Lekarstwa z lumpeksu

Poszedł Fish do lekarza. Opisał szczegółowo, jak tylko mógł, OBJAWY, które go niepokoiły. Nie miał za dużo czasu, bo lekarz na jednego pacjenta ma przeznaczone zaledwie 10 minut. Pewnie dlatego w poczekalni wisi wielka kartka: Jedna sprawa na jednej wizycie. Pan doktor, bez zastanowienia, zaczął przepisywać mu receptę. Fish poinstrułowany przez dziewczynę wegankę, spytał grzecznie, czy nie da się bez lekarstw. Odpowiedź była prosta – NIE. Więc poszedł i kupił w nadziei, że to mu pomoże.

Ja w kwestii lekarstw jestem nieugięta. Nie biorę, jeśli nie wiem co mi dolega. Wkurzyłam się, że mimo tego co mu mówiłam przed wizytą, zdecydował się jednak kupić końską dawkę lekarstw, nie wiadomo na co. Na objawy! Bo przyczyny nie są ważne dla współczesnej medycyny. Liczą się objawy i tuszowanie ich za pomocą tabletek, syropków i czopków.

Poszłam więc dzisiaj, by oddać zakupione leki. Niestety ich nie przyjęli. Powiedzieli, że zwrócone lekarstwa są “second hand” i nie mogą ich ponownie sprzedać. No ale są nieużywane! Nawet nie otwarte! Kupione w piątek wieczór, a jest poniedziałek rano! Sorry, ale takie są zasady, mogą je ode mnie przyjąć i wyrzucić do kosza, ale kasy nie dostanę.

Żeby było jasne: w UKeju, na podstawie paragonu, można zwrócić wszystko, nawet nadgryziony chleb, bo Ci nie smakował. Oddadzą Ci pieniądze i jeszcze 3 razy przeproszą za niedogodności. Nie przypuszczałam, że lekarstwa podlegają innym prawom.

Wkurzyłam się!

Po pierwsze: lekarz nawet nie spytał, czy Fish ma jakieś schorzenia, które mogłyby być przeciwskazaniem do przyjęcia przepisanych tabletek. Po drugie, nawet go nie zbadał, nie dotknął, nie zajrzał, nie osłuchał. Mam nadzieję, że chociaż miał czas na niego spojrzeć… Po trzecie: kupując lekarstwa w aptece, nie masz czasu ani nawet możliwości przeczytania ulotki, by zapoznać się z ewentualnymi efektami ubocznymi. Dlaczego więc, po przyjściu do domu i przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw nie możesz powiedzieć: Nie dziękuję, nie biorę?

Wkurza mnie, że co miesiąc zabierają z naszych portfeli kasę na służbę zdrowia, a ich ‘customer service’ i tak pozostawia wiele do życzenia. Normalnie, gdy za coś płacisz, masz prawo iść i złożyć skargę, zażalenie, reklamację. Pacjent tych praw nie ma, bo choć płaci, to jednak jest traktowany jak podmiot gorszej kategorii, który wizyty u lekarza pierwszego kontaktu ma ‘za darmo’. Wkurza mnie, że tak na prawdę w kwestii służby zdrowia mamy tak niewiele do powiedzenia. Jest to nam narzucone z góry, a każde zetknięcie z przychodnią uświadamia mi, że jesteśmy trybikiem w jakiejś maszynie. Wkurza mnie, że rezygnując z przyjmowania lekarstw, automatycznie pozbawiasz się możliwości pomocy ze strony lekarza. Bo oni inaczej nie umieją. Bo oni nie są po to, by Cię wyleczyć. Oni są po to, by przepisać Ci tabletkę, na Twoje OBJAWY (nie przyczyny) i wziąć kasę od koncernu farmaceutycznego.

Wkurzyłam się. I tyle.