Dlaczego wchodzimy w toksyczne związki

Toksyczne związki

Z bólem serca patrzyłam na jej łzy spływające po policzku. Powtarzała te same słowa, które jeszcze nie dawno rozbrzmiewały w mojej głowie: Idiotka ze mnie, przecież chciałam jak najlepiej, przecież mogło być tak fajnie. Gdyby tylko…

Ona wiedziała, że gościu nie jest dobrym kandydatem na partnera, a mimo to angażowała się emocjonalnie w ten niby-związek. Uganiała się za kimś, kto ją notorycznie ‘porzucał’, tak jak kiedyś porzucił ją jej tato. Weszła tam, gdzie wiedziała, że będzie boleć, bo ten ból wydawał jej się lepszy od tego, z którym nie może poradzić sobie od lat – utrata swojego dziecka.  

Sytuacja mojej koleżanki, a także moje własne doświadczenia z typem wychowywanym przez wilki pozwoliły mi zrozumieć, że powodem dla którego wdajemy się w relacje z toksynami, jest w większości przypadków ucieczka od siebie samych. Od naszego bółu, od naszych problemów, od naszych uzależnień i wewnętrznego bałaganu emocjonalnego. Traktujemy gości z bukietem czerwonych flag jako nasz zyciowy projekt, który ma nam dać poczucie spełnienia i zadowolić nasze ego.

Ale to zawsze kończy się złamanym sercem i powrotem do punktu wyjścia: nas samych.

To co nieuniknione: Rozstanie

Poturbowane i rozczarowane próbujemy zrzucić na toksynów całą odpowiedzialność za nasz ból. Myślimy sobie: ja przecież tylko chciałam kochać i być kochana. Chciałam miłości. Chciałam się nim zaopiekować, chciałam mu pomóc się ogarnąć. Dałam mu serce na dłoni. Podporządkowałam swoje życie pod niego, zrezygnowałam z siebie by być z nim. Dlaczego on tego nie docenił. Myślałam, że mu zależy, myślałam, że jak dam z siebie więcej to on odwzajemni się tym samym. A on to zwyczajnie spierdolił. I ja teraz jestem sama w tym swoim bólu, który jest nie do zniesienia…

I staje się pustka…

Nagle nie wiesz co ze sobą zrobić. Nie wiesz kim jesteś i jak właściwie się tu znalazłaś. Najpierw jesteś zła, potem tęsknisz. Wydaje Ci się, że tęsknisz za nim, ale tak na prawdę tęsknisz za wizją jego osoby, którą ukształtowałaś w swojej głowie. Tęsknisz za kimś, kto nigdy tak na prawdę nie istniał. Wyidealizowałaś sobie partnera, który nigdy nie był nikim więcej jak toksynem, który ‘chciał, ale się bał’, więc to wszystko spierdolił, bo przecież wychowywany przez wilki był. Romantyzujesz jego kiepskie zachowania względem Ciebie i nawet usprawiedliwiasz, gdy słownie lub/i emocjonalnie Cię obrażał. Wmawiasz sobie, że lepiej z nim takim niż bez niego. Zaczynasz się obwiniać za rozpad tego związku. Że powinnaś była mu pomóc bardziej, być bardziej wyrozumiała, może nawet dać mu więcej czasu, przestrzeni, być bardziej, być więcej, być mniej, być kimś innym…

A jak wyglądało Twoje życie nim go poznałaś? Kim byłaś?

Kobietą, która szukała miłości. Na zewnątrz.

Chciałaś obdarzyć kogoś miłością w nadziei, że to wypełni Twoją wewnętrzną pustkę, której nawet nie byłaś świadoma. Traumy wyniesione z domu oraz inne związkowe doświadczenia wpłynęły na to jak postrzegasz siebie i ludzi. Dajesz więc innym to, czego sama sobie dać nie umiesz, nie potrafisz, nie wiesz jak. Łatwiej jest zajmować się czyimiś problemami niż własnymi. Wydaje Ci się, że jak masz spoko pracę, mieszkanie, jesteś niezależna z kasą na koncie to jesteś ogarnięta. I tylko faceta Ci brakuje. Bo mieszkanie puste a kot przytulak i tak chodzi swoimi ścieżkami i często ma Cię w nosie. Nieświadoma swoich emocjonalnych ran łatwo wpadasz w ramiona czarującego toksyna, który na początku wydaje się być spełnieniem marzeń. W końcu masz się kim zająć, kim zaopiekować. W końcu ktoś nada sens Twojemu życiu i będziesz dobrze wyglądać przed rodziną i znajomymi.

Tylko że to jest projekt z góry spisany na niepowodzenie. Bo swoim kochającym serduszkiem po pierwsze nikogo do związku i miłości nie przymusisz, po drugie miłością, którą chcesz obdarzyć nieogarniętych życiowo typów unikających bliskości, powinnaś dać w pierwszej kolejności sobie samej.

Od czego zacząć?

Poczuj swój ból. Zmierz się z nim. Nie odkładaj go na później, nie udawaj, że wszystko jest ok. Jeśli nieustannie wybierasz partnerów niedostępnych emojonalnie, toksycznych, uzależnionych, niewiernych, zastanów się skąd to się bierze. Dlaczego pozwalasz sobie na słabe traktowanie i brak szacunku. Dlaczego traktujesz siebie jak kogoś, kto nie zasługuje na prawdziwą miłość i związek, w którym wiesz, na czym stoisz. Związek, który da Ci poczucie, że jesteście po równo zaangażowani i nie musisz nikomu udowadniać, ile jesteś warta. Partnera, który nie będzie idealny, ale na tyle ogarnięty, że weźmie odpowiedzialność za swoje czyny, a gdy czasem nawali i powie ‘przepraszam’ te słowa będą na prawdę coś znaczyły, bo mu na Tobie zależy. Partnera, który gdy powie ‘kocham Cię’ to nie dlatego, że jest pijany i chce byś się rano nim zajęła, gdy będzie skacowany, ale dlatego że po prostu docenia Twoją osobę i Twoją obecność w jego życiu. Partnera, który zadzwoni, by sprawdzić jak się czujesz i który będzie Cię uwzględniał w swoich planach. Na to wszystko zasługujesz, ale dopóki nie zrozumiesz, dlaczego traktujesz siebie słabo, będziesz wybierać partnerów którzy odzwierciedlą Twoje myślenie o sobie.

Jak?

Popatrz na swojego byłego albo obecnego partnera i pomyśl, że jest on Twoim lustrem. Jego braki są Twoimi brakami. Ty chcesz je naprawić, bo to łatwiejsze niż leczenie swoich ran. Pomyśl o tych wszystkich rzeczach, które dla niego zrobiłaś lub poświęciłaś. Pomyśl o tej księdze usprawiedliwień, którą dla niego założyłaś. Czy masz taką samą dla siebie? Czy sobą potrafisz się zaopiekować w podobny sposób? Obdarzyć siebie miłością?

Jeśli nieustannie wybierasz partnerów niedostępnych emocjonalnie oznacza to, że sama masz podobny problem: boisz się prawdziwego zaangażowania i intymności emocjonalnej.

Jeśli wybierasz sobie partnerów uzależnionych i przyjmujesz rolę opiekunki, może to oznaczać, że w dzieciństwie musiałaś się kimś zajmować, by ‘zasłużyć’ na miłość.

Jeśli pozwalasz partnerowi, by zaniedbywał Twoje potrzeby, okazywał brak szacunku, ignorował Cię, to prawdopodobnie przywykłaś do tego rodzaju okazywania ‘miłości’ od swoich rodziców.

Twój toksyczny partner jest Twoją lekcją. Teraz może Ci się to wydawać absurdalne, ale jeśli na prawdę przyjrzysz się schematowi wchodzenia w toksyczne związki zrozumiesz, że aby przestać przyciągać nieodpowiednich facetów, musisz zacząć od poznania i wyleczenia swoich ran.

Możesz spróbować sama, edukując się na temat związków toksycznych, osobowości narcystycznej, współzależności. Czasami jednak terapia będzie jedynym rozwiązaniem dla wielu.

