Zdolny leń to za mało by coś w życiu osiągnąć

Ja wiem, że człowiek to z natury leniwa istota. Patrząc na naszych przodków, to poza sporadycznymi polowaniami na zwierzynę, całymi dniami niewiele robili. W sumie nie musieli. Ich głównym celem było przetrwanie – mieć co zjeść, mieć gdzie się schować, rozmnażać się i odchować potomstwo. W dzisiejszych czasach wiele osób wiedzie podobny żywot, ale Ci którzy chcą osiągnąć w życiu coś więcej, muszą wziąć się za siebie i ciężko pracować.

Zdolny leń

Od dzieciństwa miałam przyklejoną łatkę: zdolny leń. Podążając za tym tokiem rozumowania uznałam, że po co mam się bardziej starać, skoro jestem zdolna. To, co szło mi z łatwością, brałam za pewnik, a resztę trochę olewałam. Nigdy nie przychodziło mi do głowy, by przykładać się bardziej, uczyć więcej, pracować dłużej. Biernie przyjmowałam rzeczywistość.

Cecha wspólna ludzi sukcesu

Niejednokrotnie pisałam wam, że zgubiłam się w myśleniu: jakoś to będzie. Ale jak też wiecie, doszłam do wniosku, że JAKOŚ mi już nie wystarcza. Kiedy zaczęłam śledzić poczynania ludzi, którzy odnieśli sukces, okazało się, że łączy ich jedna wspólna cecha: WYTRWALE PRACOWALI. Nie byli szczęściarzami, którzy nagle wygrali na loterii, nie byli ani ładniejsi, brzydsi, zdolniejsi czy z lepszych domów. Oni po prostu pracowali na swój sukces. Tylko tyle i aż tyle.

Oni mogą? Mogę i ja

To mi dało do myślenia. Przecież ja też tak mogę. Zamiast wylegiwać się w łóżku do 12, wstanę o 7, by mieć więcej czasu na produktywne działania. Zamiast zalegać na kanapie przed telewizorem, mogę czytać inspirujące książki, by poszerzyć horyzonty myślenia, mogę pójść na siłownię, by wyćwiczyć ciało, o którym marzę. Zamiast zazdrościć innym kariery, mogę sama zmienić pracę na taką, w której będę się realizować, a jeśli brakuje mi jakiś kwalifikacji lub wiedzy, zapiszę się na dodatkowe kursy, popytam znajomych lub obejrzę kilka filmów na Youtubie. Jeśli postanowię któregoś dnia, że chcę mieć swój własny biznes, to nie będę czekać z założonymi rękami, aż ktoś zapuka do mych drzwi i wręczy mi kopertę z napisem “Firma Gradowej – mission completed”. No nie. Nic się samo nie wydarzy. Wszystko osiąga się ciężką pracą, dzień po dniu!

Rozumiem to oburzenie, gdy ktoś zaczyna komentować czyjeś osiągnięcia słowami: udało mu/jej się. To pada najczęściej z ust tych osób, które same wolą na codzień dłubać w nosie, zazdrościć innym i na wszystko reagować: też bym tak mógł, ale mi się nie chcę.

Czym jest wytrwalosc w dazeniu do celu?

  • determinacją, czyli wytrwałym dążeniem do celu pomimo trudności
  • poświęceniem, czyli np rezygnacją z wyjścia do kina, na rzecz nauki
  • dokonywaniem wyborów
  • wyznaczaniem celów
  • realizowaniem harmonogramu
  • poszerzaniem wiedzy poprzez czytanie książek czy uczestnictwo w kursach
  • ambicją, czyli sięganiem po więcej
  • nie poddawaniem się
  • walką ze swoimi słabościami i przeciwnościami losu
  • robieniem swojego wbrew opiniom znajomych/rodziny
  • spełnianiem marzeń

Co nam przyniesie wytrwalosc?

  • satysfakcję
  • sukces
  • pieniądze
  • uznanie
  • dumę
  • poczucie spełnienia
  • szczęście

Manifestowanie wytrwalosci jest dla mnie szczególnie ważne. Za dużo czasu zmarnowałam siedząc na tyłku i biernie czekając na spektakularne zmiany w swoim życiu. Na zbyt długo utkwiłam w przekonaniu, że życie musi być wygodne, a poświęcenia bolą. Wystarczy mi leniuchowania i patrzenia jak życie przecieka mi przez palce. Może i jestem zdolny leń, ale to co przychodzi z łatwością – cieszy tylko na chwilę. Dopiero gdy wkładam całą swoją energię w działania, czuję prawdziwą satysfakcję, a małe sukcesy motywują mnie do sięgania po więcej.

Jak być odważnym

YOLO – You Only Live Once. Ten hipsterski manifest wbrew pozorom ma sensowne przesłanie. Przynajmniej ja go próbuję odczytać w następujący sposób: Żyjesz tylko raz. Dlatego warto być odważnym, bo… co masz do stracenia?

Ja swój rok zaczęłam bardzo odważnie.

Po pierwsze: wsłuchawszy się w siebie, podjęłam decyzję. Trudną decyzję, która wiem, że w przyszłości przyniesie wymierne rezultaty. Najtrudniejsze nie było przekonanie samej siebie, że to dobry kierunek zmian. Najgorsza była świadomość, że początkowo kogoś tym skrzywdzę.

Po drugie: odważyłam się przyznać do błędu i przeprosić. Zajęło mi to kilka lat, by w końcu schować dumę do kieszeni i powiedzieć szczere “przepraszam, schrzaniłam sprawę”.

Po trzecie: odważyłam się zaakceptować swoje uczucia i wyrazić je, bez obawy o to, jak zostanę odebrana. Chciałam powiedzieć co czuję, nie zważając na konsekwencje i nie oczekując niczego w zamian.

[su_quote] odwaga «śmiała, świadoma postawa wobec niebezpieczeństwa» (PWN) [/su_quote]

Czym jest odwaga?

