mama się obraziła

Nie milcz do mnie, czyli o karaniu ciszą

Jedną z najtrudniejszych umiejętności w relacjach międzyludzkich jest zdolność milczenia w swoim towarzystwie. O ile osobiście nie czuję potrzeby ględzenia o bzdetach tylko po to, by uniknąć ‘niezręcznej ciszy’, o tyle cholernie trudno mi odnaleźć się w sytuacji, gdy ktoś nagle przestaje się odzywać, bo zmienił mu się humor.

Mama się obraziła

Taki schemat wyniosłam z domu. Nie pamiętam ani kłótni ani awantur, za to doskonale przypominam sobie te chwile, kiedy rodzice mieli ciche dni lub mama nagle przestawała się do mnie odzywać. Nie rozumiałam dlaczego to robi, ale zawsze brałam to do siebie, przekonana, że coś przeskrobałam. Nie wymyśliłam sobie tego z dnia na dzień. Mama taki miała styl. Wolała się na mnie obrazić, niż po prostu mnie opierniczyć. Powiem wam, że karanie ciszą jest nagorszym doświadczeniem dla dziecka. Bo siedziałam zamknięta w pokoju i zastanawiałam się ‘o co chodzi?’. Próbowałam się domyślać, co tym razem zrobiłam źle. A nawet jeśli wiedziałam z czym narozrabiałam, to i tak tego nie rozumiałam. No bo jeśli mama się nie odzywa z powodu dwóji z historii lub zbitej szklanki, to muszę być bardzo złym dzieckiem. Na pewno jestem jej rozczarowaniem i do niczego już się nie nadaje. Mama mnie już nie kocha. Nie lubi. Nie chce.

Cholernie mnie to bolało i bardziej bałam się tego, że się mama obrazi, niż nakrzyczy.

Traumę tą przeniosłam później w dorosłe życie. Nie umialam sobie poradzić z sytuacjami, gdy ktoś do mnie milczał. Wywoływało to u mnie strach, że milczenie oznacza koniec relacji. Bardzo długo musiałam na nowo się uczyć, że nie jestem odpowiedzialna za czyjeś nastroje, że nie jestem odpowiedzialna, za czyiś zły dzień, a przede wszystkim, że nie wszystko kręci się wokól mojej osoby. W zasadzie to wciąż się tego uczę!

Trauma a dorosłość

Mój szef miał ostatnio jakiś zły dzień. Tak się jakoś złożyło, że wiele spraw się posypało, a pracownicy nie podążali za jego schematem myślenia. Gdy przyszłam do pracy nie było jeszcze nikogo poza nim. Siedział w drugim pokoju i stukał w klawiaturę mail za mailem. Ucięłam z nim krótką pogawętkę, ale czułam, że jest nie w sosie i szuka kozła ofiarnego. Wolałam się więc usunąć z jego pola widzenia. Choć domyślałam się za co może być zły, siedziałam przed swoim laptopem i nad niczym nie mogłam się skupić. Myślałam tylko o tym, czy mój szef jest na mnie obrażony?

Bałam się, że nasłuchuje i ocenia każdy mój ruch. Dręczyła mnie myśl, że jest pewnie ze mnie niezadowolony, że może ten mail co wczoraj wysłałam był zbyt bezpośredni, albo może ktoś mu na mnie ponarzekał i teraz on nie wie jak mi to powiedzieć. Albo obwinia mnie, że zespół jest taki jakiś niezdyscyplinowany i wszyscy się wiecznie do pracy spóźniają.

No więc siedziałam w tej swojej dziecięcej traumie i za cholere nie mogłam powstrzymać tych wszystkich absurdalnych myśli. Choć rozsądek cały czas mi powtarzał ‘weź się Gradowa nie wygłupiaj, bądź dorosła, to nie ma nic wspolnego z tobą’, to jednak mój mózg był sparaliżowany. I nie przesadzę, jeśli wam napiszę, że pół dnia z tego stanu wychodziłam, by w końcu o tym zapomnieć i oprzytomnieć.

Czasami tak mam

Z bólem muszę się przyznać, że czasami sama przyjmuję postawę biernej agresji w postaci obrażania się. Choć robię to już zdecydowanie mniej to jednak wciąż łapię się na tym, by zamiast wyrzucić z siebie, co mi leży na sercu, ja siedzę i mielę te swoje emocje gdzieś głęboko w sobie. –Co się stało? -Nic. No bo ja się kurcze nie umiem kłócić. Ja się umiem obrażać i tłumić te emocje w sobie.

Na szczęście jest jakaś nadzieja. Z wiekiem niektórzy jednak mądrzeją i dojrzewają,a ja jednak zaliczam się do tych szczęśliwców.

Jak sobie z tym radzę?

Przede wszystkim, nie biorę odpowiedzialności za czyjeś humory, dobre/złe dni, nastroje, okresy, niepowodzenia, niskie poczucie własnej wartości czy brak asertywności. Jeśli ktoś faktycznie obraża się na mnie za powyższe, to jedyne na co ja mam wtedy ochotę, to zignorować i zająć się swoimi sprawami. Miałam kiedyś w pracy taką koleżankę, która średnio raz na tydzień przychodziła do biura z fochem. Czasami miało to związek ze mną, czasami nie. Po paru miesiącach dopytywania za każdym razem ‘co się stało?‘ i słyszeniu odpowiedzi ‘nic’, z tonem, który mrozi otoczenie i wzrokiem, który zabija, poddałam się.

Sytuacja z szefem była jakimś wyjątkiem od powyższej reguły, którą wyznaję na co dzień, niemniej czasami jednak te traumy z dzieciństwa mnie dopadają i coż mogę począć. Jestem tylko człowiekem. Jestem też kobietą, która przed okresem staje się bardziej wrażliwa i drażliwa niż normalnie i  ot problem gotowy. Generalnie jednak wrzucam na luz i kompletnie nie zajmuję się czyimiś nastrojami. Szkoda mojego czasu i energii.

Ponadto warto zrozumieć taki fakt, że jeśli ktoś przelewa na nas swoje złe nastroje i frustracje, to jest to tylko i wyłącznie tej osoby problem. Ja nie biorę tego do siebie, a Ty nie oczekuj ode mnie, że ja się domyślę, o co Ci chodzi i co się stało. Ja lubię jasne sytuacje. Oczywiście zdarzają się wyjątki od tej reguły, ale wyjątki są po to, by CZASAMI występowały.

Nie milcz do mnie

Także ten… nie lubię jak ktoś do mnie milczy. Nie znoszę wręcz! Krępuje mnie to, męczy i uruchamia dziecięce traumy. Choć regularnie ćwiczę zarządzanie swoimi myślami, to przychodzą takie momenty, że odzywa się we mnie głos tej małej dziewczynki, na którą mama się kiedyś obrażała za to, że spóźniła się 10 minut lub próbowała się kłocić, by wywalczyć swoją tożsamość. Odzywa się we mnie ta mała dziewczynka, której rodzice się nie kłócili, ale z dnia na dzień potrafili przestać ze sobą rozmawiać i ja czułam się temu winna, bo nie wiedziałam o co chodzi. Głos tej małej dziewczynki, która bała się w te dni wyjść ze swojego pokoju, by nie usłyszeć… ciszy.

Dlatego nie milcz do mnie. Opiernicz mnie, zrób mi awanturę, skrytykuj lub wypłacz mi się do rękawa, ale nie rób tej jednej rzeczy….

Nie milcz co mnie.

relacje matka córka

Nasi rodzice kiedyś odejdą. Na zawsze.

Są takie sprawy, o których w ogóle nie chcę myśleć. Sprawy, których nawet nie chcę dopuszczać do swojej świadomości. Odmawiam ich istnienia. Bo się boję. Boję się, że przyjdzie taki dzień, że będę musiała stawić im czoła, a mnie zaleje wtedy fala smutku i rozpaczy, bo już nic nigdy nie będzie takie samo…

Koleżance z pracy umarł niedawno ojciec. Chciałam jej coś napisać, by wiedziała, że jestem z nią myślami, ale miałam kompletną pustkę w głowie. Bo jakie słowa będą w stanie na prawdę oddać to, że cholernie mi przykro z tego powodu? Nie mogłam napisać “rozumiem przez co przechodzisz“, bo sama nie doświadczyłam takiej straty. Napisanie “Twój tato jest teraz w lepszym miejscu” uważam za wysoce niestosowne, a “czas leczy rany” jest absurdem. Napisałam więc to, co sama chciałabym w takiej sytuacji usłyszeć, ale to słowa mojego szefa trafiły w sedno i po przeczytaniu ich, sama miałam łzy w oczach. “Kiedy odchodzą nasi rodzice, uświadamiamy sobie, jak ważnymi osobami byli oni w naszym życiu…

Tego dnia, wieczorem, siedząc na łóżku, zerknęłam kątem oka na zdjęcie wiszące nad moim biurkiem. Zdjęcie moje i mojej mamy z wyjazdu nad morze dokładnie dwa lata temu. Zabrałam ją do Władysławowa z okazji jej urodzin, bo chciałam spełnić jej marzenie. Wiedziałam, jak kocha polski Bałtyk, a baaardzo dawno go nie widziała. Chciałam, by była choć przez chwilę szczęśliwa. Pamiętam jej zadowolenie i radość. Cieszyła się jak dziecko.

Wpatrywałam się w to zdjęcie i wyobraziłam sobie, że jej już nie ma…

Moje oczy zaszły łzami.

To był ten moment, kiedy nagle uświadomiłam sobie, że moi rodzie kiedyś odejdą. Na zawsze.

