Kiedy jest szczęście?

Jest czwartek wieczór. Siedzę sobie w swoim przytulnym pokoiku, w różowych spodniach od piżamy i szarym topie, który niedawno kupiłam sobie na wyprzedaży. Słucham Justina Timberlake’a przez Spotify, bo lubię, bo mogę. Popijając czerwone wino zastanawiam się, czy to jest szczęście?

Jutro piątek, piąteczek, piątunio, ale czy robi mi to różnicę? Nie żyję od weekendu do weekendu. Mam pracę, którą lubię, uwielbiam, kocham. Jest moim stylem życia, a nie tylko obowiązkiem, więc jeśli zostaję w biurze po godzinach, to dlatego że chcę, a nie dlatego że muszę. Czy to już szczęście?

Jestem wolna od wszelkich zobowiązań. Nie mam kredytów, długów, czy długoterminowych umów, nawet na telefon. Nie mam dzieci. Nie dlatego, że się nie złożyło/ułożyło. Ja tak na prawdę nigdy jakoś ich mieć nie chciałam. I to jest mój wybór. Mój. Czuję się wolna. Czy to już szczęście?

Mam swój niedzielny rytuał. Z samego rana odpalam playlistę ‘Sweet Soul Sunday’ i za każdym razem odkrywam nowy kawałek, który wyjątkowo wpada mi w ucho. Ogarniam się zakładając luzackie ciuchy i idę sobie na spacer. Po drodze kupuję ulubioną kawę. Czasami nawet uderzam do kina jak akurat coś fajnego grają. Lubię chodzić do kina. Lubię chodzić do kina sama. Lubię, gdy w kinie jest pusto, a w okolicach południa mam to zagwarantowane. To jest moja niedziela. Niedziela spędzona ze sobą, po swojemu. Czy to już szczęście?

Dostałam ostatnio podwyżkę. Mega podwyżkę. Poprosiłam o nią, bo uważałam, że jestem jej warta. Dostałam ją nie dlatego, że szef mnie lubi lub poszczęściło mi się. Zapracowałam na nią. Zdolny leń, który dokonał dobrych życiowych wyborów i znajduje się właśnie tu i teraz we właściwym miejscu, wśród właściwych ludzi. Szef mnie docenił, bo jestem zdolna. Nie, nie wstydzę się tego przyznać. To nie jest ani próżność ani pycha. To jest pewność siebie i umiejętność powiedzenia sobie: zasługujesz na to! Czy to już szczęście??

Kiedy więc jest szczęście? Gdy ja tak uważam! Moja codzienność, jest moim szczęściem. Drobne przyjemności są moim szczęściem. Dbanie o siebie jest szczęściem. Korzystanie z możliwości jest szczęściem.

Jak być sobą?

Niczego nie udawać.

Mówić, co się myśli, wyrażać, co się czuje.

Nie czuć wstydu, nie czuć się głupio.

Mówić kocham, mówić tak, mówić nie. Nie wyrzekać się łez, nie wstydzić się smutku.

Nie bać się prawdy.

Mówić, gdy chce się milczeć. Milczeć, gdy chce się mówić.

Kochać.

Nie wstydzić się miłości. Nawet tej irracjonalnej.

Przyznawać się do błędów.

Nie bać się porażek.

Wybaczać.

Kochać.

Wybaczać.

Poczuć złość i nie wyrzekać się żalu.

Zaakceptować.

Siebie i swoje uczucia.

Wybaczyć przeszłość. Zaakceptować teraźniejszość. Wyczekiwać z nadzieją przyszłości.

Nie bać się prawdy. Nie bać się bać.

Być sobą.

Uśmiechać się przez łzy, smucić w uśmiechu.

Znaleźć szczęście w miłości.

Nie bać się kochać.

Wybaczyć.

Pieprzyć konwenanse i stereotypy.

Chcieć, a nie musieć.

Kochać bez wstydu.

Wybaczyć.

Mówić o miłości, lęku, bólu, smutkach i radościach.

Otwarcie.

Uśmiechać się do szczęścia.