 

Gdy ktoś patrzy, ale Cię nie widzi, czyli o zazdrości w związku

Przeglądając ostatnio ciuchy, które wrzuciłam do pudła “na lepszą pogodę”, uświadomiłam sobie, że połowy mojej garderoby to ja na chwile obecna nie lubię i nie chcę nosić. Bo mi się uruchamiają wspomnienia i uczucia, z którymi nie chcę się już identyfikować. Zamknęłam pewien rozdział mojego życia i nie chcę już do niego wracać.

Pamiętam, że w tamtym rozdziale mojego życia byłam niemal uzależniona od kupowania nowego kawałka garderoby niemalże raz w tygodniu (w charity shop). Brało się to z tego, że spotykałam się z typem wychowywanym przez wilki i wiecznie miałam poczucie, że nie wystarczająco się staram. Poza tym ‘konkurencja’ była spora, bo pan toksyn oglądał się za wszystkim, więc ja chciałam być zawsze świeża i lepsza i dlatego zawsze zakładałam coś nowego gdy wychodziliśmy gdzieś razem. Nie wyobrażałam sobie założyć tej samej sukienki dwa tygodnie pod rząd!

On i tak raczej mnie nie zauważał. Tak wiecie, że ktoś na prawdę Cię widzi, a nie tylko patrzy.

Długo zajęło mi pójście po rozum do głowy, bo choć typ zapominalski traktował mnie słabo, ja byłam przyzwyczajona do tego rodzaju dynamiki w relacjach. Wyniosłam ją z domu. Nigdy nie wystarczająco dobra, nie wystarczająco perfekcyjna, nie wystarczająco starająca się, za mało wiedząca, nie czytająca w myślach. Karana za próby bycia sobą i wywalczania swojej tożsamości. Pod nieustanną kontrolą toksycznej matki. Do tego nieprzewidywalnosc. Jednego dnia mama kocha, drugiego przestaje sie do mnie odzywac lub krytykuje za zbita szklanke czy za duzy dekolt.

Uciekłam od niej, by wpaść w ramiona toksycznego partnera, który wydawał się niczym moja bratnia dusza (z piekła rodem). Ale ja byłam przekonana, że właśnie na to zasługuję. Wpatrzona w jego ładną twarz, ignorowałam jego brzydką osobowość. Ignorowałam słabe zachowania. Ignorowałam czerwone flagi. Bo chciałam jemu i sobie udowodnić, że jestem przecież warta miłości i jego uwagi. W środku błagałam: proszę popatrz na mnie i mnie kochaj (mamo)!

Ale on nie kochał. On lubił to, co wnosiłam do jego pustego życia – uwagę, poświęcenie, komplementy, bezgraniczną miłość i wybaczanie niewybaczalnego. Manipulował moim sercem, które dałam mu na dłoni. Uwierzyłam, że tym jest miłość. Ochłapami. Czas spędzany razem w poczuciu winy, że go ograniczam, obietnice bez pokrycia, słodkie słowa nie poparte czynami, podwójne standardy, karanie ciszą, chorobliwa zazdrość. No i ta nieprzewidywalnosc – nigdy nie wiedzialam kiedy znow mnie rzuci albo odtraci albo zdradzi.

Kupowałam wiec te wszystkie cichy, by on mnie w końcu zauważył. Zauważył jak go kocham i odwzajemnił to uczucie. Odwzajemnil moje starania i docenil moja osobe. Ale on nie docenil. Nie odwzajemnił, bo nasza relacja była toksyczna, a on sam niezdolny do prawdziwej empatii i autentycznej miłości.

Te ciuchy przypominają mi, jak naginałam się i zatracałam dla kogoś, kto nie był tego wart. Przypominają mi o tym, jak nie szanowałam siebie, a wymagałam tego od innych. Przypominają mi o tym, jak źle o sobie myślałam i jak niskie poczucie własnej wartości miałam, do tego stopnia, że ochłapy wzięłam za miłość.

Dziś wiem, że zasługuję na więcej. Mogę nosić tą samą sukienkę codziennie przez siedem dni w tygodniu, a mój obecny partner i tak przede wszystkim docenia fakt, że jestem obecna w jego życiu. Tak po prostu.

Nie potrzebuję już tych ciuchów, by cokolwiek komukolwiek udowodnic. Być może na chwilę obecną nie chcę ich nosić, ale może zamiast się ich pozbywać, nadać im nowe znaczenie? Bo przecież wszystko zaczyna sie w naszej głowie…

gradowa - królowa idiotkowania

Jak typ wychowywany przez wilki pozwolił mi poznać siebie

Jakiś czas temu wywróciłam swoje życie do góry nogami i postanowiłam sobie poidiotkować. Bo ja tak lubię emocjonalny rollercoster i zabawy w kotka i myszkę. Bo mi się stabilność znudziła i przekonałam siebie, że ja wolę zadawanie się z toksynami. Ani się obejrzałam i jeden z nich stał się pracą na pełny etat, tylko że bez finansowych korzyści.

idiotkowanie #1

Najpierw wymyśliłam sobie exhumację pana zapominalskiego. Taki klasyk, że gdy Ci w życiu sie nie układa lub po prostu w dupie Ci się poprzewracało z wygody, postanawiasz odsmażyć kotleta, wmawiając sobie, że ten ów przeterminowany już schabowy jest miłością Twojego życia i nic lepszego Ci się nie trafi. I nie ważne, że nawet wtedy gdy był świeży, to szybko zrobił się bez smaku i doprowadził Cię do rozstroju żołądka, niestrawności i zgagi. Zabiegałam więc o kogoś, kto miał mnie już w serdecznym poważaniu, ale brakowało mu odwagi by powiedzieć mi to wprost. Taki trochę pies ogrodnika. W końcu udało mi się uświadomić, że brak odpowiedzi jest odpowiedzią i dziś już się z tego śmieję, ale mówię wam, że idiotkowanie to chyba sprawia mi przyjemność.

Gdy trochę się ogarnęłam, poszłam po rozum do głowy, by wystartować w konkursie KRÓLOWEJ idiotek.

idiotkowanie #2

To była ‘miłość od pierwszego wejrzenia’. I nie przesadzę, jeśli powiem, że całkowicie straciłam głowę dla toksyna wychowanego przez wilki, pana zapominalskiego o skrzywionym kręgosłupie, czyli trzy-w-jednym. Woohoo!

Zaczęło się niewinnie – od idiotkowania bez zobowiązań z typem otwartym. Otwartym jednostronnie, bo co wolno było jemu, mnie już niekoniecznie. Przez jakiś czas próbowałam być ogarnięta i udawać, że jego czary na mnie nie działają, ale niestety oksytocyna pomieszana z adrenaliną skutkuje zamętem w głowie, czyli idiotkowym zakochaniem. Na próżno były przestrogi znajomych, bo ja już założyłam dla niego księgę usprawiedliwień. Chłopak miał przecież ‘potencjał’ a ja tak lubię wyzwania…

Pan wychowany przez wilki nieustannie wzbudzał moją sympatię i współczucie. Wiedział jak mnie oczarować i utrzymać przy sobie wystarczająco blisko, by mieć do mnie dostęp, ale jednocześnie na dystans by poświrować, gdy mnie nie było w pobliżu. Gdy się oddalałam i milknęłam, to doskonale wiedział jak o sobie przypomnieć. Gdy w końcu padły z jego ust ‘I love you’ (po pijaku na wpół śpiąco, ale co tam!), wydawało mi się, że wygrałam na loterii. Potem jednak usłyszałam, że on mówi ‘kocham Cię’ wielu osobom. Ot takie tam świrkowanie. Ale ja w swojej księdze usprawiedliwień znalazłam na to odpowiedź – on się boi zobowiązań. Biedny, pokrzywdzony, nierozumiany. No to ja oczywiście uznałam, że trzeba go uratować, a najlepiej to zrobić moim kochającym serduszkiem na dłoni…

Układ jednostronnie otwarty trwał jakiś rok. Ja chciałam być taka open-minded i adventures, ale tak na prawdę byłam idiotką dającą się robić. Ja sobie tłumaczyłam, że to ok, że on sobie może, a ja po protu nie chcę z nikim innym tylko z nim. Ot mój przecież wybór. Poza tym on pan zazdrośnik, to wolałam go nie zasmucać. Zazdrosny, bo wiecie, tak mu na mnie zależy, że się czuje zagrożony. Poza tym wychowywany przez wilki, więc ma problemy z zaufaniem. Ja mu przecież udowodnić musiałam, że mnie ufać może.