  • wyrażaniem swoich uczuć
  • podejmowaniem decyzji w zgodzie ze sobą, nierzadko wbrew innym
  • słuchaniem wewnętrznego głosu
  • pokonywaniem własnych ograniczeń
  • wychodzeniem ze strefy komfortu
  • mówieniem tego, co się myśli / wyrażaniem swojej opini (nikogo przy tym nie raniąc)
  • Przynaniem się do błedu
  • Umiejętnością powiedzenia ‘przepraszam’
  • Ufnością
  • Miłością
  • wprowadzaniem w życiu zmian
  • życiem tu i teraz
  • spełanianiem swoich marzeń

Czy jesteście w stanie wyobrazić sobie jak wiele odwagi wymagają powyzsze przykłady?

Zaufać, gdy zostało się raz skrzywdzonym. Iść za głosem serca, choć wszyscy dookoła pukają się w czoło. Powiedzieć ‘kocham’ bez gwarancji odwzajemnienia. Przeprowadzić się do nowego miasta, pomimo lęków i wewnętrznych ograniczeń.

Jak być odważnym?

Tym dla mnie jest odwaga. Nie skokiem na bungee czy przejażdżką na roller coasterze. Prawdziwej odwagi wymagają uczucia. Bycie sobą. Spełnianie swoich marzeń w zgodzie ze swoim sercem. Mówienie tak, gdy mówią nie. Mówienie nie, gdy mówią tak. Życie. Życie wymaga odwagi. Ale masz je tylko jedno. Co więc masz do stracenia poza nim?

AKTEM NAJWIĘKSZEJ ODWAGI WCIĄŻ POZOSTAJE SAMODZIELNIE MYŚLEĆ. GŁOŚNO.
COCO CHANEL

Kiedy uwierzyłaś, że do niczego się nie nadajesz?

Przychodzi z nienacka. Wszystko jest w porządku, nawet dobrze i jakoś się trzymasz. Układasz swoje myśli w pozytywną układankę i wierzysz, że przyszłość jest w Twoich rękach, jeśli tylko mocniej się postarasz. Spisujesz plany, cele i postanowienia. Twój kalendarz jest wypieszczony pod każdym względem. Gdy na niego zerkasz, sama sobie zazdrościsz i cieszysz się, że tym razem będzie inaczej. Robisz sobie kawę i zasiadasz do komputera, by zdobywać świat. I wtedy pojawia się on.

Patrzy na Ciebie pogardliwie i prychając z niesmakiem macha na Ciebie ręką. Marszczy nos. Kiwa głową, wykrzywiając kąciki ust. Krzyżuje ręce na wysokości klatki piersiowej i spoczywając na jednej nodze mówi: Daj spokój! Ty się do tego nie nadajesz! Jak niby chcesz to osiągnąć? Kim Ty jesteś, by być kimś? Ludzie Cię wyśmieją. Odpuść sobie!

Toczysz z nim regularną walkę. Tłumaczysz, odwracasz się od niego plecami, strzelasz focha lub rzucasz wyzwania: jeszcze zobaczysz! Ale on jest silniejszy. Pokonuje Cię w podstępny sposób. Najpierw pozwala Ci uwierzyć, że jesteś coś warta, że dasz sobie radę, że wszystko jest w Twoich rękach. Następnie powoli się do Ciebie skrada, niewinnie wytykając słabości i potknięcia. Wyolbrzymia niedoskonałości, a świat przedstawia jako miejsce, którego trzeba się bać.

Największe pole do popisu ma wtedy, gdy przekopujesz internet w poszukiwaniu inspiracji. Szepcze Ci do ucha pogardliwe komentarze. Z jednej strony widzisz ogrom możliwości oraz dostęp do wiedzy na wyciągnięcie ręki. Z drugiej strony przytłacza Cię ta ilość informacji. Zaczynasz porównywać się do innych, a on zaciera wtedy ręce. Już wie, że ten moment jest blisko. Patrząc na osiągnięcia innych, na ich sukcesy oraz umiejętności, jego słowa coraz bardziej do Ciebie przemawiają. Dajesz mu tą satysfakcję i po raz kolejny mu mówisz: Masz rację, powinnam dać sobie spokój. Nie dam rady.

Kim jest ten głos w Twojej głowie? Czy to głos Twojej mamy, która nigdy Cię nie wspierała? Byłego chłopaka, który pozwolił Ci uwierzyć, że nic lepszego poza nim Cię w życiu nie spotka? Czy ludzi, którzy mało o Tobie wiedzą, a dużo gadają?

Dlaczego pozwalasz mu przejmować nad sobą kontrolę? Dlaczego za każdym razem wierzysz, że to ON ma rację? Dlaczego poddajesz się, wierząc, że do niczego się nie nadajesz? Jak długo zamierzasz podążać tym schematem? Komu chcesz oddać sterowanie Twoim życiem? Mamie? Partnerowi? Ludziom, których nawet nie znasz?

Kiedy uwierzyłaś, że do niczego się nie nadajesz? I właściwie, dlaczego w to uwierzyłaś?

A teraz wstań od komputera podejdź do lustra i strzel sobie z liścia. Takiego soczystego.

Spojrzyj na swoje odbicie, uśmiechnij się z przekąsem i powiedz: DAM RADĘ!

I tym razem się nie poddaj.

Bo życie masz tylko jedno.

Bo możesz wszystko.

Bo głos w Twojej głowie, to tylko projekcja tego co kiedyś usłyszałaś na swój temat, a co W OGÓLE NIE JEST PRAWDĄ. Nikt nie ma prawa powiedzieć Ci, że nie nadajesz się do niczego. Nikt nie ma prawa mówić Ci, że jesteś beznadziejna.

Choć w sumie…

Wiesz kiedy stajesz się beznadziejna?

Kiedy dajesz za wygraną, słuchasz tego głosu i się poddajesz…

Nie poddawaj się.