Mieć nadzieję i nie czuć się głupio.

Kochać.

Wybaczać.

Zapomnieć i pamiętać.

Wspominać.

Mówić prawdę. Nie bać się szczerości.

Nie bać się.

Być słabym. Być silnym.

Być sobą.

Jestem lamusem

Z Sylwestrem tak się porobiło, że jest to impreza, na którą KAŻDY musi iść, bo inaczej jest się lamusem. Skoro tak to ja oficjalnie ogłaszam, że lamusem jestem, bo zostaję w domu, by oglądać Wikingów, zajadając się sałatką grecką, a zaraz po pólnocy pójdę spać. Niepijana. Bo mogę. Bo tak chcę. Bo ja nic nie muszę. Bo mam dość tej presji, że trzeba się dobrze bawić, napić wódki i zjeść bigos.

Znajoma kiedyś miała w planie iść na imprezę sylwestrową. Poszła do fryzjera, kosmetyczki, zrobila makijaż, założyła kieckę, a gdy miała już wychodzić stwierdziła, że pierdoli to i została w domu 😉

Osobiście nieskromnie przyznam, że do tej pory najlepszego Sylwestra to miałam wtedy, gdy organizowałam go u siebie na chacie. Taki już mam chyba fetysz, że wolę być gospodarzem niż gościem. Lubię dbać o to, by ludzie dobrze się u mnie czuli i bawili. To daje mi poczucie, że jeśli inni wychodzą ode mnie zadowoleni, to misja zakończyła się sukcesem i ja się z tego cieszę.

Ok, nie będę ściemniać. Tak na prawdę marzy mi się, by kiedyś pójść na taki prawdziwy sylwestrowy bal. Najlepiej z muzyką z lat 60-70. Modnie bym się ubrała i tańczyła z jakimś kimś do białego rana. Tak tak.

Niemniej dziś zamulam i wcale się tego nie wstydzę. Siedzę w dresach, kapciach-królikach, bez makijażu. Weekend jak każdy inny. A co do jutra to cieszę się, że znowu mogę zacząć z czystą kartą. Hell yeah!

Tak więc, czy musisz obchodzić Sylwestra? Nie, nic nie musisz! Możesz robić to, co chcesz. Chcesz zostać i zamulać w domu? Zostań. Chcesz iść na imprezę, w miasto, na rynek, do klubu? Idź. Ważne żeby robić to, co TY chcesz, a nie to co myślisz, że musisz. Zamień ‘muszę’ na ‘chcę’ a wszyscy będą szczęśliwsi.

Tako rzecze Wam Gradowa.

Kobieca sinusoida

Chwilowo czuję się umysłowo lekko upośledzona. Mam spowolnioną reakcję na bodźce z zewnątrz, a odporność na stres jest znikoma. Zapytana o coś, patrzę się tępo, poszukując szarych komórek pracujących, by w efekcie odpowiedzieć ‘Co?’. Jestem bliska płaczu, gdy sprzęty wszelakie odmawiają posłuszeństwa. Nie mam się w co ubrać, bo przecież we wszystkim wyglądam grubo. Mam ochotę walnąć focha na wieczne nigdy, gdy ktoś nie odpisze mi na wiadomość w ciągu 2 minut. Ponadto budzi się we mnie hejt do świata i ludzi, czyli skłonności konfliktowe. Tylko dystans i dojrzałość ratują mnie z tej opresji.

Dojrzałość oraz świadomość. Świadomość tego w której fazie cyklu obecnie się znajduje. W TEJ fazie, kiedy wszystko jest lekkim wkurwem i wielką rozpaczą. Ale spokojnie, to tylko hormony. Zrozumienie jak funkcjonuje mój organizm na 28-dniowej osi czasu, pozwoliło mi w pełni zaakceptować swoją kobiecą naturę. Z moich osobistych doświadczeń wynika, że miesiąc podzielony jest na 5 faz.