Najbardziej przeraża mnie fakt, że ja jestem tutaj, a oni tam. Że w każdej chwili mogę dostać telefon z wiadomością, która sprawi, że już nic nie będzie takie jak dawniej. A jeszcze bardziej boję się tego, że stanie się to w chwili, kiedy w sercu wciąż będę nosiła ten żal, który pielęgnuję od jakiegoś czasu na blogu.

Ja wiem, że to co piszę o relacjach matka-córka jest tematem ważnym nie tylko dla mnie, ale także dla Was. Wielokrotnie już dostawałam wiadomości lub komentarze, że moje teksty w pełni oddają to, co Wy czujecie w stosunku do swoich matek. I ja wiem, że to wszystko jest kurewsko trudne, bo z jednej strony je kochamy i chcemy być z nimi blisko, a z drugiej nie chcemy być poddawane wiecznym manipulacjom i szantażom emocjonalnym. Z jednej strony doceniamy ich wkład w nasze życie, a z drugiej chciałybyśmy, by przestały się w końcu wtrącać. Z jednej strony chcemy, by powiedziały, że nas rozumieją, a z drugiej, nie potrafimy okazać krzty wyrozumiałości wobec nich.

Ogarnięta nostalgią, chciałam spróbować moją mamę zrozumieć, a przynajmniej zastanowić się nad tym, jakie ona miała dzieciństwo. Z tego co wiem, nie miała lekko, bo wychowała się w domu, w którym kary cielesne były normalnym elementem wychowania. I nie mówię o zwykłym klapsie. Mówię o prawdziwym bólu, łzach i płaczu. Przeżywszy to wszystko, obiecała ona sobie, iż nigdy na nas ręki nie podniesie. I słowa dotrzymała, za co jestem jej ogromnie wdzięczna.

Najbardziej podziwiam ją jednak za to, że pomimo swoich przykrych doświadczeń w domu, o swoich rodzicach zawsze wyrażała się z prawdziwym szacunkiem i miłością. Moją babcią, swoją mamą, opiekowała się do końca jej dni, gdy ta zachorowała na Alzheimera. Nigdy nie miała wątpliwości, że mama ją bardzo kochała. Co do dziadka to mam mieszane uczucia, bo gdy o nim mówiła, wydawało mi się, że jej duma jest jednocześnie podszyta strachem i niechęcią, choć mogę się mylić. Na pewno nie będę jej osądzać. W tej kwestii absolutnie ją rozumiem.

Choć do pełni zrozumienia i akceptacji postępowań mojej mamy potrzebuję jeszcze trochę czasu, to uważam, że jestem na dobrej drodze. Wyobrażenie sobie, że moich rodziców już nie ma, tak na zawsze, pozwoliło mi otworzyć się na dialog, a jednocześnie zaprzestałam pielęgnować żal. Sporo mi jeszcze leży na sercu i bardzo bym chciała się z tego oczyścić, nie chcę tego jednak robić w sposób pozbawiony jakichkolwiek pozytywnych uczuć w stosunku do moich rodziców. Bo są oni na prawdę ważnymi dla mnie osobami.


Tak mi się wydaje, że cholernie trudno jest być rodzicem. Wyobrażam sobie też, że jeszcze trudniej jest usłyszeć od swoich dzieci zarzuty pod swoim adresem. Moja mama zniosła to dzielnie, lepiej niż zakładałam. Jak niektórzy już wiedzą, mama przeczytała mojego bloga. Jak na niego trafiła? Nie wierzę co prawda w ‘przypadki’, ale PRZYPADKIEM wysłałam jej adres odpowiadając na maila. Wizytówkę miałam ustawioną jako podpis i tym razem ‘zapomniałam’ usunąć. Napisała do mnie w dwa dni później. Chyba nie doceniałam mojej mamy…

Piszesz i myślisz mądrze i pięknie, a przede wszystkim nie boisz się mówić szczerze, to co leży Ci na sercu, a to cenię sobie najbardziej. Ja postaram się to z całego serca zrozumieć. To dobra lekcja życia ale i trudna. A czy ktoś obiecał, że życie będzie łatwe?

Patrzę więc sobie znowu na to nasze zdjęcie znad morza i sobie myślę, że kurcze… moja mama w wielu sprawach nawaliła i często wypowiadała słowa, których nie powinna była wypowiadać do swoich dzieci, ale nas kochała. Na swój sposób. No i nigdy nie podważałam faktu, że jest dobrym człowiekiem. Tylko takim troche… nieidealnym. No ale KURDE! Nikt nie jest idealny! I żeby było jasne – ja próbę dialogu podejmowałam kilkukrotnie, ale dopiero mój blog do niej przemówił. A może to po prostu czas był teraz bardziej właściwy?

Tym tekstem chciałabym was zachęcić, by podejmować próby dialogu. Na różne sposoby. Pamiętajcie, że wam jest ciężko stawić czoła demonom z przeszłości, ale naszym rodzicom jest też trudno przyjąć do wiadomości i zaakceptować fakt, że ich własne dzieci ich krytykują i podważają sposób wychowania. Opór i wyparcie jest naturalną reakcją. Nawet jeśli wasi rodzice nie wykażą się takim zrozumieniem jak moja mama, to przynajmniej sami przed sobą będziecie mogli powiedzieć, że próbowaliście.

Bo nasi rodzice są ważnymi osobami w naszym życiu. I oni kiedyś odejdą. Na zawsze.

To nie kwestia szczęścia tylko kwestia wyborów

Kiedy w pierwszy dzień nowej pracy świeci słońce, pomimo zapowiadanego deszczu, kiedy jest ciepło, pomimo że to dopiero początek angielskiej wiosny, kiedy pociąg przyjeżdża na czas, a autobus nie stoi w korku, kiedy przybywasz na spotkanie chwilę przed umówioną godziną, by mieć 5 minut dla siebie na szybkie przypudrowanie nosa i złapanie oddechu – to się nazywa szczęście.

Co tu dużo mówić. Teraz z perspektywy osoby, której w końcu się układa, mogę śmiało powiedzieć, że jest mi dobrze. Dostaję to czego chcę. Pomimo że jestem leniem i panikarą, zawsze spadam na cztery łapy. Nie jestem ani hipochondryczką ani histeryczką, ale czasami zdarza mi się wyolbrzymiać sytuację, w której się znajduję. Panikuję, bo jestem niecierpliwą bestią i wszystko chcę teraz i od razu.

Nową pracę dostałam w 6 tygodni. Gdybym chciała jakąkolwiek, znalazłabym ją w jeden dzień, ale ja chciałam, by była wyjątkowa, wymarzona i na miarę moich kwalifikacji i doświadczenia. W moim wieku już nie wypada się cofać i zaniżać swoich oczekiwań. Trzeba się cenić. Dlatego ryzykowałam. Dwa razy odwołałam spotkanie, raz uciekłam z firmy nim doszło do rozmowy, ze trzy razy nie odpisałam na maila lub odezwałam się z opóźnieniem. Nazwij to głupotą, ja Ci powiem, że to intuicja raczej.

To nie kwestia szczęścia tylko kwestia wyborów

Gdy pierwszy raz zadzwonili do mnie w sprawie obecnej pracy – byłam chora. Głosu to prawie nie miałam i w zasadzie z góry uprzedziłam, że w tej rozmowie ja będę osobą która słucha. Maksimum, które z siebie wykrzesiłam to “Ok” “Yeah” i “Yes I used to do that”. Po kilku dniach dostałam maila z opisem stanowiska i kilkoma pytaniami. Odpisałam na drugi dzień dopiero. Zaprosili mnie na interview z 2 tygodniowym wyprzedzeniem. Nie traktowałam tego poważnie, bo początkowo miała to być robota na niepełny etat. Prawie o tym zapomniałam. Dzień przed ustalonym terminem, byłam bliska odwołania wszystkiego, przekonana, że i tak chcę wyjechać z Londynu. Do dzisiaj nie wiem, czemu ten mail nie poszedł w świat! Intuicja jakaś.

Po godzinie gwiazdorzenia i opowiadania, jakim to byłam pracownikiem roku, wiedziałam, że mam tą pracę w kieszeni, a spotkanie z szefem szefów to czysta formalność. Ale nauczona doświadczeniem postanowiłam nie skakać jeszcze z radości, nie pić szampana i nie wydawać niezarobionych milionów. No dobra, kupiłam sobie balerinki za £20, w drodze na kolejne interview.

Dzisiaj mam szefa, który jest inteligentnym człowiekiem z poczuciem humoru. Do swoich pracowników odnosi się z szacunkiem. Każdego obdarza zaufaniem i wspiera swoją wiedzą. Mam swoje biurko, dostałam firmowego laptopa. Nikt mi nie patrzy przez ramię, nie rozlicza z ilości wypitej kawy, częstotliwości wyjścia do toalety, nie odmierza czasu spędzonego na przerwie. Współpracownicy przywitali mnie niezmiernie ciepło i życzliwie. Będę zarabiać przyzwoite pieniądze, takie które w końcu pozwolą mi wyjść z długów i odłożyć coś na czarną godzinę.

Plan miałam taki, by znaleźć mieszkanie/pokój w odległości nie większej niż 15 minut piechotą od pracy. Siedzę teraz w przytulnym, jasnym, ciepłym i ślicznym pokoiku, który mogłam urządzić całkowicie po swojemu. Nikt mnie nie rozlicza z przybitych gwoździ do ściany, nikt mi nie grzebał w wyciągu bankowym przed wprowadzką, nikt nie zabrania zapraszać do siebie znajomych na weekend. Dwupoziomowe mieszkanie z dużym salonem, toaletą na przeciw mojego pokoju oraz dwiema łazienkami na górze, współdzielę z czterema super babkami. Wszystkie w moim przedziale wiekowym. Okolica jest spokojna. Duże okno mam z widokiem na zielony skwer oraz ładny budynek mieszkalny, który jest w odpowiedniej odległości, by nie czuć się podglądaną. Nie słychać już karetek jadących na sygnale, ruchu ulicznego, czy walczących ze sobą w nocy lisów, które brzmią jakby obdzierali kogoś ze skóry.