Jak do Polski ze mną poleciał i poznał całą moją rodzinę i ja pomyślałam, że to już chyba coś znaczy, to się zbulwersował, że tylko kobiety mogą sobie coś takiego ubzdurać, że przecież mi mówił, że on woli idiotkowanie bez zobowiązań. Im bardziej on mnie robił, tym bardziej ja myślałam, że muszę się starać. Bo moja księga usprawiedliwień podpowiadała, że on chce, tylko się boi.

Myślę, że dałam sobie serce złamać więcej niż 3 razy. Wracałam po więcej, naiwnie wierząc, że w końcu bedzie lepiej, zwłaszcza gdy w końcu z typa otwartego zrobił się panem jednej kobiety, czyli mnie. To wcale jednak nie oznaczało, że przestał mnie robić, ale właśnie mając go ‘na wyłączność’ pozwoliło mi zauważyć, jakim Królem Toksyn on był. Koniec końców, w pizdu rzuciłam go przez smsa po tym jak mnie znów publicznie olał, na co odpowiedział mi, że jestem łatwa i zrywam z nim, żeby mieć wymówkę i przespać się z pierwszym lepszym. Taki z niego był słitaś.

Chciałam spisać cała listę spierdolin jaką znosiłam przez dwa lata, idiotkowania z nim ale chyba jednak nie chcę się aż tak otwarcie przyznawać, jak bardzo dawałam się robić. Zresztą, to by był śmiech przez łzy…

Czego nauczył mnie pan toksyn wychowywany przez wilki

Gradowa, królowa idiotkowania, czyli jak dawałam się robić

Całe to doświadczenie zmusiło mnie do zajrzenia w głąb siebie. Uświadomiło mi, że jakiś musi być powód, że nieustannie wdaję się w toksyczne związki, prowadzę księgę usprawiedliwień i wybaczam niewybaczalne.

Do tej pory uważałam, że po prostu tak mi się źle trafiało i w końcu spotkam pana normalnego. Ale gdy pan normalny okazywał mną zainteresowanie, to ja wręcz przeciwnie… Wiecie, pan miły = pan nudny.

Lata terapii nie dały mi tyle wglądu w siebie co związek z toksynem. On był moim lustrem. Lustrem dla wszystkich ignorowanych problemów, z którymi zmagałam się przez lata, ale których nie byłam w pełni świadoma.

Zaczęłam zadawać pytania: dlaczego ochłapy nazywam miłością. Dlaczego w imię ‘miłości’ pozwalam innym na nieszanowanie mnie, pomiatanie mną, obrażanie i składanie obietnic bez pokrycia. Dlaczego uganiam się za typami emocjonalnie niedostępnymi, wierząc, że ich uratuję, że dla mnie się zmienią, że ze mną będzie inaczej.

Kobieta kochająca za bardzo

Powiem wam dlaczego: po pierwsze ja sama jestem typem emocjonalnie niedostępnym. Ja kocham za bardzo, bo sama boję się być kochana i szanowana. Bo nie ufam i nie wierzę, że zasługuję na prawdziwą miłość. Bo ja nie wiem jak wygląda prawdziwa miłość, dlatego związek, w którym ktoś wywołuje we mnie te same emocje, których doświadczyłam w dzieciństwie, ja mieszam z troską i zaangażowaniem. Ktoś kto jednego dnia mówi mi, że mnie kocha, a drugiego ignoruje albo porównuje do innych kojarzy mi się…  z mamą…

Ja myślałam, że jak wyjadę z Polski i utnę kontakt z mamą to wszystko się ułoży. Tylko niestety ja sobie mamy zachowanie, z którym ‘nauczyłam się radzić’ znalazłam w kimś innym i nazwałam go moją bratnią duszą.

Odkąd uświadomiłam sobie bolesną prawdę o swoich tendencjach wpadania w toksyczne związki, rozpoczęłam edukację na temat współzależności, osobowości narcystycznej i empatycznej. Książkę “Kobiety, które kochają za bardzo” przeczytałam jednym tchem dekadę temu, ale wtedy jej nie rozumiałam. Dziś, po tych moich przejściach, czuję że mogłabym być ambasadorką wszystkich idiotek i pomagać im zrozumieć siebie, by uwolnić się od typów wychowywanych przez wilki, bez poczucia winy.

Czasami kochamy niewłaściwą osobę i zastanawiamy się, jak mogliśmy obdarzyć miłością kogoś, kto na to nie zasługiwał. Ale nie powinniśmy myśleć w ten sposób. Powinniśmy myśleć, że nasza zdolność do okazywania miłości oznacza, że miłość nosimy w sobie. Podobnie jak szczerość, dobroć, troskę o innych. Nie skupiaj się na tym jak inni to wykorzystują. Skup się na fakcie, że te cechy czynią Cię tym, kim jesteś – piękną osobą, zdolną do miłości.

Ten wpis był inspirowany podcastem Okuniewskiej ‘Ja i moje przyjaciółki idiotki‘, który odkryłam z polecenia w święta 2019 i przesłuchałam wszystkie odcinki w dwa dni <3

Nie obwiniaj się za miłość

Jak boli złamane serce?

Złamane serce to morze łez, nieprzespane noce, brak apetytu i ogólna depresja.

Złamane serce to poczucie zniechęcenia do świata i ludzi.

Złamane serce to utrata pewności siebie, zagubienie i pustka.

Złamane serce to także rozkminianie, rozmyślanie i analizowanie. Co, jak i dlaczego wszystko poszło nie tak. Zadawanie pytań bez odpowiedzi, wspominanie przeszłych zdarzeń i zachowań, planowanie spotkań i rozmów, do których nigdy nie dojdzie.

Złamane serce najbardziej boli jednak wtedy, gdy zaczynasz obwiniać się za miłość…

Złamane serce, zranione ego

Kilka tygodni zajęło mi ‘dojście do siebie’, znaczy ogarnięcie się na tyle, by nie płakać rano nad kubkiem kawy, w południe nad patelnią z jajecznicą, a wieczorem do poduszki. Najgorsze były jednak problemy ze spaniem, bo moje zranione ego nie pozwalało mi odpuścić myślenia, że przecież mogłam temu zapobiec, że może to moja wina i że jak ja mogłam być taka naiwna, by się ‘zakochać’ w kimś takim.

Że Gradowa, przecież wiedziałaś, w co się pchasz.

Że Gradowa, przecież każdy Ci mówił, że stać Cię na kogoś lepszego.

Że Gradowa, jak mogłaś się tak nabrać?

I przez pewien czas czułam się głupio i było mi wstyd i żal jednocześnie. Zrobiłam z siebie ofiarę, wierząc, że to takie niemądre dać się ponieść emocjom i zaślepić i zmanipulować i że w moim wieku to już nie wypada wpadać w takie uczuciowe pułapki. Że powinnam wiedzieć lepiej. No i w ogóle jak mogłaś Gradowa obdarzyć ‘miłością’ kogoś, kto wcale tego nawet nie chciał!?

Dzięki ego…

Tak więc moje ego nie mogło znieść tej porażki. Tego upokorzenia, że ktoś nie odwzajemniał moich uczuć i starań w takim samym stopniu, w związku z czym musiałam pójść po rozum do głowy i odejść. Ego nie widzi tego tak racjonalnie, bo jest ZRANIONE i atakuje mnie z każdej strony, wzbudzając jeszcze większe poczucie winy.

Wpis zalatuje nieco emocjonalnym rzygiem, ale taki wciąż jest stan mojego umysłu, bo mętlik w głowie na przemian z ulgą i względnym poukładaniem myśli miesza się z bałaganem w sercu. Swoją drogą, słowa ‘miłość’ i zakochanie piszę w cudzysłowie celowo, bo jednym z najważniejszych wniosków do jakiego doszłam podczas leczenia złamanego serca był fakt, że to nie była miłość, tylko miłość toksyczna, a taka na słowo MIŁOŚĆ nie zasługuje. Nie znaczy to jednak, że nie należy sobie tej ‘miłości’ wybaczyć. Wręcz NALEŻY, bo w przeciwnym razie proces wychodzenia z miłosnego nałogu będzie wydłużony i bardziej bolesny.