#1

Sam okres jest tak na prawdę ulgą. Ok trochę bolesną i niekomfortową, ale jednak ulgą. Jestem w sumie szczęściarą, bo wszystko trwa u mnie zaledwie 3-4 dni. Osobiście uważam, że dzień pierwszy powinien być dniem wolnym od pracy lub przynajmniej z możliwością pracy z domu, w domowych pieleszach. Wcale nie chce mi się wtedy czekolady. Chce mi się ibupromu i snu.

#2

Następnie przychodzi 2 dniowe osłabienie. Traktuję się wtedy słodyczami (w nadmiarze) lub kawą, ale to niespecjalnie pomaga, tak samo jak nie działa walenie pilotem od TV w podłogę, gdy oczywistym jest, że trzeba po prostu wymienić baterie. W dalszym ciągu sen jest moim najlepszym przyjacielem. Sen poprzedzony kieliszkiem wina. Lub dwoma.

#3

Owulacja kojarzy mi się z rozkwitem kwiatu, który w swym pełnym kształcie jest gotowy do zapylenia. Dosłownie! Haha. Nie narzekam na swoje odbicie w lustrze. W tym czasie moja cera promienieje, oczy błyszczą. Nie będę ukrywać – jestem wyjątkowo w tym okresie wrażliwa na męskość. Męski zapach perfum potrafi mnie rozkojarzyć, a wyobrażnia podsuwa wtedy kosmate myśli. Matka natura dobrze to sobie wykombinowała.

#4

W tej fazie lubię siebie najbardziej. Jestem wtedy w pełni sobą. Odważna, wyluzowana, uśmiechnięta, przebojowa, waleczna, kobieca, pozytywna. Lubię siebie, lubię ludzi, lubię świat. Jest po prostu normalnie. Stabilnie. Nie jestem rozemocjonowana. Jestem racjonalna. Chce mi się chcieć. Obcy jest mi hejt. Tak jakby matka natura pomagała mi znaleźć partnera w rozważny sposób.

#5

Zamknięcie cyklu czyli we wstępie opisany PMS. Trochę wkurwu, trochę łez. Paradoksalnie wcale nie chce mi się być wtedy suką. Chce mi się przytulać i chce by do mnie nie gadać. Jeśli płaczę, nie pytaj dlaczego, bo odpowiem Ci wtedy, że BO TAK!

dlaczego boisz sie milosci

Dlaczego boisz się miłości?

Pęd życia. Racjonalność. Przewidywalność. Komfort. Wygoda. Strach.

Wracasz każdego dnia do pustego mieszkania i w sumie nawet nie masz czasu na to, by zastanowić się nad tym, co czujesz. Czego pragniesz. Za czym tęsknisz. Czegoś Ci brakuje, ale już sam nie wiesz czego. Odczuwasz jednocześnie jakiś nieopisany lęk, ale odpychasz go. Wypierasz, podejmując się coraz to nowych wyzwań. Biorąc na siebie coraz to nowsze zajęcia, tak że doby Ci nie starcza już nawet na sen.

Pewnego dnia pojawia się ktoś. Staje nieoczekiwanie w Twoich drzwiach i oferuje swoje serce. Na dłoni. Z pełnym pakietem emocji, ekscytacji, spokoju, pożądania, pragnień, obietnic, rozczarowań, akceptacji, miłości. Czego chce w zamian? Emocji, ekscytacji, spokoju, pożądania, pragnień, rozczarowań, akceptacji, miłości. Chce Twojego serca. Chce Ciebie. Ciebie, ale nie Twojego życia. Chce życia z Tobą, przy Tobie, obok Ciebie.

Lęk przed miłością

Kącikiem ust uśmiechasz się i chcesz wyciągnąć swoją dłoń, ale coś Cię paraliżuje. To ten starch. Trzyma Cię w swoich objęciach i nie pozwala uwolnić. Strach, który uruchamia w Twojej głowie lęki.

Boisz się, że jeśli obnażysz swoje uczucia, narazisz się na ryzyko zranienia. Na bezsilność.

Boisz się, że otwierając się na miłość, stracisz kawałek siebie, wolność, swobodę i beztroskość.