Do pracy idę piechotą 10 minut. Po drodze mogę kupić sobie ulubioną sojową latte z syropem orzechowym oraz wstąpić do Waitrose’a i zaopatrzyć się w świeże pieczywo na śniadanie. Po przeciwnej stronie ulicy mojego biura znajduje się siłownia, żebym mogła chodzić na zajęcia bez wymówek (bo lata wciąż lecą, a dupa nie maleje). W okolicy znajduje się także mój ulubiony pub, restauracja, sklep z ciuchami oraz dwie sieciówkowe drogerie, gdyby zachciało mi się nowego lakieru do paznokci. Stacja kolejowa jest w połowie drogi między biurem a moim mieszkaniem, a do centrum Londynu mogę się dostać w zaledwie 15 minut pociągiem. No dobra w 20!

Patrzę sobie na moje życie i się uśmiecham, bo choć nie wiem, gdzie będę za kilka lat, dziś wiem, że jest mi dobrze i jestem szczęśliwa. Dziś wiem i rozumiem, że życie to nieustanne wzloty i upadki. Dziś wiem, że po burzy na prawdę wychodzi słońce, a z każdego dołka da się podnieść. Dziś wiem, że czasami trzeba sobie popłakać, wpaść w sezonową depresję, zaryzykować i coś stracić, by później docenić dary losu.

MARZEC 2016 BYŁ SPOKO – czyli pozytywne podsumowanie miesiąca

Ktokolwiek twierdzi, że listopad jest najgorszym miesiącem, to muszę się z tym nie zgodzić, gdyż osobiście uważam pierwszy kwartał roku za zdecydowanie mniej przyjazny. Styczeń jest ciemny, długi i ponury. Postanowienia noworoczne dają chwilowego kopa, ale zaraz potem przychodzi nijaki luty, który niby ma już dłuższe dni, ale często jeszcze sypnie śniegiem, zimnem i depresją. Marzec daje nadzieję, zwłaszcza jego druga połowa. Słońce przypomina o nadchodzącej wiośnie, a przestawienie zegarków nastraja optymistycznie do zmian. Na bok smutki! Podsumowanie miesiąca będzie pozytywne!

Na początek małe wyjaśnienie dotyczące bloga.

Jak niektórzy zauważyli, o czym zostałam kilkakrotnie poinformowana, był chwilowy zastój z postami. Wena przychodziła i odchodziła, ale w większości przypadków, byłyby to teksty w nastroju ponurym. Wiem, że cenicie mnie za moją autentyczność, ale nie chciałam by mój blog był miejscem depresyjnym. Przeżywanie niektórych emocji wolałam zostawić dla siebie, tym bardziej, że w pewnym momencie czułam się jak na jakimś roller coasterze. Euforia mieszała mi się ze smutkiem, radość z niepewnością i rozczarowaniem, a nadzieja ze złością. Najtrudniej mi było podczas choroby, kiedy to człowiek jest kompletnie bez sił i jedyne na co ma ochotę, to leżeć w łóżku i spać. Złościła mnie moja bezradność, tym bardziej, że akurat szukałam pracy i nie mogłam (nie chciałam) sobie pozwolić na taką bezczynność. Chwilami to łzy same spływały mi po policzku, a dwa razy to wyłam jak pies i nie rozumiałam dlaczego to wszystko tak intensywnie przeżywam. Z jednej strony bałam się zmian, z drugiej byłam niepewna swoich decyzji, a z trzeciej to po prostu wpadałam w panikę. Paradoksalnie łatwiej przyszło mi wyjechać z Polski i przeprowadzić się do Londynu, niż teraz zaczynając pewne rzeczy od nowa, ale jednak mniej rewolucyjnie. Nie chcę was teraz zagłębiać w szczegóły, bo na to przyjdzie pora w osobnym poście.

Pozytywności
czyli co się u mnie ostatnio działo?

Z tych ważniejszych – to szukałam pracy i ją dostałam!!! Tak bardzo trzymałam swoje emocje na wodzy do ostatniej chwili, że gdy otrzymałam maila z ofertą współpracy nie umiałam się cieszyć! 🙂 Ale tak serio, to jest dobrze. Mega wyzwanie, ale całkowicie spełnia moje oczekiwania. Warto było poczekać, a czasami to nawet zaryzykować. Dzięki temu zrozumiałam, że bardzo często sprawy układają się tak, a nie inaczej, bo TAK WŁAŚNIE MUSIAŁO BYĆ! Kilka razy zostałam odrzucona w końcowym procesie rekrutacji, ale po to, by ostatecznie otrzymać to czego szukałam, a nawet więcej! Dziękuję wszystkim, którzy mi kibicowali i pomagali! :*

Przeprowadzam się! Tak bardzo nie chciałam już mieszkać w Londynie, że w pewnym momencie wymyśliłam sobie, że wyniosę się nad morze – do Bournemouth. Byłam mega pozytywnie nastawiona na tą zmianę, bo wiecie – morze!! piaszczysta plaża!!! morze!!! morze!!! Ponadto mieszka tam Ewelina z Vegan Island i już prawie planowałyśmy weekendowe clubbingowanie i rowerowe wycieczki 🙂 Los jednak chciał inaczej i przeprowadzam się na południe (jeszcze) Londynu, w okolice Surrey. ALE SIĘ CIESZĘ!! Jest tam na prawdę cudownie, bo wszystko jest w zasięgu ręki, a do centrum mam zaledwie 15 minut pociągiem!! Taki Londyn-nie-Londyn, więc I-D-E-A-L-N-I-E. To jednak nie koniec atrakcji. Do pracy będę miała 10 minut piechotą, a siłownia jest dosłownie po przeciwnej stronie ulicy od mojego biura!! Żyć nie umierać! Dziękuję! 🙂

GRADOWA POLECA

Pomiędzy użalaniem się nad sobą, chorowaniem i wysyłaniem CV, wypełniałam swój czas serialami, ale czasami porzucałam burrito style i wypuszczałam się w miasto na pokazy na żywo. Za każdym razem myślałam sobie, że oglądanie występów z widowni, a nie z kanapy, to na prawdę wyjątkowe przeżycie! Postanowiłam sobie, że będę częściej pozwalać sobie na taką przyjemność.

STOMP

Nigdy wcześniej o tym nie słyszałam. Nigdy by mi nawet do głowy nie przyszło, by się na coś takiego wybrać, ale ponieważ Fish jest specjalistą od wyszukiwania super okazji, więc w zaledwie kilka minut musiałam podjąć decyzję, czy chcę iść na to przedstawienie. Po obejrzeniu kilku minut na YT stwierdziłam, że to może być ciekawe doświadczenie. I wiecie co? O-M-G! Na prawdę NIE PAMIĘTAM KIEDY OSTATNI RAZ TAK DOBRZE SIĘ BAWIŁAM! Ja należę do bardzo wymagających widzów i na prawdę trudno mnie czymś zaskoczyć i zadowolić, zwłaszcza z moim podejściem – płacę-wymagam 🙂 STOMP był warty każdego wydanego funta! 2 godziny minęły mi nie wiem kiedy, a na jednej scen to AUTENTYCZNIE POPŁAKAŁAM SIĘ ze śmiechu! Chętnie wybrałabym się ponownie! O co w tym chodzi? Najlepiej jeśli sami zobaczycie, bo tego po prostu nie da się opisać słowami! Jeżeli wybieracie się do Londynu, koniecznie wpiszcie to na swoją listę atrakcji. Więcej szczegółów znajdziecie na stronie: stomplondon.com

[su_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=NR1RMh4dexw” width=”300″ height=”200″]

DAVE GORMAN

Odkąd jestem w Anglii odkryłam sporo komików, którzy na prawdę mnie śmieszą. Lubię sarkastyczny i inteligentny humor. Za sprawą Fisha (znowu) miałam przyjemność obejrzeć na żywo występ Dave’a Gorman’a. W niezwykle trafny sposób obnaża on absurdy współczesnego świata, wyśmiewa idiotyczne komentarze w internecie oraz podważa sensowność wielu panującyh trendów. Uwielbiam naśmiewać się z głupoty, a on robi to po mistrzowsku. Polecam każdemu! 🙂

2016-03-31 20.01.32

AVENUE-Q

Pamiętacie Muppety? Avenue-Q to takie Muppety dla dorosłych. W formie musicalu. Dialogi przeplatane piosenkami. Byłam bardzo sceptycznie nastawiona, a sam zamysł trzymania kukiełki w ręku przez aktora nie specjalnie mi się podobał. Niemniej ujęły mnie poruszane tematy, życiowe ale często i kontrowersyjne.Najbardziej trafiła do mnie piosenka “It sucks to be me”. Pokazuje, że każdy widzi swoje problemy jako najgorsze na świecie, że każdy na coś narzeka, że każdy ma coś, co go martwi i dołuje, choć na codzień niekoniecznie to okazuje. Poza tym, to każdy jest odrobinę rasistą, internet to pornografia, a miłość to najbardziej pożądana “rzecz” na świecie. Cały występ można oczywiście obejrzeć na YT, ale to nie to samo.