Jak wybaczyć sobie miłość?

Jak wybaczyć sobie miłość toksyczną?

Mnie pomogło uświadomienie sobie, że jestem NORMALNA. Gradowa jesteś NORMALNA! W naturalny sposób ‘zakochałam się’ w kimś, z kim miałam dobrą chemię. To znaczy teraz wiem, że to nie była dobra chemia, teraz wiem, że była toksyczna i to właśnie był przełom w procesie wybaczenia sobie ‘miłości’.

Jestem naturalnie wrażliwą i kochającą osobą. Nie że kochliwą, ale kochającą. Takie uczucia jak sympatia, troska i oddanie nie są mi obce i w naturalny sposób pragnę się tymi uczuciami dzielić z osobą, którą uznaję za bliską.

pies ogrodnika

Kim jest pies ogrodnika?

Pies ogrodnika.

Boi się prawdy. Boi się być szczerym i otwartym. Boi się przyznać do prawdy.

Prowadzi z Tobą jakąś grę, ale tylko on zna jej zasady i nazwę. Tylko on wie jaki jest w tym cel, choć koniec końców on tak na prawdę sam nie wie czego chce, więc ta zabawa ciągnie się tak długo dopóki Ty jej nie przerwiesz.

Pies ogrodnika.

Chce mieć ciastko i zjeść ciastko.

Chce ciągnąć dwie sroki za ogon.

Mówi językiem niedopowiedzeń, domysłów. Mówi krzyżówkami, rebusami, na migi

Na konkretne pytania nie odpowiada wprost a ulubione sformułowania to ‘to nie takie proste, to nie tak jak myślisz, gadasz głupoty, to nie jest temat na maila/telefon/na teraz‘. Czyli na nigdy.

Trzyma Cię na ławce rezerwowej i zwodzi, kompletnie nie licząc się z Twoimi uczuciami.

Boi się postawić sprawę jasno, nie z obawy żeby Ciebie nie skrzywdzić/urazić, bo on nie dba jak Ty się z tym czujesz. On dba o swoją wygodę i swój interes.

Postawiony pod ścianą daje Ci wymigującą odpowiedź, lub odwleka konfrontację na ‘jutro’, bo teraz nie ma czasu, jest zmęczony, chory, zajęty, zapracowany.

Pies ogrodnika.

Jest tchórzem, który boi się swoich pragnień. Boi się ryzyka. Nie chce ani zyskać ani stracić. Chce balansować pomiędzy być i mieć, a tak na prawdę wypiera się swoich prawdziwych uczuć z obawy przed zranieniem, odrzuceniem, niepowodzeniem.

Nigdy się nie dowiesz, co siedzi w jego głowie, bo dla niego szczerość i otwartość są jak wirus, który mógłby go zabić.

Pies ogrodnika nigdy tak na prawdę nie będzie Twój.

Odpuść sobie. Stać Cię na więcej.

dlaczego boisz sie milosci

Dlaczego boisz się miłości?

Pęd życia. Racjonalność. Przewidywalność. Komfort. Wygoda. Strach.

Wracasz każdego dnia do pustego mieszkania i w sumie nawet nie masz czasu na to, by zastanowić się nad tym, co czujesz. Czego pragniesz. Za czym tęsknisz. Czegoś Ci brakuje, ale już sam nie wiesz czego. Odczuwasz jednocześnie jakiś nieopisany lęk, ale odpychasz go. Wypierasz, podejmując się coraz to nowych wyzwań. Biorąc na siebie coraz to nowsze zajęcia, tak że doby Ci nie starcza już nawet na sen.

Pewnego dnia pojawia się ktoś. Staje nieoczekiwanie w Twoich drzwiach i oferuje swoje serce. Na dłoni. Z pełnym pakietem emocji, ekscytacji, spokoju, pożądania, pragnień, obietnic, rozczarowań, akceptacji, miłości. Czego chce w zamian? Emocji, ekscytacji, spokoju, pożądania, pragnień, rozczarowań, akceptacji, miłości. Chce Twojego serca. Chce Ciebie. Ciebie, ale nie Twojego życia. Chce życia z Tobą, przy Tobie, obok Ciebie.

Lęk przed miłością

Kącikiem ust uśmiechasz się i chcesz wyciągnąć swoją dłoń, ale coś Cię paraliżuje. To ten starch. Trzyma Cię w swoich objęciach i nie pozwala uwolnić. Strach, który uruchamia w Twojej głowie lęki.

Boisz się, że jeśli obnażysz swoje uczucia, narazisz się na ryzyko zranienia. Na bezsilność.

Boisz się, że otwierając się na miłość, stracisz kawałek siebie, wolność, swobodę i beztroskość.

Polubiłeś swój egoizm do tego stopnia, że już się go nawet nie wypierasz. Przyznajesz się do niego otwarcie, z błyskiem w oku, dozą nieśmiałości, ale jednocześnie dumy. Jesteś panem swojego czasu, życia, świata. Wzruszasz ramionami, że taki już jesteś. Że taki byłeś, a teraz to nawet jesteś jeszcze gorszy.

Egoizm podszyty strachem. Pewność siebie podszyta strachem. Obojętność podszyta strachem.

Strachem przed uczuciem, miłością, zranieniem, odrzuceniem.

Nie przyznasz się, że czasem czujesz się samotny. To takie niemodne. Słabe, a słabości są dla mięczaków.

Boimy się poważnych decyzji, bo trzeba za nie odpowiadać. Marzymy o zmianie świata, ale często w pozycji horyzontalnej. Najbardziej lubimy babrać się w emocjach, cały czas przed czymś uciekając. ~Edyta Niewińska

Uciekając przed miłością podejmujesz ogromne ryzyko. Ryzyko utraty czegoś wartościowego. Ważnego, bo to emocje kształtują i nadają sens naszemu życiu. Miłość jest emocją. Koniec końców to ta właśnie liczy się najbardziej. Czując coś, cokolwiek, wiemy, że żyjemy. Przeżywamy.

Dlaczego wyrzekasz się więc swoich pragnień? Pragnienia bycia kochanym, akceptowanym, wysłuchanym, zauważonym. To ludzkie. To normalne. To naturalne. Naturalne potrzeby w świecie instant. Dzisiaj możesz mieć wszystko na klik, więc miłość jest czymś czego się boisz, bo tutaj nic nie dzieje się ot tak. Na miłość musisz się otworzyć. Miłość musisz przyjąć i zaakceptować. Wyrzec się lęku lub schować go w kąt. Zapomnieć o przeszłości. Wybaczyć krzywdy. Odpuścić sobie swoje grzechy. Zaryzykować. Brać garściami i dawać drugie tyle. Drugie tyle miłości.

Tylko mi nie pieprz, że nie masz czasu, że nie dasz rady, nie sprostasz, nie podołasz. To wszystko są bzdury. Bzdury, które sam sobie wmawiasz. Wymówki grosza nie warte. Każdy jest zdolny do miłości. Każdy jest wart miłości. Ok, nie chcesz znowu nawalić, zawieść, spieprzyć. A gdyby tak tym razem spróbować inaczej i ze wszystkich sił się postarać? Postarać się dotrzymać danego słowa i już na prawdę kochać tak do końca, jak kocha się tylko raz? Przecież wiem, że potrafisz. Przestań dłużej siebie oszukiwać, że Ci dobrze tak jak jest. Daj sobie szansę i przyznaj, że osoba, która stanęła dziś w Twoich drzwiach ze swoim sercem na dłoni, jest dla Ciebie wybawieniem. Spełnieniem. Pragnieniem. Weź tylko głęboki oddech i nie oglądając się za siebie, przyjmij jej pomocną dłoń…

“Nie potrafiłem jej zrozumieć. Powinienem sądzić ją według czynów, a nie słów. Czarowała mnie pięknem i zapachem. Nie powinienem nigdy od niej uciec. Powinienem odnaleźć w niej czułość pod pokrywką małych przebiegłostek. Kwiaty mają w sobie tyle sprzeczności. Lecz byłem za młody, aby umieć ją kochać.”
Antoine de Saint-Exupéry “Mały Książę”

Czy jesteś chujową partnerką?