Polubiłeś swój egoizm do tego stopnia, że już się go nawet nie wypierasz. Przyznajesz się do niego otwarcie, z błyskiem w oku, dozą nieśmiałości, ale jednocześnie dumy. Jesteś panem swojego czasu, życia, świata. Wzruszasz ramionami, że taki już jesteś. Że taki byłeś, a teraz to nawet jesteś jeszcze gorszy.

Egoizm podszyty strachem. Pewność siebie podszyta strachem. Obojętność podszyta strachem.

Strachem przed uczuciem, miłością, zranieniem, odrzuceniem.

Nie przyznasz się, że czasem czujesz się samotny. To takie niemodne. Słabe, a słabości są dla mięczaków.

Boimy się poważnych decyzji, bo trzeba za nie odpowiadać. Marzymy o zmianie świata, ale często w pozycji horyzontalnej. Najbardziej lubimy babrać się w emocjach, cały czas przed czymś uciekając. ~Edyta Niewińska

Uciekając przed miłością podejmujesz ogromne ryzyko. Ryzyko utraty czegoś wartościowego. Ważnego, bo to emocje kształtują i nadają sens naszemu życiu. Miłość jest emocją. Koniec końców to ta właśnie liczy się najbardziej. Czując coś, cokolwiek, wiemy, że żyjemy. Przeżywamy.

Dlaczego wyrzekasz się więc swoich pragnień? Pragnienia bycia kochanym, akceptowanym, wysłuchanym, zauważonym. To ludzkie. To normalne. To naturalne. Naturalne potrzeby w świecie instant. Dzisiaj możesz mieć wszystko na klik, więc miłość jest czymś czego się boisz, bo tutaj nic nie dzieje się ot tak. Na miłość musisz się otworzyć. Miłość musisz przyjąć i zaakceptować. Wyrzec się lęku lub schować go w kąt. Zapomnieć o przeszłości. Wybaczyć krzywdy. Odpuścić sobie swoje grzechy. Zaryzykować. Brać garściami i dawać drugie tyle. Drugie tyle miłości.

Tylko mi nie pieprz, że nie masz czasu, że nie dasz rady, nie sprostasz, nie podołasz. To wszystko są bzdury. Bzdury, które sam sobie wmawiasz. Wymówki grosza nie warte. Każdy jest zdolny do miłości. Każdy jest wart miłości. Ok, nie chcesz znowu nawalić, zawieść, spieprzyć. A gdyby tak tym razem spróbować inaczej i ze wszystkich sił się postarać? Postarać się dotrzymać danego słowa i już na prawdę kochać tak do końca, jak kocha się tylko raz? Przecież wiem, że potrafisz. Przestań dłużej siebie oszukiwać, że Ci dobrze tak jak jest. Daj sobie szansę i przyznaj, że osoba, która stanęła dziś w Twoich drzwiach ze swoim sercem na dłoni, jest dla Ciebie wybawieniem. Spełnieniem. Pragnieniem. Weź tylko głęboki oddech i nie oglądając się za siebie, przyjmij jej pomocną dłoń…

“Nie potrafiłem jej zrozumieć. Powinienem sądzić ją według czynów, a nie słów. Czarowała mnie pięknem i zapachem. Nie powinienem nigdy od niej uciec. Powinienem odnaleźć w niej czułość pod pokrywką małych przebiegłostek. Kwiaty mają w sobie tyle sprzeczności. Lecz byłem za młody, aby umieć ją kochać.”
Antoine de Saint-Exupéry “Mały Książę”

Rzecz o porównywaniu się i zazdrości

Patrzę w lustro i sobie myślę, że w sumie to mam ładną facjatę. Nos nie za duży nie za mały, lekko okrągły. Oczy podobno zielone, ale raczej piwne. Brwi o kształcie, którego ostatnio nawet kosmetyczka mi pozazdrościła. Uszy małe, nieodstające. Cera mieszana, bez skazy, pryszcz wyskakuje tylko jeden, tylko raz w miesiącu i zawsze w tym samym miejscu. Włosy w kolorze naturalnego brązu, więc nawet jeśli ich nie pofarbuję przez miesięcy kilka, odrosty nie są aż tak widoczne. Układają sie według mojego widzimisię – mogę mieć kręcone, proste lub w twórczym nieładzie. Gdy zjadę wzrokiem nieco niżej cóż… wałeczek tu, wałeczek tam. Wcięcia i wypukłości tam gdzie być powinny. Cycki są. Duże. Pupa odstająca. Duża. Wyedukowana przez Goka wiem, że jestem klepsydrą. Ogólnie jest dobrze.