[su_youtube url=”https://www.youtube.com/watch?v=d0Tof22bvuk” width=”300″ height=”200″]

Wdzięczności

Chciałabym, przy okazji mojego pozytywnego podsumowania miesiąca, podziękować moim wiernym czytelnikom, że są ze mną, nawet gdy mnie nie ma i podtrzymują na duchu w chwilach słabości. Przepraszam, jeśli nie odpisałam na jakiś komentarz! 🙁 Dziękuję moim przyjaciołom, którzy przypominają mi o sobie, gdy ja w przyjaźń wątpię (za co przepraszam). Dziękuję Berenice z Lepiej myśleć niż nie oraz Kindze z My Little Planet za polecenie mojego bloga w Shareweeku 2015! To niezwykle budujące czytać o sobie, zwłaszcza gdy różne osoby odbierają moje teksty w taki sam sposób! Jednocześnie muszę się nieśmiało przyznać, że gdy czytam blogi tych dziewczyn, to mam wrażenie, że one swoimi tekstami komentują to, co pojawia się na moim blogu, lub jest we mnie, ale ja nie mówię o tym głośno. Taki tam flow 😉

W kwiecień wkroczyłam pełna nadziei i pozytywnych uczuć. Cieszę się, że w końcu zaczyna się układać. Miniony trudny okres nauczył mnie, że życie ma swój cykl. Czasami bywa źle, jest nam smutno i ciężko, ale potem przychodzą dobre czasy i należy doceniać każdą chwilę! Człowiek upada, ale powstaje. Bo tak jak już kiedyś pisałam, w życiu trzeba sobie kurwa radzić! Ja sobie poradziłam. Jak ja sobie poradziłam, to każdy sobie też poradzi!

Buziaki!

life is a circle

Jak się stałam swoim największym wrogiem, czyli o autodestrukcji

Jest mi wstyd.

Stałam się najgorszą wersją siebie. Taką osobą, o której po cichu mówiłabym, że mogłaby się w końcu ogarnąć, a nie tylko siedzi i marudzi. Niech się w garść weźmie. Niech nie narzeka, bo nie ma na co. Niech przestanie się nad sobą użalać i rozkładać bezradnie ręce. Niech przestanie zwalać winę za swój nędzny los na innych i niech w końcu sama przejmie kontrolę nad swoim życiem. Tak bym jej powiedziała. Tak bym powiedziała samej sobie. Takiej sobie, którą jestem teraz. Wiem, że przez chwilę. Ale taka właśnie jestem TERAZ.

Spytasz dlaczego? Nie wiem.

Kompletnie straciłam kontakt ze sobą. Przestałam sobie ufać. Zaczęłam sama pod sobą dołki kopać, a każde niepowodzenie wytykać palcami. Tak się teraz zastanawiam… jaki to może mieć związek z tym, że ucięłam kontakt z mamą? Całkiem. Na zimno. Bez skrupułów i wyrzutów sumienia. Tak, żeby już nie musieć nikomu się ze swojego życia tłumaczyć. Odciąć się od krytyki, kiedy to nie spełniam jej oczekiwań. Bo coś zaczęło mi się w końcu układać, więc wolałam ją odsunąć, żeby czasem znowu mi tego nie zburzyła.

I wiecie co się stało? Ona pojawiła się w mojej głowie. Ja sama zaczęłam być głosem mojej mamy. Sama dla siebie!

Przez pewien moment byłam osobą, którą polubiłam.

Względnie pewną siebie, wiedzącą czego chce, z ufnością patrzącą w przyszłość. Świadomą siebie i swoich uczuć. Podążającą za głosem intuicji. Z głową. Pisałam sobie bloga, który zdobywał coraz to nowych czytelników. Dostawałam komentarze, które dodawały mi skrzydeł, które były pozytywne, a przede wszystkim bardzo budujące. Mówiące mi: Gradowa, ale jesteś fajna, jak fajnie piszesz, to co robisz jest fajne! W tym samym czasie zdecydowałam się na odważne zmiany w swoim życiu, bo wiedziałam, że obecna sytuacja mnie nie satysfakcjonuje. Mówili mi: wow, zazdroszczę Ci odwagi, super, że nie boisz się podjąć ryzyka! Przy okazji traciłam też na wadze, co stało się zauważalne dla innych. Mówili mi: Tak trzymaj Gradowa! Świetnie wyglądasz! Stałam się lepszą wersją siebie. Inspiracją. Tak jak chciałam. I co?

Zrobiłam sabotaż.

Na sobie. Bo przecież, to nie moje życie! To nie jestem ja! Taka nowa? Taka inna? Taka fajna? Taka świadoma? Taka wiedząca czego chce i próbująca żyć życiem, o którym marzyła? Nieeeee…. Gradowa weź się ogarnij! To nie Ty! Ja Ci pokażę, jak powinno wyglądać Twoje życie. Życie beznadziejnej, nieogarniętej 30-latki:

Przede wszystkim, chyba zapomniałaś jak smakuje czekolada! Pierdol swoje zasady i olej dobre nawyki. To nie w Twoim stylu. Słodycze poprawią Ci humor. Poza tym smakują tak dobrze. Poza tym, dajże spokój! Patrz jak Ty schudłaś! Nie za dobrze wyglądasz? W głowie Ci się poprzewraca z tego. Nie możemy do tego dopuścić. No zjedz sobie to ciacho, wafelka i czekoladkę. Przecież Ty już taka jesteś! Nadprogramowa. Nie możesz tego zepsuć jakimś tam zdrowym odżywianiem i siłownią. Pfff! SIŁOWNIA!? Haha. Ty i siłownia!? Weź… Idź ze dwa razy w tygodniu, bo w sumie karnet kupiłaś, ale się tam za bardzo nie przykładaj, bo to tak bardzo nie w Twoim stylu. Być fit. Pffft!

Musisz znaleźć nową pracę. Tak ja wiem, że miałaś na początku spore oczekiwania, bo wydawało Ci się, że jesteś coś warta, że masz doświadczenie i umiejętności i na pewno jesteś lepsza niż 200 innych osób aplikujących na to samo stanowisko. Ale sama się przekonałaś po pierwszej porażce, że chyba nie do końca taka świetna jesteś. Nie chcieli Cię, bo beznadziejna jesteś. Weź Ty spojrzyj prawdzie w oczy i lepiej zaniż swoje oczekiwania. Próbować możesz, ale nie spodziewaj się za wiele. W najgorszym wypadku możesz znów zostać kelnerką. Ważne żeby kasa była. Tylko mamie nie mów, gdyby pytała, bo siara. Powie, że sobie życie zmarnowałaś.

Olej bloga. Myślisz, że komuś różnicę zrobi czy będziesz pisać czy nie? Poza tym, tyle tych blogerów już jest, że nie masz szans się wybić. Lepiej odpuść. Są lepsi. Fajniejsi. A te pozytywne komentarze, to pewnie przypadek jakiś. Chwilowe szczęście, że kilka razy napisałaś fajny tekst. Też sobie wymyśliłaś – bloga. Pff… Żeby pisać bloga, trzeba być kimś! KIMŚ. A Ty kim jesteś? Nikim Gradowa, nikim!

Lenistwo jest fajne. Spanie jest fajne. Oglądanie seriali jest fajne.

Przyjaciół nie masz, nie miałaś i nigdy mieć nie będziesz. Pogódź się z tym. Ten chwilowy epizod, gdy nagle ludzie chcieli z Tobą gadać i się spotykać, to przejściowe. Kto by Cię chciał mieć za przyjaciółkę? Jesteś nudna i smutna. Słaba i niezrównoważona emocjonalnie. Poza tym, kto by tam słuchał o Twoich problemach i zmartwieniach? Daj spokój. Zostaw to dla siebie. Dla nas. Poużalamy się nad sobą w domowym zaciszu. Będziemy unikać ludzi. Tak będzie lepiej dla wszystkich.

Jest mi wstyd.

To dlatego na blogu był taki zastój. Bo co ja miałam wam napisać? Że mam doła? Że straciłam wiarę w siebie? Że nie widzę swojej przyszłości? Że nie umiem się ogarnąć, pozbierać, iść na przód? Że oddałam kontrolę nad swoim życiem, czynnikom i okolicznościom zewnętrznym? Że za każdym razem, gdy dostaję odmownego maila dotyczącego stanowiska, na które aplikowałam, to chce mi się płakać? Że jak czytam ogłoszenia o pracę i wymagania w nich zawarte, to czuję się beznadziejna i nic nie warta?

Ja na prawdę nie chcę taka być. Nie chcę się nad sobą użalać ani rozczulać. Cholernie tego w sobie nie lubię. Jednocześnie zupełnie nie rozumiem dlaczego i skąd to się u mnie wzięło?! Czy to syndrom osoby, która wygrała w totka i w ciągu niecałego roku staje się na powrót biedakiem, bo nie potrafiła się wpasować w nową rzeczywistość i wieść lepszego życia? Czy to właśnie dlatego, gdy ja stałam się szczęśliwa i zadowolona, zaczęłam to sabotować, bo taki obraz był wbrew schematowi, który wypracowałam w sobie przez lata?

Nigdy nie chciałam stać się jak moja mama, a w rezultacie idę w jej ślady, robiąc się zgorzkniałą, samotną i niepewną siebie osobą. Odcięłam się od mamy, by nie słuchać jej krytyki, po czym sama siebie zaczęłam krytykować i sabotażować każdy swój czyn.

Jest mi wstyd.

