekoladowym brownie, to jednak poczułam, że tym razem moje postanowienie schudnięcia będzie inne. Pomocny jest fakt, że jutro poniedziałek, a najlepiej wprowadza się zmiany od jutra, a jeszcze lepiej od poniedziałku. Teraz potrzebuję jakiegoś konkretnego planu, więc dość paplania, bo lata lecą, dupa rośnie, a tego nie chcem! Poza tym zmęczona jestem zazdroszczenia innym utraconych kilogramów! Więc…

Do zobaczenia na siłowni! 🙂