Dlaczego więc wciąż biczuję się za swoje niedoskonałości i porównuję z innymi??

Patrzę na koleżankę z pracy. Smukła blondynka o dziewczęcym wyglądzie. Zazdroszczę jej szczupłej figury. Ona zazdrości mi dużych cycków i krągłego tyłka. Nie widzę w niej żadnej skazy. Ona potrafi wymienić ich co najmniej 4 na wdechu. Lubię ją, bo jest miła, wyluzowana, czasem zabawna.

Patrzę na współlokatorkę. Wysoka brunetka o lśniących, długich do pasa włosach. Zazdroszczę jej tych włosów i tego, że wszystkie ciuchy na niej dobrze leżą. Ona także wymienia swoje skazy, które wydają mi się równie absurdalne, co odkurzacz ozdobiony kryształkami Swarovskiego. Lubię ją za pewność siebie i wytrwałość, czyli cechy, których mnie brakuje.

Patrzę na kuzynkę. Filigranowa blondynka o dużych niebieskich oczach i dziewczęcej urodzie. Czego ona w sobie nie lubi? Że jej prawe biodro jest o pól centymetra wyżej od lewego. Serio? Serio?? Gdzie?? Ja jej zazdroszczę własnego stylu i paczki znajomych, z którymi fajnie spędza czas. Nie patrzę na jej niedoskonałości. Patrzę na nią jak na całość. Nie zauważam żadnych braków, bo w świetle tego jaką jest osobą, nie maja one dla mnie żadnego znaczenia!

Dlaczego nie umiem tak spojrzeć na siebie??

Czasami mam takie dni, że nie lubię w sobie niczego. Potrafiłabym wymienić całą listę defektów swojego ciała, które moim zdaniem dyskwalifikują mnie z życia społecznego. Oczywiście nasila się to podczas PMS, ale zdarza się to także w sytuacjach, gdy spotkam akurat kogoś, kto moim zdaniem jest fajniejszy, ładniejszy, atrakcyjniejszy.

Stara a głupia…

Z tęsknotą wspominam te chwile, kiedy byłam kompletnie wyluzowana jeśli chodzi o moje niedoskonałości. Po prostu ich nie zauważałam. Akceptowałam je. Ważne było to jak się czuję i lubiłam siebie za to jaką jestem osobą. Byłam uśmiechnięta i zadowolona. Potrafiłam nawet śmiać się z tych swoich fałdek, a każda szczupła koleżanka, która narzekała przy mnie na nadprogramowe kilogramy dostawała ode mnie z liścia (tak z czułości oczywiście 🙂 ).

O co chodzi

Prawda jest taka, że to całe porównywanie się czy zazdroszczenie innym wcale nie rozchodzi się o czyiś wygląd. Ani trochę. No bo jeśli  tak się zastanowić, czy zazdrościłabym tej mojej współlokatorce długich, lśniących włosów, gdyby była wredną suką? Czy zazdrościłabym koleżance z pracy tej szczupłości, gdyby była smutną i ponurą osobą, która psuje każdemu humor swoim negatywnym nastawieniem do życia? No nie. Bo tu nie chodzi o zazdrość powierzchowną. Chodzi o zazdroszczenie innym cech, którym nam brakuje. Ja z takim samym podziwem spojrzę na dziewczynę 3 rozmiary większą ode mnie, jeśli będzie od niej tętnić pewność siebie, zadowolenie z życia i optymizm. Bo mnie tych cech na chwilę obecną brakuje!