Wstyd mi, bo uznałam, że życie przeciętniaka jest wygodniejsze i prostsze. Że łatwiej jest poużalać się nad sobą, zwalić winę na innych, podążać utartymi schematami, niż wytrwać na nowej ścieżce i osiągnąć w życiu coś więcej. Łatwiej jest być starą wersją siebie, niż odgruzować ukryte talenty i predyspozycje. Łatwiej jest znielubić siebie i przyjąć bierną postawę ofiary losu, niż stać KIMŚ, udowadniając sobie i innym, że można i że warto. Ale czy w życiu na prawdę chodzi o to, żeby było łatwo?

Dorosłość nie jest prosta. Nieustanne podejmowanie decyzji dotyczących naszego życia potrafi być wyczerpujące zwłaszcza, gdy nie mamy pewności, co nas czeka za rogiem. Mnie ta dorosłość nagle przychodzi z trudem. Ta mała dziewczynka drzemiąca we mnie, znów nieśmiale macha do mnie rączką, a ja zamiast prowadzić ją przez życie, usiadłam koło niej i pielęgnuję tą jej bezradność.

Jest mi wstyd.

mam doła

Znowu mam doła, czyli sezonowa mini depresja

Nie pamiętam kiedy ostatni raz utraciłam w sobie resztki wiary. W sumie to chyba nigdy tak źle się nie czułam. I nikogo za ten stan rzeczy oczywiście nie obwiniam poza sobą. Jesteś sobie sama winna Gradowa. Sorry.

Autodestrukcyjne myśli.

Nie umiem ich opanować! Nie umiem ich powstrzymać. One się kurwa pojawiają w moim łbie I po prostu nie dają mi żyć!

To Twoja wina.

Zasłużyłaś sobie na to.

Karma.

Durna Ty.

No i co? Matka miała rację, że do niczego się nie nadajesz.

Nie wróżę Ci świetlanej przyszłości.

Jesteś beznadziejna.

Przeciętna.

Dobrze Ci tak.

Muszę.

Nie umiem dostrzec ani jednej pozytywnej rzeczy w moim życiu na chwilę obecną. Nic nie sprawia mi radości ani przyjemności. Wszystko wykonuję automatycznie, a chwile spędzone z innymi puszczam w niepamięć w momencie powrotu do domu lub nastania poniedziałku. Działam na autopilocie z wciśniętym guzikiem ‘muszę’.

Muszę rano wstać, muszę umyć zęby, muszę zjeść śniadanie, a potem przez cały dzień muszę ogarniać bałagan w moim życiu na resztkach sił i z udawaną szczęśliwością. Kompletny brak wiary. Każde kolejne niepowodzenie podcina mi skrzydła.

Zaczynam się bać.

Boję się, że któregoś dnia przestanę walczyć. Upadnę i się nie podniosę. Boję się, że nie dam rady, ze nie podołam. Boję się przyszłości. Z każdym dniem I tygodniem przestaję w nią wierzyć. Boję się, że nic tam za rogiem na mnie nie czeka. Że ja już wszystkie swoje życiowe szanse wykorzystałam.

Niech mi ktoś teraz kurwa powie “weź się w garść” albo “będzie dobrze” to dosłownie nie ręczę za siebie!

NIE MAM SIŁY! Po prostu nie mam kurwa siły. Mam doła jak stąd do końca świata. I nie, to wcale nie przez pogodę, brak witaminy D czy niedobór czekolady. NIE. Po prostu wszystko się pojebało, a ja już nie wiem od czego zacząć naprawę. Nie chcę mi się! To nie jest takie “nie chce mi się” z lenistwa. To jest takie “nie chce mi się, bo po co?”

Mam doła

Mam doła. Mega. I szczerze mam nadzieję, że to TYLKO przejściowy dół. Bo generalnie mieszanina doła, wstydu oraz strachu, nie brzmi obiecująco.

Padnij! Powstań! Czyli jak sobie radzić z niepowodzeniami

Potraficie sobie wyobrazić, jakie życie byłoby cholernie nudne, gdyby zawsze wszystko się nam udawało, szło po naszej myśli i generalnie tętniło wieczną szczęśliwością i sukcesami? Nuda do wyrzygania! To że nuda to jedno, ale człowiek ma to do siebie, że gdy jest dobrze, to z czasem przestaje to doceniać! Wtedy to już nie jest nuda. Wtedy to już jest tragedia, bo brakuje nam stymulacji do dalszego rozwoju.

Tak sobie myślę, że czasami po prostu trzeba upaść. Dostać od życia w policzek. Doświadczyć odrzucenia, zranienia i zawodu. Trzeba trafić w ślepy zaułek lub zgubić się w labiryncie życiowych wyborów. Trzeba się czymś lub kimś rozczarować. Trzeba popełnić błąd. Jeden. Dziesięć. Sto. Życie kurwa, życie. Dostajemy więc co jakiś czas obuchem w głowę i tylko od nas zależy kiedy i jak podniesiemy się z kolan. A podnieść się trzeba. Prędzej czy później.

Generalnie ja radzę sobie z porażkami dość średnio, to muszę przyznać. To znaczy… w sumie… no może nie do końca! Bo jak tak sobie teraz pomyślę, to przebiega to u mnie etapami i tylko w pierwszym odruchu strasznie załamuję się niepowodzeniem. Najczęściej objawia się to u mnie taką postawą:

– Co się stało?
– Nic
– No przecież widzę!
– Nic
– Ok. To co się stało?
– [ryk]

Gdy już poużalam się trochę nad sobą, ponarzekam jaki ten świat jest głupi i niesprawiedliwy, przechodzę do ataku. Siebie. Zaczynam się obwiniać za swoją porażkę. Myślę o tym, że jestem beznadziejna, do niczego się nie nadaję, nikt mnie nie chce, nie lubi i nie kocha. Że najlepiej będzie jeśli wystrzelę się w kosmos i wrócę w następnym tysiącleciu na przykład w postaci mrówki, którą natychmiast ktoś rozdepcze.

Na szczęście dość szybko przechodzę do kolejnego etapu: wkurw. A jak wiadomo na wkurwie można góry przenosić, kiedy to nagle uświadamiasz sobie, że kto jak nie Ty. Że dasz radę i jakoś to będzie. I się podnosisz. I walczysz znowu. Dalej. Po raz kolejny. Bo w życiu trzeba sobie przecież kurwa radzić!

Ostatnio zafundowałam sobie niezłe Tsunami w życiu. Ot cała ja. Mistrzyni komplikowania sobie życia i kombinowania na wszystkie możliwe sposoby, co by tu spsuć, co by tu ulepszyć. I wiecie… bywa różnie. Jednego dnia jestem pewna, że wszystko będzie dobrze i chce mi się walczyć o swoje lepsze jutro, a drugiego dnia nie wiem już nic i załamuję się tą niewiedzą. Na szczęście, kiedy wszystko sprowadzę do wspólnego mianownika, to wychodzi na to, że tragedii nie ma, no bo zawsze może być gorzej, a żeby było lepiej, to już zależy przede wszystkim ode mnie.

Swoją drogą, dawno takiego burdelu w głowie nie miałam…

Do rzeczy.

Przemyślałam sobie spraw kilka i doszłam do następujących wniosków, jeśli chodzi o radzenie sobie z niepowodzeniami:

  1. Odrzucenie nigdy nie ma związku z nami.

    To, że ktoś postanowił usunąć nas ze swojego życia, odrzucił nasze podanie o pracę lub nie odpisał na wiadomość, jest wynikiem jego/jej osobistych preferencji lub świadomym/nieświadomym wyborem w tej konkretnej sytuacji. Nie ma to nic wspólnego z nami. Koniec. Kropka.

  2. Przeszłości nie da się zmienić.

    Eureka po raz 1. Po cholerę rozkminiać, że w tej czy tamtej sytuacji mogłam zachować się lepiej lub zrobić inaczej, skoro już nic nie zmienię? Mogę naprawić błąd. Tak. Ale siedzieć na tyłku i rozmyślać co by było gdyby? Strata czasu.

  3. Na przyszłość mamy minimalny wpływ.

    Wiesz gdzie będziesz za 5 lat? Ja też nie wiem. Skąd mam to do cholery wiedzieć? Po co więc załamywać ręce TERAZ, bo przyszłość jest taka niepewna? To bez sensu. Przecież najważniejsze jest tu i teraz. Dlatego…

  4. Rozwiązuj tylko BIEŻĄCE problemy.

    Nie zakładaj najgorszego, nie kreuj czarnych scenariuszy, bo najpewniej sytuacja, którą sobie w głowie wyobrażasz, nie będzie nawet miała miejsca! Skup się na bieżących sprawach do rozwiązania. Teraz jest przyszłością, dlatego tylko TERAZ się liczy! Eureka po raz 2.

  5. Ty jesteś całością.

    Tą błyskotliwą myśl uświadomił mi Włodek Markowicz w swoim wywiadzie z Łukaszem Jakóbiakiem. Zapytany, czy tęskni za chłopakami z Lekko Stronniczy, odpowiedział, że nie, bo to by oznaczało, że bez nich nie jest pełną osobą. Amen. Dlatego przestań uzależniać swoje szczęście od innych ludzi.

Oczywiście pozwalam sobie na to, by czasami się podłamać, zdołować lub czuć zrezygnowana. Każdy ma swoje limity, a poza tym czasami niepowodzenie spada na nas w takim jakimś beznadziejnym momencie, kiedy to trudno nam podejść do sprawy optymistycznie. Ja znalazłam na to sposób i postanowiłam tłumaczyć sobie wszystko tak:

Nie wyszło? Widocznie tak miało być!