Jak się zmotywowałam do ćwiczeń

Słyszeliście, co mówią o endorfinach? Poprawiają humor i dodają energii. Jeszcze kiedyś zazdrościłam wszystkim ćwiczącym, że pomimo wylewania siódmych potów na siłowni, uśmiech nie schodzi im z twarzy, a siłą i witalnością wręcz promieniują. Dziś sama jestem taką osobą. Uzależnioną od fitnessu!

[su_pullquote]I just don’t think that Brooke could’ve done this. Exercise gives you endorphins. Endorphins make you happy. Happy people just don’t shoot their husbands, they just don’t. /Legally Blonde/[/su_pullquote]

Nie od razu tak było. Byłam typowym osobnikiem ze słomianym zapałem do wielkich zmian wraz z poniedziałkiem, pierwszym dniem miesiąca, od jutra, od Nowego Roku. Ćwiczyłam w domu, biegałam, jeździłam na rowerze. Niestety za każdym razem poddawałam się, uznając, że ja po prostu się do tego nie nadaję, że bez sensu, że po co mi ten pot, że to takie trudne, że ała, że cholera jasna idź mi z tą Chodakowską, chcę czekolady.

Tym razem jest inaczej, bo zmieniłam całkowicie swoje podejście do ćwiczeń i odchudzania. Metodą prób i błędów wypracowałam sobie idealnie pasujący mi harmonogram i teraz wręcz doczekać się nie mogę każdych zajęć. Wszystko zaczęło się od tego, gdy uświadomiłam sobie, że Lata lecą, dupa rośnie 😉

Jak się zmotywowałam do ćwiczeń?

KUPIŁAM KARNET NA SIŁOWNIĘ

Nigdy wcześniej nie miałam karnetu na siłownię. Po prostu samo słowo “siłownia” źle mi się kojarzyło – karki, koksy, półnagie barbie i takie tam wstydy. Dlatego uznawałam, że lepiej ćwiczyć w domu z Youtubem – za darmo, na miejscu, kiedy tylko mi się chcę. No właśnie. Kiedy tylko mi się chcę – czyli jeśli akurat mi się nie chcę, to moge odpuścić, bo przecież z nikim nie umawiałam się na żadną godzinę, nie rezerwowałam miejsca, nie przepadnie mi kasa. Wykupienie karnetu na siłownię, za który płacę prawie £70 za miesiąc, mobilizuje, by jednak z tego korzystać. Bo szkoda kasy. Dlatego warto. Wybrałam klub, który jest blisko mojego domu (5 minut rowerem) i w którym dobrze się czuję – nie jest obskórny, chodzą do niego cywilizowani ludzie, wszystko mam w jednym miejscu (siłownia, zajęcia fitness, basen, sauna, kawiarnia, nawet fryzjer 😉

Już wiem, jak to jest poddać się, teraz chcę zobaczyć co się stanie, jeśli tego nie zrobię.

KUPIŁAM SOBIE FAJNE SPORTOWE CIUCHY I BUTY

Nie wiem jak wy, ale ja wychodząc do ludzi lubię dobrze wyglądać – to raz. Dwa – na siłowni ściany są w większości pokryte lustrami, w których przeglądam się cały czas (żeby sprawdzać, czy dobrze wykonuję ćwiczenie ofcoz), więc chcę lubić to swoje odbicie. Trzy – z nowymi ciuchami tak mam, że jak kupię sobie coś fajnego, chcę to natychmiast na siebie założyć i się pokazać. To jest mój trik, gdy potrzebuję kopniaka motywującego – kupuję sobie nowy T-shirt, spodnie lub buty i zaraz chce mi się iść niczym na wybieg 🙂 Niektórzy kupienie nowego ciuchu na fitness traktują jako nagrodę, na mnie to nie działa.

PRZESTAŁAM SIĘ ODCHUDZAĆ

Oczywiście moim celem w dalszym ciągu jest zrzucenie kiligramów, ale nie skupiam się obsesyjnie tylko na tym. Dzięki czemu łatwiej mi wsłuchać się w swoje ciało, a co najważniejsze – współpracuję z nim zamiast walczyć. Korzyść z tego jest też taka, że jak czuję, że chce mi się czekolady, białego chleba czy lazanii to po prostu to sobie zjem i nie robię z tego powodu problemu. Zaletą regularnych ćwiczeń jest to, że po jakimś czasie już nie masz ochoty na te małe grzeszki, a poza tym nawet jeśli zafunduję sobie cheat day, wiem, że następnego dnia wypocę się na siłowni.

ZAAKCEPTOWAŁAM SWOJE CIAŁO

Tak jest moi drodzy, zaakceptowanie swojego ciała było dla mnie bardzo istotne, by podejść do ćwiczeń i odchudzania w pozytywny sposób. Po pierwsze, jak wspominałam już powyżej, takie podejście sprawia, że z ciałem współpracujesz, a nie walczysz, opiekujesz się nim zamiast stawiać mu wymagania, bierzesz na siebie odpowiedzialność za to, że to TY przez te wszystkie lata doprowadziłaś się do nadwagi, słabej kondycji, wiszących ramion. W zgodzie ze sobą podjęłam wyzwanie, by traktować swoje ciało jak partnera, któremu muszę pomóc powrócić do formy. Im bardziej mu pomogę, tym bardziej mi się ono odwdzięczy.

Body confidence does not come from trying to achieve the ‘perfect’ body. It comes from embracing the one you have already got.

PRZETESTOWAŁAM PROWADZĄCYCH I WYBRAŁAM TYCH, KTÓRYCH LUBIĘ

Pamiętam jak kiedyś próbowałam ćwiczyć z Chodakowską, bo taka moda była i w ogóle WOW jakie efekty można osiągnąć dzięki Skalpelowi. Więc się mobilizowałam i dla tych EFEKTÓW zmuszałam się codziennie do ćwiczeń. Ale poddawałam się, bo po prostu głos tej pani oraz brak jakichkolwiek emocji i potu na jej twarzy skutecznie mnie zniechęcał. Przerzuciłam się na Mel B i zaraz motywacja mi wzrosła. Podobnie zrobiłam z zajęciami fitness. Co z tego, że lubię jogę jeśli prowadzący jest kompletnie antypatyczny? Zostałam przy tych, z którymi czuję flow, a gdy krzykną You can do it!! na prawdę w to wierzę i z uśmiechem cisnę się bardziej.