Ja sama zgubiłam gdzieś tą swoją pewność siebie i zadowolenie z życia, a wrodzony optymizm uszedł ze mnie niczym powietrze z balona. Na pierwszy rzut oka ciężko to stwierdzić, bo kamuflaż opanowałam do perfekcji. Tęsknie za tymi cechami, bo pozwalały mi być w pełni sobą. Na szczęście wiem kiedy i dlaczego to się stało i teraz moim głównym celem jest ich odzyskanie. Odzyskanie siebie. Aby to zrobić, muszę na nowo zagłębić się w siebie. Poznać lub przypomnieć sobie, co lubię a czego nie. Dojść ponownie do tego, kim właściwie jestem.

Chcę porównywać się już tylko sama ze sobą, mierząc efekty swojej pracy nad sobą. Nie chcę już innym niczego zazdrościć, bo to czyni ze mnie zgorzkniałą i smutną osobę. A ja zasługuję na więcej, bo jestem zodiakalną lwicą – silną, zdecydowaną i optymistyczną.

Jeżeli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie. – Bogusław Sztorc

Nic mi nie jest, po prostu mam doła

Spytałam ostatnio mojego GP czy może mnie wysłać na jakąś konsultację psychologiczną, bo sobie kurwa nie radzę. Spytała czy uważam się za osobę depresyjną. Nie umiałam odpowiedzieć że tak, bo bałam się, że jak to powiem na głos, to nie będzie już odwrotu. Powiedziałam, że nie jestem szczęśliwa. Szczęściara – tak. Nie mogę narzekać –tak. Ale czy jestem szczęśliwa? Nie.

Byłam kiedyś szczęśliwa. Przez chwilę, ale ktoś mi to szczęśćie odebrał i od tamtej pory nie umiem tego odzyskać. Nieudolnie próbuję, ale nie wychodzi.

Jestem smutną blogerką. Roztrzaskaną. Samotną.

Niech mi nikt nie pieprzy, że wszystko zależy ode mnie, że mogę wszystko, bo to gówno prawda.

Zbudowałam wokół siebie mur. Dla obrony przed skrzywdzeniem. Czasami komuś udaje się go zburzyć, ale zaraz potem przychodzi rozczarowanie, więc cegiełki muszę nadbudowywać znowu coraz wyżej i wyżej. Cierpię po cichu, jak koń, nie wydając z siebie żadnych odgłosów. Płaczę tak, żeby nikt nie widział, a łzy suszę nim zdążą spłynąć po moim policzku.

Zaczynam wątpić czy ja jeszcze potrafię być szczęśliwa. Uśmiecham się, ale bardzo często zaraz potem czuję jeszcze większy ścisk w żołądku. Tak jakby coś nieustannie we mnie krzyczało ‘pomocy!’ a jednocześnie nie umiałabym tej pomocy przyjąć. Bo kogo to obchodzi? Jakim prawem ja mam kogoś obarczać swoim smutkiem? Swoimi problemami?

Mój blog czasami jest smutny, bo gdy mam w sobie ból, to muszę go wyrazić. Czasami nachodzi mnie myśl, że to głupie tak się czuć, ale czemu smutek jest głupi? Smutek boli. Tak bardzo boli! Ale jest normalną emocją tak jak radość czy tęsknota…

jak się ogarnąć

Jak przekonać siebie do bycia KIMŚ?

– Gradowa co z tym Twoim blogiem? Nic nie piszesz ostatnio.

– No wiem, ale tak jakoś straciłam natchnienie.

– Czemu? Coś się stało? Przecież wszystko tak dobrze szło!

No właśnie… i to mnie przerosło!