My kobiety mamy to do siebie, że za wszystko w większości obwiniamy naszych partnerów. Narzekamy na nich koleżankom, marudzimy na nich w domu, użalamy się nad swoim nieszczęsnym losem, jaki przyszło nam z nimi dzielić. Warto jednak zauważyć, że związek to dwie osoby, a wszystko jest wynikiem pewnych zależności panujących w relacji. Dlatego ja w żaden sposób nie wybielam moich byłych partnerów i nie stawiam ich na piedestale, po prostu z biegiem czasu zauważam SWOJE błędy i otwarcie się do nich przyznaje.

Co ja mogłam wiedzieć o związkach te 10 lat temu? Co z tego, że byłam już na studiach, skoro ja w dalszym ciągu byłam zakompleksioną twenty-something, podążającą za trendami wyznaczanymi przez mamę? Moimi wzorcami relacji byli rozwiedzeni rodzice, rozwiedziona siostra, seriale i telewizja. Do tego wszystkiego sama byłam kompletnie nieogarnięta, nie rozumiałam ani siebie ani swoich potrzeb. Teraz, gdy nabrałam do pewnych spraw dystansu, odcięłam się od mamy i siostry oraz poznałam siebie, jestem w stanie z pełną świadomością, przyznać się do tego, że

byłam chujową partnerką.

Oto dlaczego:

Uważałam, że związek to symbioza.

Kiedyś wydawło mi się, że partnerzy to jedność. Że wszystko muszą robić razem, bo tworzą nierozerwalną całość. Nie rozumiałam tego, że każde z nas ma prawo do tego, by mieć swój świat, swój kawałek podłogi, swoje hobby i swoje zainteresowania, którymi wcale nie musi się dzielić z drugą osobą. Byłam przekonana, że jeżeli mój partner danego dnia woli spędzić czas grając na konsoli, a innego dnia chce pójść z kolegami na mecz to znaczy, że mu na mnie nie zależy i wcale mnie nie kocha.

Dziś wiem, że sama lubię mieć swój świat i wcale nie czuję potrzeby, by dzielić go z partnerem. Są rzeczy, które wolę robić sama lub z koleżanką. Jednocześnie rozumiem, że wchodząc w związek, nie należy swojego świata ograniczać tylko i wyłącznie do faceta, bo:

Im bardziej uzależniasz swoje życie od niego, tym więcej zaczynasz od niego wymagać. Im więcej od niego wymagasz, tym bardziej on zaczyna się od Ciebie odsuwać. Im bardziej on się od Ciebie odsuwa, tym bardziej robisz się sfrustrowana. Im bardziej robisz się sfrustrowana, tym częściej pojawiają się między wami konflikty, których żadne z was nie umie już rozwiązać. W efekcie oboje jesteście unieszczęśliwieni tym związkiem, bo Ty chcesz go zamknąć w klatce, a on chce z niej uciec.

Owładnięta obsesją symbiozy, zatraciłam całkowicie siebie. Ja wciąż CZEKAŁAM na partnera, bo nic poza nim nie miałam. Odliczałam minuty do jego powrotu do domu, a gdy się spóźnił 5 minut, miałam focha na cały wieczór. Gdy chciałam iść na imprezę, a on nie miał ochoty, zostawałam w domu, bo nie potrafiłam robić tego, co ja chcę i lubię. Gdy on się rozwijał, ja patrzyłam na to z chorą zazdrością, bo wiedziałam, że to będzie oznaczać jeszcze mniej jego czasu dla mnie.

Teraz wiem, że związek to NIE JEST SYMBIOZA. Związek to dwie odrębne osoby, które postanawiają być razem. Być razem, ale nie JEDNOŚCIĄ. Generalnie obecnie kieruję się zasadą: żyj i daj żyć. I ta zasada sprawdza się nie tylko w związkach 🙂

I już nie chcę znać Twoich snów, proszę miej własny świat i wracaj, gdy chcesz, a ja będę tu. – z piosenki Anny Marii Jopek

Pozwalałam mamie na wtrącanie się

O mamie i jej scenariuszach na moje życie pisałam niejednokrotnie. Był czas, że moja mama tak bardzo mną manipulowała, a ja tak bardzo jej na to pozwalałam, że odbiło się to dość negatywnie na jednym z moich związków.

Mama uważała, że jeśli mieszkasz z facetem, to on MUSI się chociaż OŚWIADCZYĆ, bo inaczej znaczy to, że mnie nie szanuje. Poza tym dzieci jej znajomych już planują ślub, więc ja nie mogę zostać w tyle! Szczytem jej desperacji było spotkanie się z moim partnerem, by go przekonać, że powinien mi kupić pierścionek zaręczynowy! Taaa… Ja wciąż na myśl o tym zdarzeniu wierzę, że to był tylko kiepski odcinek Klanu z Anną Surmacz w roli głównej i że ta sytuacja NIGDY nie miała miejsca. Absolutnie!

Nie będę jednak ukrywać, że jej gadanie WTEDY miało na mnie ogromny wpływ i podświadomie wywierałam presję na moim chłopaku. Uwierzyłam w to, że mnie nie szanuje, nie chce i nie kocha. Co więcej, byłam święcie przekonana, że skoro koleżanki dookoła ‘układają’ sobie życie i wychodzą za mąż, to ja też POWINNAM. Bez zastanawiania się czy i jak JA tego chcę.

Dziś moja mama ma niewiele do gadania w sprawie moich związków. W zasadzie to trzymam ją od tego z daleka, a wszelkie dobre rady puszczam mimo uszu. Dziś mam podejście, że mój związek z facetem, to moja sprawa. Dziś mój facet jest tylko mój i ma odpowiadać MNIE, a nie mojej mamie. Zresztą… z całym szacunkiem, ale moja mama nie jest dla mnie wzorem udanego związku…

Stworzyłam w domu pole bitwy

Ten punkt był najbardziej kontrowersyjny podczas jednej z rozmów z moim znajomym. Gdy zaczęłam mu opowiadać, jak się kiedyś zachowywałam w związku, skwitował mnie właśnie tak: Qrde Magda, chujowa z Ciebie partnerka była! I nie będę zaprzeczać, bo z tymi wszystkimi zachowaniami, sama już dawno wysłałabym siebie na drzewo.

  • Gdy pojawiały się problemy i kłóciliśmy się (jak to w związkach bywa), groziłam rozstaniem i kazałam mu się wyprowadzać, sprawiałam przykrość, czasami poniżałam.
  • Nie komunikowałam jasno swoich potrzeb i problemów. Stosowałam metodę domysłów, a gdy te nie zostały odczytane we właściwy sposób, rzucałam fochem lub kąsałam złośliwościami.
  • Gdy on postanowił się rozwijać i założyć własną firmę, ja poczułam się tym faktem skrzywdzona, bo uznałam, że związek przestał być dla niego ważny. Nigdy nie powiedziałam mu, że mi imponuje lub jestem z niego dumna.
  • Od introwertyka wymagałam/żądałam ekstrawertycznych zachowań.
  • Wymagałam dla siebie NIEUSTAJĄCEJ uwagi. Każdy telefon miał być odebrany, smsy odpisane w sekundę, zachcianki zaspokojone, a na tupnięcie nogą miał się zjawiać i mnie wybawiać. Jak nie – foch (czyt. bierna agresja)
  • Oczekiwałam, że on wypełni wszystkie moje luki. Nie zdawałam sobie kiedyś sprawy z moich różnych problemów emocjonalnych wyniesionych z domu, dlatego od niego wymagałam, że będzie moim terapeutą.
  • Nieustannie stawiałam jakieś wymagania i oczekiwania, wywierałam presje, narzekałam. Skupiałam się na tym czego nie mam, zamiast doceniać i zauważać to co mam.
  • Cały czas miałam o wszystko pretensje. W efekcie całą odpowiedzialność za związek przerzuciłam na niego, zapominając, że ja nie jestem księżniczką na ziarnku grochu.
  • Gdy wracał do domu, ja przyjmowałam postawę męczybuły.