WYBRAŁAM ZAJĘCIA, KTÓRE SPRAWIAJĄ MI PRZYJEMNOŚĆ

jak się zmotywować do ćwiczeń

Przetestowałam prowadzących i przetestowałam zajęcia dostępne w moim klubie. Z góry odrzuciłam wszelkie Zumby, Salsy czy inne taneczne formy aerobiku, bo wiem, że mnie to nie kręci, bo zamiast skupiać się na technice skupiam się na krokach. Tak już mam. Dlatego na chwilę obecną wybrałam Body Pump, Group Cycle, Jogę/Pilates, Aqua Aerobik oraz Step. Na każde zajęcia czekam z niecierpliwością i po każdych czuję, że na prawdę dałam z siebie wszystko.

NA POCZĄTKU JEST CIĘŻKO – ZAAKCEPTOWAŁAM TEN FAKT

Nie od razu Rzym zbudowano. Zaczęłam powoli i stopniowo, poznając siebie i swoje możliwości. Czasami przeginałam i moje ciało się buntowało, gdy z kanapowca chciałam nagle zrobić z siebie sportowca. Niektóre zajęcia sprawiały mi prawdziwą trudność, tak że dostawałam zadyszki, bólu brzucha i skurczy w mięśniach. Ale się nie poddawałam. Gdy tego potrzebowałam – spałam więcej, jadłam lepiej, odpoczywałam dłużej. Teraz zakwasy pojawiają się rzadziej, a z każdym tygodniem zwiększam intensywność lub obciążenie sztangi.

Yesterday I dared to struggle, today I dare to win.

OBSERWUJĘ JAK ZMIENIA SIĘ MOJE CIAŁO

Ważenie siebie to jedno, bo dzięki temu mogę zmierzyć efekty w dążeniu do celu. Sprawdzam wagę raz w tygodniu i zapisuję postępy. Ale oprócz tego, ważna jest dla mnie obserwacja skutków ubocznych w postaci: jędrnej skóry, zarysu mięśni na ramionach, braku zadyszki, gdy wchodzę po schodach u siebie w mieszkaniu, lepsza kondycja i ogólna siła w nogach, więcej energii, lepszy humor, satysfakcja, że z każdym tygodniem mogę na zajęciach dać z siebie więcej. W zasadzie to powinnam raczej powiedzieć, że zrzucanie wagi jest skutkiem ubocznym ćwiczeń, bo te wymienione powyżej to same korzyści!

Once you see results, it becomes an addiction.

Żałuję…

Podjęcie aktywności fizycznej jest elementem mojego ogarniania się w życiu. Wiecznie tylko narzekałam na swoje ciało. Biernie oczekiwałam spektakularnych zmian. Poddawałam się na początku drogi wraz z nastaniem trudności, po czym zawodziłam samą siebie. Moja pewność siebie w związku z tym spadała, no bo jak inaczej, skoro ja sama sobie nie umiem udowodnić, że jak coś postanowię to w tym wytrwam?

Przez ostatnie dwa miesiące udało mi się wykreować nową wizję swojej osoby i teraz z leniwca pospolitego jestem aktywną i pełną energii osobą, cieszącą się z każdego drobnego sukcesu. Opiekuję się moim ciałem, odnoszę się do niego z miłością, a nie nienawiścią. Kiedyś to wszystko wydawało mi się bujdą, dziś wiem, że to prawda.

Niezależnie od tego czy chcesz ćwiczyć, by schudnąć, nabrać kondycji lub po prostu ruszyć tyłek zza biurka, powiem jedno – warto! Jedyne czego ja żałuję, to że nie zaczęłam wcześniej. Ale tak to chyba zwykle bywa – gdy zaczyna nam się w czymś powodzić i okazuje się, że dajemy radę, żałujemy, że nie podjęliśmy ryzyka wcześniej.

52 manifesty na każdy rok

Niektórym może się wydawać, że robienie postanowień noworocznych to głupota. Niektórzy uwielbiają spisywać swoje noworoczne plany, by po 12 miesiącach je zweryfikować i zakończyć rok z poczuciem, że odnieśli osobisty sukces. Ja zwykle każdego roku olewałam system i podeszłam do sprawy z nastawieniem “jakoś to będzie”. Wychodziło z tego jedno wielkie nic i pretensje mogłam za to mieć tylko i wyłącznie do siebie. Teraz kieruję się jednak zasadą, żeby działać, a nie tylko gadać, dlatego nie podzielę się moją szczegółową listą celów, bo podobno jest tak, że jak się o swoich planach papla na prawo i lewo, to motywacja spada. U mnie tak bynajmniej jest.

Jeśli należysz do grupy osób, która jednak lubi zaczynać Nowy Rok z czystą kartą, masz głowę pełną pomysłów oraz motywację do działania, poniższe manifesty pomogą Ci nadać ostateczny kształt Twoim planom lub zainspirować się, jeśli dopiero zaczynasz spisywanie swoich postanowień. Prawdą jest, że poniższe manifesty możesz stosować ZAWSZE, niezależnie czy jest to początek roku, miesiąca czy dekady. W moim przekonaniu są one drogowskazem, w odpowiedzi na pytanie: Co zrobić ze swoim życiem.

Zacznij od nowa

To jest Twoje życie.

Mów TAK.

Mów NIE.

Twórz.

Inspiruj.

Nie osądzaj.

Więcej książek, mniej TV.

Schody zamiast windy.

Analizuj mniej.

Celebruj wyjątkowe dni.

Nie traktuj siebie zbyt poważnie.

Nie zamartwiaj się.

Bądź dla siebie dobra.

Zakładaj najlepsze.

Bądź odważna.

Zaufaj sobie.

Bądź niezależna.

Miej oszczędności.

Próbuj.

Działaj.

Inwestuj w siebie.

Kupuj mniej.