Jaka ulga! Uwierzyć w to, że wszechświat tak sobie ułożył scenariusz, że miało nie wyjść. Że być może za rogiem czeka na nas coś innego, coś lepszego! A może porażka ma być lekcją? Że być może musimy się jeszcze czegoś nauczyć, poduczyć, dowiedzieć? A może to lekcja pokory, bo wszystko przyjmowaliśmy do tej pory za pewnik i dopiero upadek pozwoli nam coś zrozumieć?

Tak, użalam się czasami nad sobą. Tak, jestem czasami chodzącą depresją. Tak, zdarza mi się narzekać i tracić wiarę w przyszłość. Tak, upadam. Ale powstaję. Zawsze bogatsza o jakieś doświadczenie. O jakąś lekcję. O jakąś nową refleksję. Ale jednocześnie silniejsza. Zawsze silniejsza.

Bo w życiu trzeba sobie przecież kurwa radzić!

Dear diary… czyli wpis o niczym

gradowa.pl

Siedzę w piątek wieczorem sama w domu z kubkiem gorącej herbaty Teapigs Earl Grey i kotem na kolanach. W tle śpiewa Anna Maria Jopek. Zapaliłam sobie świeczkę z The White Company o zapachu Mulled Wine, która czekała na specjalną okazję. Uznałam jednak, że dziś jest wystarczająco wyjątkowo w swojej nijakości. Chciałabym napisać coś, cokolwiek, jakkolwiek, ale w głowie mam niesamowity chaos nicości.

 

Jestem w takim momencie swojego życia, w którym absolutnie WSZYSTKO jest jedną wielką niewiadomą. Jedyne co jest pewne, to że dziś pójdę spać a rano postanowię się obudzić i wstać z łóżka którąś nogą. Zjeść śniadanie, pójść na siłownię, wziąć prysznic, wypić kawę. Po czym znów zasiądę przed swoim laptopem i znów pojawi się ten paniczny strach i pytanie “co dalej?”.

Czeka mnie przeprowadzka, choć jeszcze nie wiem gdzie.

Czeka mnie podjęcie nowej pracy, choć jeszcze nie wiem kiedy i za ile.

Czeka mnie samotność i nie wiem na jak długo.

Boję się. Cieszę się. Smucę się. Boję się. Chcę. Nie chcę. Muszę. Powinnam. Chcę.

Myślę o tym, ile mam lat i czy ma to jakiekolwiek znaczenie. Zastanawiam się, czy minione 3 lata zmarnowałam, czy może coś/kogoś zyskałam. Siebie. Ją. Jego. Mnie.

Zastanawiam się nad tym, jak miłość jest niesprawiedliwa i że swojego serca nie można nastawić jak zegarka. A szkoda.

Myślę o swoich wyborach, zastanawiając się, czy dobrze robię, choć w środku czuję, że to jedyne słuszne wyjście i choć teraz jest ciężko i niepewnie, to w przyszłości podziękuję sobie za swoje decyzje. Albo i nie.

Ja chciałam żeby było dobrze, żeby mnie ktoś przytulił, żeby pogadał, pośmiał się ze mną, żeby wyszedł ze mną na spacer i podzielił tęsknotę za psem. Żeby zrozumiał, że ja lubię książki i poczucie bezpieczeństwa, że właściwie to nic więcej od życia nie chcę, tylko psa, książkę i przyjaciela.

Próbuję przypomnieć sobie kiedy ostatni raz byłam taka na prawdę szczęśliwa i zadowolona. Zdarzyło mi się kilka razy w ciągu ostatnich lat, ale to było ulotne. Generalnie zawsze czułam, że czegoś mi brakuje, że coś jest nie tak, jak być powinno. Czułam jakąś taką pustkę. Wydawało mi się, że coś kiedyś mi umknęło i to COŚ nie pozwala mi już być szczęśliwą. Czym jest szczęście? Jak je zmierzyć? Czy jest nam dane, czy musimy za nim gonić? Czy jest na stałe czy tylko na chwile?

Chciałabym znaleźć swoje miejsce.

Po raz pierwszy czuję, że moim domem nie jest miejsce w swojej fizycznej postaci. Moim miejscem jest osoba. Ta właściwa, ta wybrana, ta pokochana.

Chwilowo jestem bezdomna.

Chwilowo.

O zaczynaniu od nowa. Znowu.

Wydaje wam się, że życie na emigracji jest łatwe? Oświecę was. Nie jest. Zwłaszcza jeśli wyjeżdzasz, by od czegoś uciec. By zacząć od nowa. Jest ciężko. Kurewsko ciężko, bo chcąc nie chcąc stoisz rozkrokiem pomiędzy swoimi dawnym życiem w Polsce, a tym nowym w innym kraju.

Gdy przyjeżdzam do Polski, każdy się mnie pyta: Kiedy wracasz? A ja nie wiem co odpowiedzieć, bo nie wiem czego dotyczy pytanie. Wracam w jakim sensie? Kiedy wracam do Londynu, bo w Polsce jestem tylko w odwiedziny, czy kiedy wracam do Polski, w sensie wracam do ojczyzny i mojego dawnego życia?

Gdzie jest to moje życie teraz?

Nie wiem.

A tak w ogóle… to co właściwie jest wyznacznikiem tego, że ja będę wiedziała, gdzie jest mój dom?

Czy jest nim mieszkanie, które urządzę po swojemu malując ściany na mój ulubiony kolor i wieszając obrazki, bez obawy, że zostanie dziura, za którą potrącą mi z kaucji? Czy jest nim praca, która daje mi pieniądze i poczucie stabilności? Czy jest nim osoba, przy której wiem, że nie ważne gdzie ważne że z nim?

Home is wherever I’m with you.

Dzisiaj zostawiam nic i wracam do niczego. Bo jakoś tak wyszło, że nie wyszło. Zaczynam od nowa. Znowu, kurwa. Znowu! Czy płaczę? Nie. Chociaż… no dobra… troszkę płakałam. No dobra nie troszkę. Wylałam kurwa morze łez. Ryczałam tak, że chusteczek nie starczało, a oddechu złapać nie mogłam. Wiecie co jest najgorsze w płaczu? Że musisz płakać po cichu. Że płaczesz z bezsilności i poczucia niesprawiedliwości, ale zachowujesz pozory i zawołana na obiad, schodzisz na dół jak gdyby nigdy nic. Uśmiechasz się, żartujesz, rozmawiasz, a w środku wszystko się kotłuje. I już nawet nie chcesz pytań w stylu: ‘co się stało?’, bo i tak odpowiesz, że ‘nic’. Bo myślisz sobie, ale kto mnie zrozumie? Kto zrozumie, że ja ZNOWU zaczynam od początku? Od nowa. Że zostawiam, że odchodzę, że idę dalej. No kto??? Jak wytłumaczyć, że to dla lepszego jutra? No jak???

Because I still haven’t found what I’m looking for.

W sumie, to ja się zmian nie boję. Lubię zmiany. Cieszę się na zmiany! Chociaż… może jednak nie do końca tak jest. Boję się! Kurewsko się boję, bo przecież ja znowu od początku muszę stworzyć swój świat. Udowodnić innym, że jestem coś warta. Co tam innym! Ja sobie muszę to udowodnić! Przekonać siebie po raz kolejny, że dam kurwa radę! Że zaczynanie od nowa, nie jest porażką, tylko odwagą! Bo nie zgadzam się na bylejakość w moim życiu. Bo chcę czegoś więcej. Bo wciąż nie znalazłam tego, czego w życiu szukam. To, co jest dla mnie ważne, wciąż jest gdzieś tam za mgłą i ja muszę się przez tą smugę przedostać. Ile mi to zajmie? Nie wiem! Czy warto? Myślę, że tak. Do tej pory nie żałowałam żadnej swojej decyzji. Każda z nich była trudna i wywoływała zdziwienie osób trzecich. Ale to zdziwienie wynikało raczej z podziwu, że jednak stać mnie na to, by powiedzieć dość, by odważyć się przyznać, że to znowu nie to. Że chcę szukać dalej pomimo, że nie wiem, co tam za rogiem na mnie czeka. Może nic? A może coś na tyle niesamowitego, że w jednej chwili poczuję ulgę i z uśmiechem powiem do siebie: ‘udało się!’ ?

Czemu chcę sobie wywrócić życie do góry nogami? Życie, które z pozoru wygląda na dobre i poukładane?

Bo dla mnie ‘dobre’ życie to za mało. Nie raz pisałam, że ja chcę ŻYĆ, a nie tylko istnieć. ŻYĆ. Chcę przeżywać. Czuć. Odczuwać. Emocje. Radość. Ból. Miłość. Śmiech przez łzy. Naiwność. Głupotę. Szaleństwo.

Zwariowałaś!?

No i co z tego? 🙂

Dam radę !!! A jak nie dam? Dam !!!
A jak się przewrócę? To się podniosę!
A jak się nie podniosę? To sobie poleżę!
A potem? A potem wstanę i pójdę dalej!

(Afirmacja by Jacek Walkiewicz)

Czy jesteś chujową partnerką?

My kobiety mamy to do siebie, że za wszystko w większości obwiniamy naszych partnerów. Narzekamy na nich koleżankom, marudzimy na nich w domu, użalamy się nad swoim nieszczęsnym losem, jaki przyszło nam z nimi dzielić. Warto jednak zauważyć, że związek to dwie osoby, a wszystko jest wynikiem pewnych zależności panujących w relacji. Dlatego ja w żaden sposób nie wybielam moich byłych partnerów i nie stawiam ich na piedestale, po prostu z biegiem czasu zauważam SWOJE błędy i otwarcie się do nich przyznaje.