Z facetami jest tak, że oni w pracy i poza domem są jakby na polu bitwy. W tym sensie, że oni muszą ‘walczyć’ z rzeczywistością, ludźmi, napotkanymi sytuacjami, nie okazując przy tym żadnych słabości. Bo wiecie – chłopaki nie płaczą. Do tego, nierzadko, także zmagają się z presją rodziców na osiągnięcia i sukcesy. Dlatego wracając do domu, chcą czuć, że zaznają tam spokoju, zrozumienia i wsparcia. Gdy zaraz po powrocie do domu, wita ich zrzędliwa partnerka, oni wolą schować się do swojej ‘jaskini’. Taki efekt osiągnęłam ja.

Dziś uważam, że dom/związek powinien być azylem dla obojga. Gdy wracam do domu, nie chce by ktoś rzucał się na mnie z nożami, KAZAŁ mi coś robić lub na dzień dobry obrażał się na mnie, bo czegoś się nie domyśliłam. Dziś potrafię zrozumieć, że po pracy można być zmęczonym, że można mieć zły dzień, że czasami się nie chce. Po raz kolejny powtórzę, że związek powinien być wartością dodaną do naszego życia, a nie drogą przez mękę.

 

Partner musi być taki jak ja

Nie ma miejsca na inność. Nie ma miejsca na inne upodobania czy preferencje. Partner MUSI chceć tego co ja, lubić to co ja i robić to co ja. Jeśli jest inaczej, to znaczy, że albo on mnie nie kocha, albo do siebie nie pasujemy i trzeba się rozstać. Koniec kropka.

Taki schemat myślenia miałam przez długi czas. Nie uznawałam różnic między nami. Uważałam, że jeśli ja czegoś chcę i pragnę, on musi wyznawać taką samą filozofię. Każde odstępstwo od tej reguły, było wystarczającym powodem, by zastanawiać się nad sensem tego związku. No bo jak on może nie lubić filmów romantycznych? Jak on może nie chcieć ze mną chodzić na imprezy do klubu? Dlaczego woli piwo od wina? Dlaczego lubi kolor zielony a nie różowy!? Dlaczego nie przepada za kotami? Po co mu tatuaż? Dlaczego nie chce ze mną pić kawy w Starbucksie? I tak dalej i tak dalej.

Sporo czasu minęło zanim zrozumiałam, że każdy z nas jest inny, a w związku różnice między parterami też są dopuszczalne. Przecież zawsze jest coś, co nas łączy, bo coś nas połączyło, bo inaczej nie byłoby chemii. Dlaczego więc wraz z zaawansowaniem związku te różnice zaczynają przeszkadzać? Dlaczego kiedyś nie potrafiłam zaakceptować tego, że ja mam prawo do swoich dziwactw, on ma prawo do swoich, ale w pewnych kwestiach jesteśmy podobni i dzięki temu jesteśmy ze sobą?

Dziś akceptuję, a nawet doceniam te różnice. Dziś mam luz i pozwalam facetowi na bycie sobą. Bo sama polubiłam bycie sobą i nie wyobrażam sobie tego, że ktoś KAZAŁBY mi się zmienić, poświęcić lub nagiąć wbrew własnej woli. I to działa zawsze w dwie strony.

Jeszcze mi tylko z oczu jasnych spływa do warg kropelka słona.
A Ty mi nic nie odpowiadasz i jesz zielone winogrona.
J.Tuwim

Oczywiście, że czasami on zachowywał się tak, że miałam ochotę wziąć klucz i przerysować mu samochód lub przez tydzień gotować tylko makaron. Oczywiście, że on w swojej bezradności na moje dziwaczne babskie zagrywki, miał ochotę ścisnąć mnie jak winogrono i zrobić ze mnie rodzynkę. Tak to bywa w związku. Kluczem jednak jest pamiętanie, że jeśli ludzie darzą się uczuciem, to należy szukać rozwiązania w trudnych sytuacjach, zamiast ciskać się, obrażać, wyzywać czy grozić.

Uświadomienie sobie tych wszystkich błędów wymagało ode mnie sporej dojrzałości. Wymagało ode mnie zrozumienia i zaakceptowania siebie takiej, jaką jestem. Wymagało ode mnie zdystansowania się do pewnych osób, a przede wszystkim zaufania samej sobie i wiary w swoje wybory. Dziś wiem, czego chcę i dziś wiem, że gdy istnieje między dwojgiem ludzi uczucie, to przy dobrych chęciach i odpowiednim podejściu na prawdę można osiągnąć porozumienie.

– Ty wiesz co ja robię?
– Wiem.
– I nie przeszkadza ci to?
– Pewnie, że mi przeszkadza – powiedziałem – Ale wolno mi się w kimś kochać, nawet jak coś przeszkadza. Zawsze zresztą coś przeszkadza.

Marek Hłasko

Jak się pozbierać po rozstaniu z toksyną

No nie wyszło. No trzeba się rozstać. Shit happens jak to mówią. Bo czasami tak bywa. Bo czasami trzeba odejść, czasami kogoś pogonić, a czasami po prostu pogodzić się z faktem, że to nie miało racji bytu. Czasami to faceci okazują się dupkami, a czasami to z nas wredne suki. Taaak ja wiem, że boli. Wiem, że Ci smutno i ciężko. Wiem, że wylewasz morze łez, a Twoja głowa pęka od natłoku myśli i nieustającego pytania “DLACZEGO!?”. Dlaczego ja, dlaczego on, dlaczego nie wyszło, dlaczego dałam się oszukać.

No więc pokochałaś gnojka. Teraz trzeba się pozbierać po rozstaniu. Taaak ja wiem, ja wiem, że jest ciężko, ale uwierz mi, że ani się obejrzysz, a będzie to tylko mało znaczącym wspomnieniem. Taaak ja wiem, że czujesz się oszukana i w ogóle jak on tak mógł postąpić. Mówił, że mu zależy, ale jednak nie zależało. Jeszcze się pewnie tłumaczy, że nie chciał Cię skrzywdzić i to dla Twojego dobra tak długo to ciągnął? Klasyk…

Najpewniej próbujesz szukać winy tylko w sobie. Biczujesz się za to, że zaufałaś, że oddałaś swoje serce na tacy, że tak bardzo chciałaś kochać i być kochaną, że nie zauważyłaś, że on ma nieco inne zamiary. Tylko czemu kurcze się za to non stop karzesz!? Krzyż mu na drogę! W zasadzie to powinnaś mu podziękować. To znaczy teraz się na niego trochę powkurwiaj, byle nie na siebie! Gnojek, dupek, drań, menda, idiota, patafian, frajer.  A najlepiej to wykrzycz te wszystkie określenia na jednym oddechu, najgłośniej jak potrafisz. Możesz w poduszkę, jeśli nie chcesz, by sąsiedzi usłyszeli i uznali, że zwariowałaś. Pomogło? Nie? No to jeszcze raz!

Jak się pozbierać po rozstaniu

Skoro już ustaliłyśmy fakty, a fakty są takie, że wkręciłaś się w związek bez przyszłości to teraz czas się pozbierać i wrócić do świata żywych. No tak, bo jak na Ciebie patrzę, to wyglądasz co najmniej jak jakiś duch – podkrążone oczy od płaczu, pustka w głowie i ogólna niechęć do życia. No sorry, ale dlaczego dałaś komuś prawo, by odchodząc zabrał Ciebie ze sobą? To znaczy Twoją pewność siebie, uśmiech i urok osobisty? Odszedł to ok, ale Ty tu jesteś. I zostań. I bądź. I żyj. Nie poddawaj się. Pamiętasz jaka byłaś przed tym niefortunnym epizodem związko-podobnym? To ja Ci przypomnę:

Zaczęłam tę feralną znajomość będąc silną, niezależną i bardzo pewną siebie kobietą. Przez to, że zaufałam mu bezgranicznie, straciłam to wszystko. Dałam się omamić i dostosować. Chcę znów być taka, jak byłam!