Pogódź się z przeszłością.

Uśmiechaj się do siebie.

Przyjmuj komplementy.

Dawaj komplementy.

Bądź obecna.

Ciężko pracuj.

Przestań się porównywać.

Bądź rozsądna.

Złam zasady.

Twórz zasady.

Kieruj się sercem.

Pomagaj.

Przyjmuj pomoc.

Ucz się na błędach.

Nie komplikuj sobie życia. Wybierz prostotę.

To co myślą o Tobie inni to nie Twój problem.

Bądź osobą, którą chciałabyś poznać.

Przestań szukać uwagi u osób, które Cię krzywdzą.

Jeśli nie możesz czegoś zmienić, zmień swoje podejście.

Nie czekaj na pozwolenie.

Nie pozwól, by Twoje lęki blokowały Twój rozwój.

Rób to, co co kochasz.

Pamiętaj o swoich priorytetach.

Planuj.

Bądź spontaniczna.

Szanuj siebie.

Nie marnuj czasu.

Szukaj szczęścia w sobie.

Czas by żyć, a nie tylko istnieć.

Wiem, że niektóre się wzajemnie wykluczają, ale o to właśnie chodzi, bo życiu nic nie jest białe lub czarne. Wszystko ZALEŻY od sytuacji, od nas samych, od okoliczności.  Chodzi o to by przestać zadowalać wszystkich dookoła i traktować siebie jak kogoś, na kim Ci zależy.

7 życiowych rad, z których warto skorzystać

Hej Graddd! Miałam dzisiaj trochę wolnego w pracy i na spokojnie sobie przejrzałam Twojego bloga i… kurde, zazdroszczę samozaparcia i dążenia do lepszego 🙂 Mega sie to czyta i daje do myślenia, u mnie ostatnio była mega deprecha, ale powoli jest lepiej i tym bardziej fajnie się czyta, że z doła można wyjść, ze cos można zmienić w sobie, wyciągnąć wnioski. Musze się trochę tego nauczyć, więc będę dalej czytać :*

Emocjonalny ekshibicjonizm, który regularnie tu popełniam, pozwolił mi zrozumieć pewne rzeczy. Po pierwsze, za nasze szczęście jesteśmy odpowiedzialni tylko my sami. Obarczanie tym innych osób lub szukanie go w czynnikach zewnętrznych potęguje tylko naszą frustrację, a co gorsza, wpływa negatywnie na relacje z najbliższymi. Po drugie, człowiek nie jest wyspą – aby być szczęśliwymi, potrzebujemy otaczać się innymi ludźmi – właściwymi ludźmi. Po trzecie – bycie sobą bywa trudne, ale cholernie satysfakcjonujące, bo nie ma na świecie drugiej, tak wyjątkowej osoby jak ja czy Ty.

Nie szukaj szczęścia na zewnątrz

Konsupcjonizm, objadanie się, picie, przygodny sex, wskakiwanie ze związku w związek, namiętne oglądanie seriali to wszystko da Ci chwilową przyjemność, ale jeśli zadowolenie z życia nie wypływa z CIEBIE i TWOJEGO samopoczucia, pogłębi się tylko Twój smutek, zaczniesz podważać sens życia i wzrośnie ogólne zniechęcenie. Dlatego…

Wsłuchaj się w siebie

To na prawdę ważne, by zacząć słuchać wewnętrznego głosu. Nikt poza Tobą nie powie Ci, jak żyć i którą drogę wybrać. Jeśli czujesz, że coś jest nie tak, najprawdopodobniej tak jest. Jeśli wiecznie chodzisz podkurwiona, to nie dlatego, że Twój TŻ zostawia skarpetki na podłodze, współlokator znów nie pozmywał po sobie naczyń, a kot strącił ogonem Twój ulubiony wazon.

Zostaw przeszłość za sobą

Taki fajny tekst ostatnio gdzieś wyczytałam: jeśli stoisz jedną nogą w przeszłości, a drugą w przyszłości to znaczy, że sikasz na teraźniejszość. Łopatologiczne podejście jest zawsze najlepsze. Zamknij przeszłość za sobą, nie próbuj jej zmieniać, wyciągnij wnioski, ucz się na błędach. Przeszłość Cię ukształtowała, to fakt, ale to w dalszym ciągu od Ciebie zależy jak Twoje życie będzie układać się teraz i w przyszłości. Co do przyszłości – nie martw się niczym na zapas. Najczęściej zamartwiamy się rzeczami, które nigdy się nie przytrafią.

Zmiany zaczynaj od siebie

Nie od chłopaka, męża, dzieci, psa czy kota. Chcesz wyższy przychód? Poszukaj nowej pracy, zamiast czepiać się partnera, że za mało zarabia. Chcesz schudnąć? Przestań się objadać wieczorami i zacznij się więcej ruszać. Chcesz, by Twoje dzieci były szczęśliwe? Pokaż im na swoim przykładzie jak to zrobić. Chcesz mieć lepsze relacje ze swoją rodziną/znajomymi/kolegami z pracy, wyjdź pierwsza z inicjatywą i zmień swoje nastawienie. Nie oglądaj się na innych!

prostsze życie

Bądź odważna, podejmuj decyzje

Bo życie masz tylko jedno, a kto nie ryzykuje ten nie ma. Lęki nas blokują. Poza tym, czy to nie bez sensu, tak całe życie się bać?

Przeczytaj: O decyzjach, które warto podjąć z myślą o sobie

Bądź niezależna

Czasami odwagi do zmian daje nam właśnie poczucie niezależności. Dlatego zawsze stój na własnych nogach. Nie uzależniaj się nigdy, od nikogo ani finansowo, ani emocjonalnie.