Łatwiej jest być przeciętniakiem

O ile początkowy fejm był fajny, sprawiał radość i dawał kopa, o tyle w którymś momencie spanikowałam. Nie mieściło się w tej mojej małej zakompleksionej głowie, że ja na prawdę mogę być KIMŚ. Że mogę być GRADOWĄ, którą zawsze chciałam być, a ludzie będą o mnie mówić. Gadać. I to gadać POZYTYWNIE. Przecież od małego wpajano mi, że ludzie będą się ze mnie śmiać! Skąd więc nagle tyle osób twierdzi, że ja jestem spoko? Skąd nagle dostaję wiadomości w stylu ” Magda to jest na prawdę dobre. Jestem pod ogromnym wrażeniem.“!? Serio? To przecież nie ja! Ja przecież miałam być przeciętniakiem! Pojść na studia, znaleźć stabilną pracę, założyć rodzinę, wieczorami oglądać “M jak miłość”, a w niedzielę jeść schabowego.

Serio!?

Wymyśliłam sobie bloga i się porobiło! Dawna przyjaciółka przełamała się, by napisać mi maila, w którym przyznaje, że byłam jej na prawdę bliska, wyrażając jednocześnie swój podziw wobec moich tekstów! Mój ex pogratulował mi mojego bloga i tego w jaki sposób się rozwinęłam! Mój znajomy poleca gradowa.pl przy każdej okazji, gdy ktoś akurat wspomina mu o swoich kiepskich relacjach z mamą! A moja mama!? Moja mama napisała mi, że mam lekkie pióro, którego mi zazdrości i że jest ze mnie dumna!

Moja mama jest ze mnie DUMNA!!!! Tego już na prawdę za wiele!!!!

I jak tu nie spanikować!? Ja na prawdę nie wiedziałam co ze sobą zrobić! Ja wciąż nie wiem! Jestem strasznie pogubiona. Ten strach przed zmianą paraliżuje mnie! Muszę siebie przekonać, że GRADOWA jest osobą, która na prawdę może być wyjątkowa. Nie musi być przeciętniakiem, a ludzie wcale nie będą się z niej śmiali!

Wstyd

W jednym z moich tekstów przyznałam się, że stałam się swoim największym wrogiem. To było 4 miesiące temu…

Wstyd mi, bo uznałam, że życie przeciętniaka jest wygodniejsze i prostsze. Że łatwiej jest poużalać się nad sobą, zwalić winę na innych, podążać utartymi schematami, niż wytrwać na nowej ścieżce i osiągnąć w życiu coś więcej. Łatwiej jest być starą wersją siebie, niż odgruzować ukryte talenty i predyspozycje. Łatwiej jest nielubić siebie i przyjąć bierną postawę ofiary losu, niż stać się KIMŚ, udowadniając sobie i innym, że można i że warto.

Nie zamierzam się biczować za to, że od tamtego czasu niewiele się zmieniło, bo emocje które mną targały były trudne, a ja sama nie do końca chyba rozumiałam skąd to się wzięło. Teraz wiem, co wcale nie oznacza, że z dnia na dzień wszystko się zmieni. Oczywiście, że to zależy tylko ode mnie. Oczywiście, że tylko ja mogę coś z tym zrobić i zawalczyć o siebie. O nową siebie. O Gradową, którą zawsze chciałam być. Niemniej porzucenie utartych schematów to jest proces. Długotrwały proces, który wymaga ogromnego poświęcenia, a przede wszystkim świadomego zaangażowania. Nie będzie łatwo, ale chcę doświadczyć tej zmiany.

Paradoksem jest fakt, że za każdym razem, gdy opublikowałam tekst, czułam niesamowity przypływ satysfakcji. Tak jakby każdy jeden post był moim małym osobistym sukcesem. I nie myślałam o komentarzach, odsłonach czy lajkach. Cieszył mnie sam fakt, że poświęciłam swój czas na coś, co jest dla mnie ważne, a przede wszystkim tylko moje.

Dlaczego więc porzucam coś co mnie uszczęśliwia? Bo łatwiej jest być przeciętniakiem i marnować czas na rzeczy, które niewiele wnoszą do naszego życia. Bo nikt nigdy nie pielęgnował we mnie przeświadczenia, że ja coś potrafię i mogę coś osiągnąć. Nikt nigdy nie nauczył mnie i nie pokazał mi, że w życiu można być szczęśliwym. Teraz muszę uczyć się tego sama i jest to cholernie trudne!

she believed she could

so she did

1 2 3 4 7