Kochana! Ty wciąż taka jesteś! Ja wiem, że życie nie zawsze rozpieszcza, ale Ty na prawdę jesteś super fajną wartościową osobą! Masz w swoim otoczeniu ludzi, którzy Cię doceniają i lubią taką jaką jesteś. Twój urok osobisty i pozytywna aura przyciąga wielu, musisz to tylko na nowo zauważyć i docenić.

Nie jesteś durna, głupia ani naiwna. Jesteś kobietą, która tak jak my wszystkie, chce kochać i być kochana.

Otrzyj łzy, weź głęboki oddech, przemyj twarz zimną wodą, spojrzyj w lustro i uśmiechając się do siebie, przyznaj, że to była lekcja, z której wyciągniesz wnioski na przyszłość. Nie, to wcale nie oznacza, że już nigdy nikomu nie zaufasz. To oznacza tylko tyle, że nie dasz się ‘omamić i dostosować’. Będziesz siebie cenić i szanować. Zawsze. Nieustannie.

Dość rozgrzebywania i analizowania. Zamknij ten rozdział i idź do przodu. Ja wiem, że potrafisz. Wiem, że dasz radę. Główka go góry! 😉

POUR YOURSELF A DRINK
PUT ON SOME LIPSTICK
AND PULL YOURSELF TOGETHER
/ELIZABETH TAYLOR/

Dlaczego kobiety bardziej kochają mężczyzn niż siebie?

Pamiętacie scenę z SATC, kiedy Samantha rozstaje się z Richardem? Oddaje mu pierścionek, a jego “I love you” kwituje tymi słowami: “I love you too Richard, but I love me more”.

Przez ostatni miesiąc wysłuchałam sporo historii z cyklu problemy damsko-męskie. Zadziwiające jak one wszystkie są do siebie podobne, chociaż każda z nich opowiedziana była przez inną osobę.

#1 Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie?

Kobiety bardzo często wpadają w pułapkę swoich własnych iluzji. Słyszą to, co chcą usłyszeć, analizują każde jego słowo, a gdy coś im nie gra, nie spytają wprost, nie wyjaśnią, tylko dopowiedzą coś sobie, przetłumaczą po swojemu i żyją w tej fantazji. Odtwarzają w myślach scenariusze, przewijając taśmę w przód i w tył, wycinając fragmenty, które nie pasują do ich wizji.

Tak się rodzi rozczarowanie. Bo nagle się okazuje, że on jednak wcale nie miał w planie związku, on po prostu dobrze czuł się w Twoim towarzystwie, lubił spędzać z Tobą czas, fajnie mu się z Tobą gadało. Dzwonił do Ciebie często, bo chciał usłyszeć Twój głos. Czasami się z Tobą przespał, ale przecież to tylko sex, którego oboje chcieliście po wypiciu butelki wina. Kilka razy bada teren, żeby się upewnić, że jesteś jego przyjaciółką, a Ty niczego nie podejrzewając, cieszysz się, że jesteś mu bliska. Któregoś dnia, gdy siedzicie przytuleni na kanapie, zupełnie niewinnie, informuje Cię, że poznał dziewczynę. Choć serce przestaje Ci bić, tracisz oddech, a oczy mimowolnie zalewają się łzami, Ty głęboko je przełykasz, by wykrztusić z siebie neutralne “Aha, to fajnie”.

Wpadasz w mini depresję, bo uświadamiasz sobie jak wiele dla niego poświęciłaś. Olałaś przyjaciół, zaniedbałaś pracę, trochę więcej pijesz i zdecydowanie za dużo jesz. Wszystko w imię iluzji, którą starannie wyhodowałaś. On Ci nigdy nie powiedział, że Cię kocha, nie składał żadnych deklaracji, ale Ty mimo to łudziłaś się, że coś z tego będzie. Pozwoliłaś sobie na to, by zakochać się w kimś, kto nigdy nie potwierdził, że czuje tak samo. Wypełniłaś sobie pustkę w swoim życiu jego osobą, bo nie chciałaś być dłużej taka samotna. Tak bardzo go pokochałaś, że zapomniałaś o sobie. I teraz jesteś sponiewierana. Troszkę na własne życzenie.

#2 Ale ja go kocham!

Na początku jest wspaniale. Cudownie. Lukier, rzyganie tęczą i kolorowe jednorożce. Każde spotkanie jest magiczne, a pocałunkom mogłoby nie być końca. Uwielbiasz na niego patrzeć, jego uśmiech Cię rozbraja, a zapach przyprawia o ciarki na skórze. Tęsknisz po 5 minutach od rozstania, a w domu nie możesz się skupić, bo myślisz tylko o nim. Policzki bolą Cię od śmiania. Przed zaśnięciem wymieniacie milion wiadomości, a Twoja skrzynka pęka w szwach, bo każdego smsa żal Ci skasować. Spacery, trzymanie za ręce, wtulanie się, pierwsze “Kocham Cię” wypowiedziane zupełnie przypadkiem, gdy wychodzicie od znajomych z imprezy. Motylki w brzuchu i różowe okulary na nosie. Nie wierzysz w to, jaką jesteś szczęściarą!

Przepełnieni szczęśliwością postanawiacie ze sobą zamieszkać, by móc cieszyć się sobą non stop. Ty, choć widzisz go codziennie, czujesz, że masz go jakby mniej. Z jednej strony zapominasz, że z czasem to normalne, że musimy oddać się swoim obowiązkom, ale z drugiej irytuje Cię fakt, że on po przyjściu z pracy od razu siada do komputera i gra, na treningi chodzi 5 razy w tygodniu, a w weekendy obowiązkowo ogląda mecze w TV. Coraz trudniej namówić go na wspólny spacer, a gdy tylko chcesz coś pomarudzić, słyszysz “Oj Myszko….”

Zaczynasz wmawiać sobie, że to Twoja wina. Podążasz za schematem, który popełnia prawie każda, oddana miłości kobieta: zaniedbujesz swoje życie, a on staje się Twoim priorytetem. Uznajesz, że jeśli zrezygnujesz z dodatkowych zajęć, po pracy zamiast spotkać się z koleżanką wrócisz czym prędzej do domu, by czekać na niego z ciepłym obiadkiem to coś się zmieni – będziecie mieć dla siebie więcej czasu. Skutek jest taki, że on jest teraz całym światem i nie masz nic poza tym związkiem. Związkiem, który przestaje Cię satysfakcjonować, bo im bardziej chcesz go zamknąć w swojej klatce, tym bardziej on się z niej wymyka. Twoje poczucie własnej wartości spada do zera. Lekceważysz wszystkie niepokojące sygnały, powtarzając sobie jak mantrę: Ale ja go kocham! (Bardziej niż siebie.)

#3 Ja wiem, że mu zależy!

W końcu to on wyszedł z inicjatywą, żebyście zaczęli się spotykać. Od początku wiedziałaś, że coś między wami iskrzy, więc jego deklaracja była tylko tego potwierdzeniem. Sex jest taki cudowny, on jest taki czuły! Czasami tylko się uniesie i wtedy potrafi być niemiły. Ale Ty to rozumiesz, w końcu niedawno rozstał się z żoną. Biedaczek. Pamiętasz jak Ci się wypłakiwał ze zdrad swojej byłej żony? Tyle przeszedł… On Cię teraz potrzebuje, więc zgadzasz się na wszystko. Także na to, że widzicie się zaledwie raz na miesiąc (nie możesz od niego wymagać, aby przyjeżdzał do Ciebie częściej, skoro mieszka 5 godzin jazdy samochodem stąd) oraz na to, że gdy wraca do siebie, pisze jakby rzadziej i jeszcze na to, że gdy się zdenerwuje to sprawia Ci przykrość. Przestałaś o siebie dbać – nie jesz, nie śpisz jak trzeba, wyglądasz gorzej niż własna matka. Karmisz się obietnicami składanymi Ci przy każdej wizycie. Przekonana jesteś o tym, że jemu zależy. On po prostu potrzebuje więcej czasu. A to zdjęcie jakiejś dziewczyny podpatrzone u niego w komórce? Oj tam oj tam. To na pewno nic takiego. Faceci… Jemu zależy na mnie. Przyjeżdża do mnie raz w miesiącu, jest troskliwy i czuły (dopóki się nie wkurzy), a poza tym nie przeszkadza mu, że Twój rozwód nie jest jeszcze formalnie załatwiony. Jest taki wyrozumiały! Nie mogę na niego naciskać, żeby się nie zniechęcił. Będę cierpliwie czekać. Może jak skończę w szpitalu podłączona do kroplówki w wyniku niedożywienia, to wtedy będzie przyjeżdżał częściej. Ja wiem, że mu zależy!