Co ja mogłam wiedzieć o związkach te 10 lat temu? Co z tego, że byłam już na studiach, skoro ja w dalszym ciągu byłam zakompleksioną twenty-something, podążającą za trendami wyznaczanymi przez mamę? Moimi wzorcami relacji byli rozwiedzeni rodzice, rozwiedziona siostra, seriale i telewizja. Do tego wszystkiego sama byłam kompletnie nieogarnięta, nie rozumiałam ani siebie ani swoich potrzeb. Teraz, gdy nabrałam do pewnych spraw dystansu, odcięłam się od mamy i siostry oraz poznałam siebie, jestem w stanie z pełną świadomością, przyznać się do tego, że

byłam chujową partnerką.

Oto dlaczego:

Uważałam, że związek to symbioza.

Kiedyś wydawło mi się, że partnerzy to jedność. Że wszystko muszą robić razem, bo tworzą nierozerwalną całość. Nie rozumiałam tego, że każde z nas ma prawo do tego, by mieć swój świat, swój kawałek podłogi, swoje hobby i swoje zainteresowania, którymi wcale nie musi się dzielić z drugą osobą. Byłam przekonana, że jeżeli mój partner danego dnia woli spędzić czas grając na konsoli, a innego dnia chce pójść z kolegami na mecz to znaczy, że mu na mnie nie zależy i wcale mnie nie kocha.

Dziś wiem, że sama lubię mieć swój świat i wcale nie czuję potrzeby, by dzielić go z partnerem. Są rzeczy, które wolę robić sama lub z koleżanką. Jednocześnie rozumiem, że wchodząc w związek, nie należy swojego świata ograniczać tylko i wyłącznie do faceta, bo:

Im bardziej uzależniasz swoje życie od niego, tym więcej zaczynasz od niego wymagać. Im więcej od niego wymagasz, tym bardziej on zaczyna się od Ciebie odsuwać. Im bardziej on się od Ciebie odsuwa, tym bardziej robisz się sfrustrowana. Im bardziej robisz się sfrustrowana, tym częściej pojawiają się między wami konflikty, których żadne z was nie umie już rozwiązać. W efekcie oboje jesteście unieszczęśliwieni tym związkiem, bo Ty chcesz go zamknąć w klatce, a on chce z niej uciec.

Owładnięta obsesją symbiozy, zatraciłam całkowicie siebie. Ja wciąż CZEKAŁAM na partnera, bo nic poza nim nie miałam. Odliczałam minuty do jego powrotu do domu, a gdy się spóźnił 5 minut, miałam focha na cały wieczór. Gdy chciałam iść na imprezę, a on nie miał ochoty, zostawałam w domu, bo nie potrafiłam robić tego, co ja chcę i lubię. Gdy on się rozwijał, ja patrzyłam na to z chorą zazdrością, bo wiedziałam, że to będzie oznaczać jeszcze mniej jego czasu dla mnie.

Teraz wiem, że związek to NIE JEST SYMBIOZA. Związek to dwie odrębne osoby, które postanawiają być razem. Być razem, ale nie JEDNOŚCIĄ. Generalnie obecnie kieruję się zasadą: żyj i daj żyć. I ta zasada sprawdza się nie tylko w związkach 🙂

I już nie chcę znać Twoich snów, proszę miej własny świat i wracaj, gdy chcesz, a ja będę tu. – z piosenki Anny Marii Jopek

Pozwalałam mamie na wtrącanie się

O mamie i jej scenariuszach na moje życie pisałam niejednokrotnie. Był czas, że moja mama tak bardzo mną manipulowała, a ja tak bardzo jej na to pozwalałam, że odbiło się to dość negatywnie na jednym z moich związków.

Mama uważała, że jeśli mieszkasz z facetem, to on MUSI się chociaż OŚWIADCZYĆ, bo inaczej znaczy to, że mnie nie szanuje. Poza tym dzieci jej znajomych już planują ślub, więc ja nie mogę zostać w tyle! Szczytem jej desperacji było spotkanie się z moim partnerem, by go przekonać, że powinien mi kupić pierścionek zaręczynowy! Taaa… Ja wciąż na myśl o tym zdarzeniu wierzę, że to był tylko kiepski odcinek Klanu z Anną Surmacz w roli głównej i że ta sytuacja NIGDY nie miała miejsca. Absolutnie!

Nie będę jednak ukrywać, że jej gadanie WTEDY miało na mnie ogromny wpływ i podświadomie wywierałam presję na moim chłopaku. Uwierzyłam w to, że mnie nie szanuje, nie chce i nie kocha. Co więcej, byłam święcie przekonana, że skoro koleżanki dookoła ‘układają’ sobie życie i wychodzą za mąż, to ja też POWINNAM. Bez zastanawiania się czy i jak JA tego chcę.

Dziś moja mama ma niewiele do gadania w sprawie moich związków. W zasadzie to trzymam ją od tego z daleka, a wszelkie dobre rady puszczam mimo uszu. Dziś mam podejście, że mój związek z facetem, to moja sprawa. Dziś mój facet jest tylko mój i ma odpowiadać MNIE, a nie mojej mamie. Zresztą… z całym szacunkiem, ale moja mama nie jest dla mnie wzorem udanego związku…

Stworzyłam w domu pole bitwy

Ten punkt był najbardziej kontrowersyjny podczas jednej z rozmów z moim znajomym. Gdy zaczęłam mu opowiadać, jak się kiedyś zachowywałam w związku, skwitował mnie właśnie tak: Qrde Magda, chujowa z Ciebie partnerka była! I nie będę zaprzeczać, bo z tymi wszystkimi zachowaniami, sama już dawno wysłałabym siebie na drzewo.

  • Gdy pojawiały się problemy i kłóciliśmy się (jak to w związkach bywa), groziłam rozstaniem i kazałam mu się wyprowadzać, sprawiałam przykrość, czasami poniżałam.
  • Nie komunikowałam jasno swoich potrzeb i problemów. Stosowałam metodę domysłów, a gdy te nie zostały odczytane we właściwy sposób, rzucałam fochem lub kąsałam złośliwościami.
  • Gdy on postanowił się rozwijać i założyć własną firmę, ja poczułam się tym faktem skrzywdzona, bo uznałam, że związek przestał być dla niego ważny. Nigdy nie powiedziałam mu, że mi imponuje lub jestem z niego dumna.
  • Od introwertyka wymagałam/żądałam ekstrawertycznych zachowań.
  • Wymagałam dla siebie NIEUSTAJĄCEJ uwagi. Każdy telefon miał być odebrany, smsy odpisane w sekundę, zachcianki zaspokojone, a na tupnięcie nogą miał się zjawiać i mnie wybawiać. Jak nie – foch (czyt. bierna agresja)
  • Oczekiwałam, że on wypełni wszystkie moje luki. Nie zdawałam sobie kiedyś sprawy z moich różnych problemów emocjonalnych wyniesionych z domu, dlatego od niego wymagałam, że będzie moim terapeutą.
  • Nieustannie stawiałam jakieś wymagania i oczekiwania, wywierałam presje, narzekałam. Skupiałam się na tym czego nie mam, zamiast doceniać i zauważać to co mam.
  • Cały czas miałam o wszystko pretensje. W efekcie całą odpowiedzialność za związek przerzuciłam na niego, zapominając, że ja nie jestem księżniczką na ziarnku grochu.
  • Gdy wracał do domu, ja przyjmowałam postawę męczybuły.

Z facetami jest tak, że oni w pracy i poza domem są jakby na polu bitwy. W tym sensie, że oni muszą ‘walczyć’ z rzeczywistością, ludźmi, napotkanymi sytuacjami, nie okazując przy tym żadnych słabości. Bo wiecie – chłopaki nie płaczą. Do tego, nierzadko, także zmagają się z presją rodziców na osiągnięcia i sukcesy. Dlatego wracając do domu, chcą czuć, że zaznają tam spokoju, zrozumienia i wsparcia. Gdy zaraz po powrocie do domu, wita ich zrzędliwa partnerka, oni wolą schować się do swojej ‘jaskini’. Taki efekt osiągnęłam ja.

Dziś uważam, że dom/związek powinien być azylem dla obojga. Gdy wracam do domu, nie chce by ktoś rzucał się na mnie z nożami, KAZAŁ mi coś robić lub na dzień dobry obrażał się na mnie, bo czegoś się nie domyśliłam. Dziś potrafię zrozumieć, że po pracy można być zmęczonym, że można mieć zły dzień, że czasami się nie chce. Po raz kolejny powtórzę, że związek powinien być wartością dodaną do naszego życia, a nie drogą przez mękę.

 

Partner musi być taki jak ja

Nie ma miejsca na inność. Nie ma miejsca na inne upodobania czy preferencje. Partner MUSI chceć tego co ja, lubić to co ja i robić to co ja. Jeśli jest inaczej, to znaczy, że albo on mnie nie kocha, albo do siebie nie pasujemy i trzeba się rozstać. Koniec kropka.

Taki schemat myślenia miałam przez długi czas. Nie uznawałam różnic między nami. Uważałam, że jeśli ja czegoś chcę i pragnę, on musi wyznawać taką samą filozofię. Każde odstępstwo od tej reguły, było wystarczającym powodem, by zastanawiać się nad sensem tego związku. No bo jak on może nie lubić filmów romantycznych? Jak on może nie chcieć ze mną chodzić na imprezy do klubu? Dlaczego woli piwo od wina? Dlaczego lubi kolor zielony a nie różowy!? Dlaczego nie przepada za kotami? Po co mu tatuaż? Dlaczego nie chce ze mną pić kawy w Starbucksie? I tak dalej i tak dalej.