Przeczytaj: Dlaczego warto być niezależną

Nie odkładaj wszystkiego na wieczne nigdy

Prokrastynacja jest jednym z nawyków, które na prawdę rujnują nam życie. Bo nam się wydaje, że wiecznie na wszystko mamy czas, a to bzdura. Dlatego przestań wszystko odkładać na jutro. Życie dzieje się teraz, a straconego czasu nigdy nie odzyskasz. (Zajrzyj na: Nawyki, które rujnują mi życie)

Pamiętaj, to TY jesteś kreatorką swojego życia i to od Ciebie zależy jak będzie ono wyglądać. Powtarzaj to sobie przy każdej okazji jak mantrę. Jeśli wydaje Ci się, że coś Ci się od życia należy, jeśli czekasz, aż rzeczy same się staną i oczekujesz on innych, że to oni zmienią Twoje życie na lepsze – porzuć to złudzenie!

A jeśli chcesz marnować swój czas, to chociaż zrób to dobrze.

Kiedy powiesz sobie dość, czyli o decyzjach, które warto podjąć z myślą o sobie

Sytuacje bez wyjścia nie istnieją. Wszystko jest kwestią podjęcia decyzji. Odważnie i z myślą o sobie.

Może by tak przestać się oszukiwać, wsłuchać w siebie i podjąć decyzję, która należy tylko i wyłącznie do Ciebie?

Jakoś to będzie

Choć czujesz pod skórą, że w Twoim życiu jest coś nie tak, to mimo wszystko każdego dnia oszukujesz się, że jakoś to będzie. Wypierasz swoje myśli, ignorujesz sygnały, które daje Ci Twoje ciało, a wychodząc z domu przyklejasz sztuczny uśmiech, karmiąc się własnymi iluzjami. Raz na jakiś czas doświadczasz przejściowego olśnienia. Postanawiasz więcej czytać, przejść na dietę i zacząć regularnie ćwiczyć. Daje Ci to chwilowy przypływ szczęścia. Dość szybko jednak orientujesz się, że w dalszym ciągu chodzisz podkurwiona, a wieczorem chce Ci się płakać. Dalej nie wiesz o co kaman. To znaczy w sumie się domyślasz, ale nie chcesz powiedzieć tego na głos z obawy, że Twój domek z kart rozsypie się z hukiem.

W końcu postanawiasz wypowiedzieć wojnę swoim myślom. Zaprzeczasz wszystkim niepokojącym głosom. Przestajesz się zwierzać ze swoich problemów znajomym, bo uważasz, że nie mają racji podpowiadając Ci, że stać Cię na więcej, że przestań się oszukiwać, że olej, że pieprz to.

Obklejasz swoją ścianę motywującymi hasłami i zaczynasz prowadzić dziennik wdzięczności. Postanawiasz być miła dla świata, bo przecież dobro powraca. Każdy wkurw blokujesz w sobie biorąc 10 oddechów i tłumacząc sobie, że takie jest życie, że trzeba zaakceptować zaistniałe fakty.

Kiedy powiesz sobie dość?

Jakoś to będzie przestaje działać. Idziesz więc po rozum do głowy i wsłuchując się uważnie w to, co podpowiada Ci intuicja, postanawiasz jej w końcu przyznać rację. Zapala Ci się lampka oczywistości, że nikt za Ciebie żyć nie będzie, a dalsze oszukiwanie siebie nie ma już sensu. Bo przecież życie masz tylko jedno, a Reasonable Level of Happiness kompletnie Ci nie wystarcza. Wygodny pierdzidołek zaczyna uwierać tak bardzo, że w końcu mówisz sobie dość!

A teraz odpowiedz sobie na nurtujące Cię pytania:

Jak długo zamierzasz udawać, że Twój związek Cię satysfakcjonuje?

Jak długo będziesz się łudzić, że on się zmieni?

Jak długo będziesz czekać, aż sprawy SAME się naprawią?

Kiedy w końcu przyznasz, że ta przyjaźń jest toksyczna?

Kiedy odważysz się uwierzyć w to, że stać Cię na więcej?

Kiedy przestaniesz uzależniać swoje poczucie szczęścia od innych i zaczniesz go szukać w sobie?

Jak długo zamierzasz trwać w romansie, który wyniszcza Cię od środka?

Kiedy przestaniesz się zgadzać na wszystko i robić coś wbrew sobie?

Dlaczego tak bardzo lubisz sobie wmawiać, że jakoś to będzie?

Wiesz, co stoi na przeszkodzie do Twojego własnego szczęścia? TY i Twoje nieustanne pieprzenie, że inaczej się nie da, że nie ma innego wyjścia, że jakoś to będzie. ZAWSZE JEST JAKIEŚ WYJŚCIE. Tylko odwagi Ci brak. Ale pomyśl sobie, że życie masz tylko jedno. Możesz je przeżyć czekając, aż SAMO się naprawi i akceptować, że JAKOŚ to będzie. Albo możesz wziąć sprawy w swoje ręce, a zdrowy egoizm uczynić swoim nowym mottem. Poza tym życie to projekt długoterminowy, więc przestań się oszukiwać, że bylejakość Cię zadowala, bo za kilka lat będziesz żałować, że nie podjęłaś tej jednej ważnej decyzji TERAZ.

gradowa

Strachy na lachy, czyli jak pokonać swoje lęki i dlaczego jest to fajne

Wiecie skąd biorą się nasze lęki? Z błędnego przekonania, że tylko my się czegoś obawiamy, a dookoła nas są sami kozacy, którym wszystko przychodzi z łatwością. Są wynikiem obsesyjnego myślenia, że ludzie na każdym kroku nas oceniają i obserwują, a potknięcie o własne stopy wytykają palcami, po czym wrzucają na YouTuba, by publicznie wyśmiać. Tak jakby ludzie nie mieli niczego lepszego do roboty, poza zajmowaniem się naszym życiem. A jeśli nawet jest to ich jedyne zajęcie, to ja im serdecznie współczuję, a jednocześnie utwierdzam się w przekonaniu, że zdaniem kogoś takiego nie warto się przejmować.

Czego właściwie się boisz?