3 historie jeden problem

Jak wszystkich tych historii wysłuchałam to zrobiło mi się cholernie smutno. Po pierwsze dlatego, że było mi ich żal, bo każda z nich jest taką fajną dziewczyną, ładną, zdolną i cholernie przez wszystkich lubianą. Po drugie dlatego, że każda z nich postępuje w ten sposób z jednego prostego powodu – strachu przed samotnością.

Dlaczego kobiety tak bardzo boją się samotności, że gotowe są odpuścić swoje życie dla faceta? Dlaczego wolą sobie wmówić, że wszystko jest ok, choć w środku rozpadają się na drobne kawałki a każdego dnia uchodzi z nich życie? Dlaczego nie umieją tego przerwać i postawić siebie na pierwszym miejscu? Dlaczego oddają swoje życie w ręce kogoś innego w imię ‘miłości’?

Kobiety kochające za bardzo

Patrząc na to tak całkiem trzeźwo, jedyne co przychodzi mi do głowy to stwierdzenie: jakie te baby są głupie! Może i tak, ale co jest głupiego w tym, że chcemy być kochane? Co głupiego jest w tym, że chcemy być dla kogoś ważne, więc poświęcamy się w taki sposób, jak chciałybyśmy być traktowane w zamian. Co głupiego jest w tym, że decydując się na miłość, pozbawiamy się swojej warstwy ochronnej, a w wyniku dysonansu pomiędzy rzeczywistością i oczekiwaniami, wychodzą na wierzch wszystkie nasze lęki, kompleksy i traumy?

kobiety kochające za bardzo

Czy związek hamuje nasz rozwój?

Zasiedziałam się ostatnio. Zrobiłam się marudna, nerwowa, sfrustrowana, zniechęcona, moja pewność siebie sięga zeru, nie mam siły ani ochoty nigdzie wychodzić, a wszystkie moje ambitne plany są tylko w mojej głowie. I wiecie co jest najgorsze? Szukam przyczyn tego stanu na zewnątrz! Bo pogoda, bo zimno, bo rano, bo wieczór, bo okres, bo PMS, bo to jego wina!

Tak… Gdy zadowolenie z życia mi spada, zawsze szukam winy na zewnątrz i niemal zawsze obrywa mój partner. Bo tak łatwiej. Bo jest pod ręką, zresztą co ja jestem temu winna? To on tak na mnie działa. Nie motywuje mnie, sam późno wstaje, zrobił się trochę leniwy, zasiedziały i w ogóle mało pewny siebie. Zaraz zaraz. Czy ja na pewno mówię o nim? Bo brzmi jak idealny opis mojej osoby!

Easy Life

Komfort i wygodne życie jest fajne. Ale nie na dłuższą metę. Ja zawsze uważałam, że najlepiej działam wtedy, gdy pojawiają się problemy. Jest stres – jest motywacyjny kop to pracy. Wtedy się nie zastanawiam, po prostu działam. Wzrasta moja pewność siebie, a kreatywność sięga zenitu. Taką siebie pamiętam z okresu bycia singielką. Skupiałam się tylko na sobie, na swojej pracy, rozwoju, awansie. Żadne smutki i analizy nie zaprzątały mojej głowy, a moja strefa komfortu polegała na tym, że wciąż byłam czymś zajęta.

Gdy tylko wkraczam w związek, całą swoją uwagę kieruje na niego. I nie mówię tu o stanie zakochania, gdy jesteś naćpana endorfinami. Mówię o tym okresie, kiedy związek wkracza na stabilne tory, a Ty czujesz się tak pewnie, że zapominasz o swoim rozwoju. Dbam o to by zająć się domem, zrobić zakupy, coś ugotwać, posprzątać, a wieczory i weekendy spędzić razem. I kończy się tak, że zalegamy przed TV oglądając 5 sezonów The Good Wife w niecały miesiąc, a w weekendy piżamujemy do 12, znów nic nie robiąc w kierunku własnego rozwoju.

Oczywiście, że najłatwiej jest powiedzieć, że to jego wina. Tylko to nie będzie prawdą. Nikt poza nami nie jest odpowiedzialny za nas samych, za nasze życie, wybory i rozwój. W zasadzie jakby mi mój partner zaczął mówić jak mam żyć, szybko pokazałabym mu drzwi.

Dlaczego tak jest, że kobiety (najczęściej) tak łatwo rezygnują ze swoich ambicji, planów i marzeń na rzecz związku i partnera, obwiniając go później za taki stan rzeczy. Przerzucają na niego odpowiedzialność i wytykają mu cechy, które tak na prawdę określają je same: lenistwo, brak pewności siebie, brak ambicji, zniechęcenie, depresyjny nastrój. Dlaczego potrafimy walczyć o siebie będąc singielkami, a gdy tylko wejdziemy w rolę pani domu to odpuszczamy i stajemy się niezadowolonymi z siebie frustratkami?

Egoizm – pierwszy stopień do życia

Magda, ja po swoich ostatnich doświadczeniach doszedłem do wniosku, że w życiu trzeba być egoistą. W tym sensie, że właśnie skupić się na sobie, na swoim rozwoju, na czymś co Cię rozwija – czy to jest blog, firma, praca dla firmy – nie ważne. Bo jeśli nie jesteś happy i nie masz poczucia spełnienia, to żaden związek nie pomoże i każdy związek się rozpadnie.

Nie chodzi o to, by być zapatrzoną w siebie egoistką, nie dbającą o potrzeby partnera.Chodzi o to, że dbając o siebie, dbasz o swój związek. Gdy jestem zadowolona z siebie, a to co robię daje mi satysfakcję, automatycznie przekłada się to na jakość mojego związku. Co więcej, moja pracowitość, pasja i determinacja wpływają na jego motywację i nawet jeśli on także zrobił się zasiedziały i leniwy, moja energia mu się udziela.

Ta dawka egoizmu daje mi jeszcze coś jeszcze – poczucie niezależności. W przeszłości wielokrotnie “uwieszałam” się na partnerze, po czym byłam rozżalona i zła, gdy on tracił mną zainteresowanie. A po bolesnym rozstaniu okazywało się, że zostawałam z niczym. Skupiona tylko na związku i partnerze, poddałam się ze swoimi planami i marzeniami, czego później gorzko żałowałam.

Czy związek hamuje nasz rozwój?

Nie. To my same się ograniczamy. Skupiamy się na czynnikach zewnętrznych szukając wymówek dlaczego czegoś nie możemy zrobić. Rezygnujemy ze swoich pasji na rzecz związku, po czym budzimy się z ręką w nocniku – sfrustrowane, zrzędliwe kwoki. Narzekamy, że nie mamy o czym porozmawiać z partnerem, a same ostatnią książkę przeczytałyśmy rok temu i był to Dziennik Bridget Jones. Marudzimy, że on nas nigdzie nie zabiera, a same z inicjatywą wyszłyśmy miesiąc temu i był to obiad u Twojej mamy. Zrzędzimy o porozrzucane skarpetki i nieumyte naczynia, a to wszystko dlatego, że nic innego do roboty nie mamy…

Nie obwiniaj swojego partnera o hamowanie Twojego rozwoju. TY i TYLKO Ty jesteś za siebie odpowiedzialna i TYLKO TY możesz coś ze sobą zrobić by znowu poczuć satysfakcję ze swojego życia.

Weź książkę do ręki, zapisz się na kurs, idź na jakiś wykład lub warsztaty, odśwież dawne znajomości, znajdź lub odkurz swoją pasję. Benefity z tego będą korzyścią dla obu stron.

Do dzieła!

Czy związek hamuje nasz rozwój?