Sporo czasu minęło zanim zrozumiałam, że każdy z nas jest inny, a w związku różnice między parterami też są dopuszczalne. Przecież zawsze jest coś, co nas łączy, bo coś nas połączyło, bo inaczej nie byłoby chemii. Dlaczego więc wraz z zaawansowaniem związku te różnice zaczynają przeszkadzać? Dlaczego kiedyś nie potrafiłam zaakceptować tego, że ja mam prawo do swoich dziwactw, on ma prawo do swoich, ale w pewnych kwestiach jesteśmy podobni i dzięki temu jesteśmy ze sobą?

Dziś akceptuję, a nawet doceniam te różnice. Dziś mam luz i pozwalam facetowi na bycie sobą. Bo sama polubiłam bycie sobą i nie wyobrażam sobie tego, że ktoś KAZAŁBY mi się zmienić, poświęcić lub nagiąć wbrew własnej woli. I to działa zawsze w dwie strony.

Jeszcze mi tylko z oczu jasnych spływa do warg kropelka słona.
A Ty mi nic nie odpowiadasz i jesz zielone winogrona.
J.Tuwim

Oczywiście, że czasami on zachowywał się tak, że miałam ochotę wziąć klucz i przerysować mu samochód lub przez tydzień gotować tylko makaron. Oczywiście, że on w swojej bezradności na moje dziwaczne babskie zagrywki, miał ochotę ścisnąć mnie jak winogrono i zrobić ze mnie rodzynkę. Tak to bywa w związku. Kluczem jednak jest pamiętanie, że jeśli ludzie darzą się uczuciem, to należy szukać rozwiązania w trudnych sytuacjach, zamiast ciskać się, obrażać, wyzywać czy grozić.

Uświadomienie sobie tych wszystkich błędów wymagało ode mnie sporej dojrzałości. Wymagało ode mnie zrozumienia i zaakceptowania siebie takiej, jaką jestem. Wymagało ode mnie zdystansowania się do pewnych osób, a przede wszystkim zaufania samej sobie i wiary w swoje wybory. Dziś wiem, czego chcę i dziś wiem, że gdy istnieje między dwojgiem ludzi uczucie, to przy dobrych chęciach i odpowiednim podejściu na prawdę można osiągnąć porozumienie.

– Ty wiesz co ja robię?
– Wiem.
– I nie przeszkadza ci to?
– Pewnie, że mi przeszkadza – powiedziałem – Ale wolno mi się w kimś kochać, nawet jak coś przeszkadza. Zawsze zresztą coś przeszkadza.

Marek Hłasko

Kobieto nie zamartwiaj się! Czyli jak powstrzymać przeżuwanie myśli

Kiedyś spóźniłam się na samolot i spędziłam w związku z tym 24 godziny na lotnisku. Miałam sporo czasu na refleksje. Pomimo zmęczenia i niewyspania, mój umysł nie dawał mi spokoju i co jakiś czas męczył mnie wyrzutami sumienia oraz pytaniem: jak mogłam zapobiec tej sytuacji? Znacie to? Coś się stało i już się nie odstanie, ale wy wciąż przeżuwacie myśli, zarzucając sobie, że gdybyście postarali się bardziej, wszystko potoczyłoby się według planu?

Siedziałam więc nad 5-tą kawą i snułam fantazje o tym, co bym teraz robiła, gdybym dzień wcześniej była na lotnisku na czas. Gdyby ten cholerny autobus się nie spóźnił, gdyby nie było korka na trasie, gdyby kierowca wcześniej zmienił trasę, gdybym wyszła wcześniej z domu, gdybym nie miała tej przeklętej torby… pewnie bym zdążyła! Im bardziej się za to biczowałam, tym gorzej się czułam. Zamiast skupić się na teraźniejszości i z niej czerpać korzyści, ja wciąż tkwiłam w przeszłości. Wiecie co mi dało takie myślenie? Nic. Bo jaki ja mam teraz wpływ na to, co już się stało? Żadnego. A jaki mam wpływ na swoje myśli? Ogromny!

Postanowiłam przejąć kontrolę nad swoim umysłem. Nie było to łatwe, bo dręczące mnie myśli powracały, ale gdy je w końcu ujarzmiłam, zniknęły całkowicie. Najważniejsze to je zauważyć i wychwycić. Za każdym razem, gdy zaczynałam rozkładać zaistniałą sytuację na czynniki pierwsze, dawałam sobie niewidzialnego plaskacza w twarz i mówiłam w duchu: STOP! Stało się! Trudno! Shit happens! Po czym skupiałam się na czymś innym. Zabieg powtarzałam kilkukrotnie.

Zrozumiałam, że przeszłości nie mogę zmienić, więc nie ma sensu się zamartwiać.

Takich przykładów mogłabym wyliczyć całe mnóstwo. Domyślam się, że wam także to się zdarza. Bo człowiek to by chciał tak wszystko mieć według planu, wszystko móc przewidzieć, wszystko mieć pod kontrolą. Jednocześnie nie pozwalamy sobie na popełnianie błędów. Na powiedzenie sobie – ok schrzaniłam sprawę, ale trudno, idę dalej, nie ma sensu się tym dalej przejmować. Wyciągam wnioski na przyszłość i koniec. Nieeee po co. Lepiej się ZA-MAR-TWIAĆ 🙂

Zaprawdę powiadam Ci: odpuść sobie. Uśmiechnij się do siebie, machnij na to ręką i idź dalej. A Gradowa to następnym razem zaplanuje sobie 2-godzinną rezerwę czasową, just in case 🙂

Na zapas nie warto się martwić, na zapas warto się cieszyć.

Zamartwianie się może dotyczyć także przyszłości, kiedy przeżuwamy myśli na temat zdarzeń, które jeszcze nie miały miejsca, ale nam się wydaje, że jak obmyślimy scenariusz, to będzie nam łatwiej stawić czoła trudnym sytuacjom. Pamiętam jak niejednokrotnie w głowie wyobrażałam sobie przebieg jakiejś rozmowy czy spotkania. Koniec końców wszystko i tak wyglądało zupełnie inaczej! No bo jaki ja mam wpływ na to, co powie lub jak zachowa się osoba, z którą będę się widzieć? Niewielki. A jaki jest sens stresować się i przeżywać wszystko podwójnie, jeszcze nim się wyszło z domu? Żaden. Dlatego lepiej na zapas się cieszyć niż martwić:)

O jeżu co ja teraz zrobię!

Najgorzej jest chyba wtedy, gdy zamiast podejmować się konkretnych działań, zbyt długo siedzimy i się zamartwiamy.
Straciłam pracę? O jeeeżu jak ja znajdę nową! Zacznij szukać?
Nie mam przyjaciół? O jeżuuu jaka ja samotna jestem! Wyjdź z domu?
Zgubiłam telefon. O jeżuuu i co teraz? Nic – zablokuj numer i załatw sobie nowy?

Generalnie ja rozumiem, że potrzebujemy czasu na refleksje, by przemyśleć sobie pewne sprawy. Chodzi jednak o to, by nie trwało to zbyt długo. By to przeżuwanie myśli i zamartwianie się o przyszłość nie ciągnęło się w nieskończoność i aby nie zdominowało naszego życia.

Zamartwianie się – fałszywa troska

Ostatnim elementem zamartwiania się, którego nie mogę pominąć, jest zamartwianie się o innych. Ja oczywiście daleko szukać nie muszę, bo miałam z tym do czynienia na co dzień. Gdy straciłam pracę i swoje odpłakałam, szybko zaczęłam szukać nowej. Wierzyłam, że prędzej czy później mi się to uda, bo miałam świadomość swoich umiejętności. A jak zareagowała moja mama? O jeżu i co Ty teraz zrobisz? Jak sobie poradzisz? Wiesz, bo syn mojej koleżanki to ponad pół roku już szuka i nic. Wiecie co taki przekaz mi mówi? NIE WIERZĘ, ŻE DASZ SOBIE RADĘ. To nie jest troska. Troską by było powiedzenie: na pewno dasz radę, a gdybyś potrzebowała wsparcia finansowego, to daj znać. Pamiętam jak się wtedy wkurzyłam i niemalże musiałam mamie wykrzyczeć, że mam doświadczenie, wykształcenie, znam języki, poza tym jestem zdolna, więc na pewno dam sobie radę! I dałam 🙂

Dlatego pamiętajcie: po pierwsze, nie bądźcie takimi przyjaciółmi/partnerami/rodzicami, którzy będą mylić troskę z brakiem wiary w czyjeś możliwości. Po drugie, niech czyjeś zamartwianie się o was, nie podcina wam skrzydeł. Bo osoby, które w ten sposób reagują na wasze problemy, pokazują SWOJE lęki i SWÓJ brak pewności siebie i nie ma to nic wspólnego z wami.

Nie trać czasu, Twoje życie to czas

Jakby nie patrzeć, zamartwianie się to przede wszystkim STRATA CZASU. Co się stało – się nie odstanie, co ma się stać – się stanie i nie zawsze mamy na to wpływ. Nie możemy przewidzieć wszystkiego. Nie możemy w pełni kontrolować zdarzeń, bo czasami życie płata nam figla i trzeba to zaakceptować. Nie ma co gdybać, nie ma co załamywać rąk, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem.

Jak powstrzymać przeżuwanie myśli?

  • Skupić się na teraźniejszości
  • Zauważyć swoje myśli i pozwolić im odejść
  • Podejmować działanie
  • Wyciągnąć wnioski i iść dalej
  • Zaakceptować swoją porażkę/błąd/niepowodzenie
  • Uwierzyć w swoje możliwości
  • Zająć się czymś innym – przestań skupiać się na problemie
  • Spisać swoje myśli/uczucia
  • Porozmawiać z kimś o swoich zmartwieniach
1 2 3 4 5 7