Zostałam wychowana w przekonaniu, że ludzi należy się bać, bo ludzie będą mnie oceniać, śmiać się z mojej niewiedzy i wytykać niedoskonałości. “Jak możesz tego nie wiedzieć” słyszane od mamy na każdym kroku spowodowało, że przez połowę swojego życia wolałam siedzieć cicho, nie wychylać się, a już broń boże nie przyznawać się, że czegoś nie rozumiem/nie umiem/nie wiem (niepotrzebne skreślić). Dopiero po jakimś czasie przekonałam się, że nie muszę być chodzącym omnibusem, czasami ja wiem coś, czego nie wiedzą inni, a czasami inni tak samo jak ja, nie rozumieją jakiegoś pojęcia. I nie ma tu powodu do wstydu (no chyba, że nie wiesz, ile księżyców ma Ziemia).

W walce ze swoimi słabościami, połową sukcesu jest uświadomienie sobie swoich lęków. Ja postanowiłam wypisać sobie najważniejsze z nich, skupiając się na tych, które w jakiś sposób oganiczają mój rozwój i blokują przed zmianą. Największą grupę lęków stanowiły te związane z przebywaniem wśród ludzi:
wyjście na spotkanie, na którym nikogo nie znam (bo przecież wszyscy inni NA PEWNO się już znają),
zagadanie do obcej osoby (bo przecież może mnie olać),
wzięcie udziału w jakiś kursach (bo wydaje mi się, że jestem jedyną początkującą osobą i wyjdę na idiotkę),
wystąpienia publiczne/przedstawienie się przed grupą ludzi (gdy wszyscy się na mnie gapią i NA PEWNO oceniają),
spytanie się o coś, czego nie wiem lub nie rozumiem (bo jak możesz tego nie wiedzieć),
proszenie o pomoc (bo jak można czegoś nie umieć zrobić samemu)
i generalnie wszelkie sytuacje związane z czymś nowym i niezbadanym. Dodatkowo mój paniczny lęk budzą wszelkie sytuacje, w których muszę być od kogoś zależna.

Jak ona to robi?

W tym tygodniu zaszalałam na całego, bo byłam AŻ DWA RAZY na spotkaniu, gdzie nie znałam ani jednej osoby! (fanfary!)

  1. W środę wybrałam się na event Charity Drinks & Festive Quiz Night. Trafiłam na to wydarzenie zupełnie przypadkowo i po chwili namysłu kupiłam bilet. Pomyślałam, że dlaczego nie – Fisha nie ma, jest okazja poznać nowych ludzi, ja czuję się dobrze, będzie fun, co mam do stracenia! I wiecie co? Świetnie spędziłam czas. Był quiz z pytaniami i nasza grupa zajęła 3 miejsce, poza tym poznałam pewnego gościa (polaka oczywiście, bo to przecież LONDYN), który dał mi swoją wizytówkę i powiedział, żebym wysłała mu swoje CV, gdybym szukała jakiejś fuchy w sektorze charity. Co więcej, z czego jestem najbardziej dumna, gdy z każdej drużyny jedna osoba miała wyjść na środek, zgłosiłam się na ochotnika! Zadanie polegało na wrzuceniu piłeczki do worka Mikołaja 🙂 Razem ze mną było około 10 osób z innych drużyn. Nie trafiłam. Nie ja jedna. I wiecie co? I nic. Bo to nie o to chodziło. Chodziło o fun i pokonanie swojego lęku przed wyjściem na środek. I zrobiłam to. Niesamowite uczucie. Niby taka pierdoła, a ile satysfakcji. 
  2. Wczoraj z kolei byłam na Śniadaniu Biznesowym dla Kobiet, prowadzonym przez Alute (blogowy portal dla kobiet w UK). Tutaj znów decyzję podjęłam bardzo spontanicznie, na zasadzie dlaczego nie? Kupiłam bilet i w niedzielę z samego rana musiałam ruszyć tyłek aż na Hammersmith, więc jakaś godzina drogi ode mnie. Powiem wam, że przeżywałam to niesamowicie. Ten strach przed wejściem w grupę bab, których nie znam. Ten głupi strach przed tym, jak zostanę odebrana. Jedynym punktem zaczepienia była dla mnie Ania Górecka, bo to właśnie z jej polecenia tam się pojawiłam – tu musiałam pokonać swój lęk przed zagadaniem do obcej osoby. Bo niby “znamy się” już z internetu, ale twarzą w twarz nie miałyśmy okazji. Ale podeszłam, przedstawiłam się i zaczęłyśmy miłą pogawętkę. Najgorszym punktem programu było dla mnie powiedzenie o sobie kilka słów przed całą grupą – taki standard na tego typu spotkaniach, kiedy każdy w kilku zdaniach ma streścić co robi i dlaczego tutaj przyszedł. Gdy nastała moja kolej to przestałam oddychać, a dłonie pokryły się lodem – byłam tak zestresowana, że w zasadzie już sama nie pamiętam o czym mówiłam. Minęło jakieś pół godziny nim doszłam do siebie. Byłam zła na siebie, że z tych nerwów nie wspomniałam, że piszę bloga. Dlatego zaczęłam udzielać się podczas wykładu – gdy jakiś temat był mi bliski, zgłaszałam się i wtrącałam kilka słów od siebie. I wiecie co? To co miałam do powiedzenia było interesujące! Nikt mnie nie wyśmiał, nikt mi nie powiedział, że jestem głupia. Mało tego, prowadząca kilkukrotnie wracała do tego o czym wspomniałam. Moja odwaga została nagrodzona, bo okazało się, że dla najbardziej aktywnych uczestniczek przewidziana jest nagroda w postaci książki i ja ją zgarnęłam! 🙂

Czysty zysk

Pokonywanie lęków przyniosło mi same korzyści:

  • nawiązałam nowe znajomości
  • miło spędziłam czas
  • dobrze się bawiłam
  • przekonałam się, że zgłaszanie się na ochotnika nie jest niczym strasznym
  • przekonałam się, że nie ja jedna mam podobne lęki
  • przekonałam się, że jeśli coś mi się nie uda, to wciąż jestem fajną osobą
  • przekonałam się, że nikt mnie nie ocenia, a nawet jeśli tak jest – nie muszę się tym przejmować
  • przekonałam się, że to co mam do powiedzenia jest interesujące
  • wygrałam fajną nagrodę
  • dałam się poznać
  • nabrałam odwagi na nowe wyzwania
  • mój dzień był pełen wrażeń
  • zakończyłam dzień z poczuciem satysfakcji
  • Fish był ze mnie dumny
  • Ja byłam z siebie dumna
  • wzrosła moja pewność siebie
  • pozytywnie zaskoczyłam samą siebie
  • mam czym inspirować innych (bo moim marzeniem jest być inspiracją)
  • zebrałam kilka fajnych pomysłów na posty

Jak pokonać swoje lęki

Nie dam wam jednej recepty na pokonanie swoich lęków, bo na każdego zadziała coś innego, ale podzielę się z wami moją drogą ku odwadze:

  1. Obejrzałam sobie film Yes man! Nie jest to jakiś wysokich lotów pozycja, ale ważniejsze jest przesłanie – by mówić życiu TAK. Postanowiłam sobie, że za każdym razem, gdy nadarzy mi się jakaś okazja, ktoś zaproponuje wyjście, spotkanie, szkolenie, wyjazd – idę na to! Bo siedząc w domu niewiele ekscytujących rzeczy może mnie spotkać.
    odwaga
  2. Moją nieustającą inspiracją jest Volant, a cytat z jego wpisu powiesiłam sobie nad biurkiem i czytam za każdym razem, gdy czegoś mi się nie chce lub ogarnia mnie lęk przed ludźmi, porażką, sukcesem itp:

    Możesz wybierać siedzenie na dupie w domu, narzekanie, strach przed porażką, czysty konsumpcjonizm, brak uczenia się czegoś nowego i myślenie o sobie źle, bo tak jest łatwiej, ale za pięć lat spojrzysz wstecz i zobaczysz tylko dni, które zlały się w szare pasmo stagnacji. Możesz też wybrać robienie rzeczy, które w przyszłości doprowadzą cię do miejsca, w którym zawsze chciałeś być. Chodzi o słowa wypowiadane w dobrym momencie, o kupienie biletu na samolot, o wysłanie jednego CV więcej, o testowanie tak wielu możliwych opcji, jak tylko to jest możliwe.

  3. Podążam za impulsem – gdy czuję, że coś chcę zrobić, od razu to robię, nim zacznę się zastanawiać nad tym, bo gdy moment minie, moje myśli mnie pogrążają na tyle, że zaczynam za dużo analizować, mój lęk rośnie i w efekcie nie podejmuję działania. Choć nie zawsze mi to wychodzi, mając świadomość jak to działa, staram się kierować zasadą impulsu. (tą teorię zasłyszałam na jednym z wykładów TEDx, ale nie pamiętam już który, więc wam nie podlinkuję;/)
  4. Zawsze sobie myślę, że inni ludzie także mierzą się ze swoimi lękami, być może tymi samymi co ja, a to dodaje mi odwagi, by zrobić pierwszy krok. Jak to mówią: do odważnych świat należy – i sporo w tym prawdy!
  5. Gdy się waham, myślę sobie: co mam właściwie do stracenia? I wiecie co? Rachunek zysków i strat zawsze wychodzi na plus.

Powiem wam, że to nie jest tak, że przeczytacie dwa teksty, obejrzycie jakiś wykład czy film, powiesicie sobie inspirujący cytat nad biurkiem i za jednym pstryknięciem wszystko się zmieni. To musi wyjść od was. Pewnego dnia wstajecie, dajecie sobie z liścia i postanawiacie ŻYĆ a nie tylko ISTNIEĆ. Jeżeli ta chęć zmiany nie obudzi się w WAS, to moje pisanie o tym, jak pokonać lęki, będzie kolejnym motywacyjnym pierdoleniem, o którym zapomnicie nim umyjecie wieczorem zęby. Siedziałam na dupie przykryta kocem komfortu zbyt długo i żal mi straconego czasu, bo choć lepiej późno niż wcale, to jednak mogłabym być teraz w połowie, a nie na początku swojej drogi do lepszego życia. Uczcie się na cudzych błędach 😉

nawyki

6 nawyków, które rujnują nam życie

Fajnie by było obudzić się któregoś dnia i przestać popełniać te same błędy, ale ponieważ jesteśmy tylko ludźmi, dajemy się ponieść emocjom, więc wypracowane przez lata nawyki są idealnym narzędziem samoobrony. Tylko że ja mam dosyć zachowań, które nie służą ani mi ani osobom z mojego otoczenia.

1. Bierna agresja

Biernej agresji nauczyłam się od mamy. Gdy nie potrafiła skonfrontować się z trudną sytuacją, krytyką czy po prostu kłótnią, która zdarza się nawet w najlepszych związkach, reagowała FOCHem, czyli:
– obrażaniem się,
– tekstami w stylu “dobra nie ważne” lub “niepotrzebnie się odzywałam” lub “ok, lepiej będzie jak się zamknę”,
– olewaniem drugiej strony poprzez nieodbieranie telefonów czy nie odpisywanie na wiadomości a przede wszystkim tzw. ciche dni
– demonstrowaniem chłodu emocjonalnego.
Gdy sama wpadam w błędne koło biernej agresji i spojrzę na siebie z boku, to mam ochotę podejść i strzelić sobie z liścia. Choć racjonalnie wiem, że taką postawą niczego nie osiągnę, nie udowodnię, a co gorsza, mogę pogorszyć relacje z innymi, ja mimo wszystko zaprzyjaźniam się ze swoimi negatywnymi emocjami i nie dopuszczam do siebie głosu rozsądku. Pielęgnuję swoje zranienie, przyjmuję pozycję ofiary, a duma nie pozwala mi przyznać się do błędu.

2. Krytykowanie

“Dlaczego znowu nie rozwiesiłeś mokrego ręcznika, nie chodź w butach po mieszkaniu, czy na prawdę tak trudno to zapamiętać? Jak mogłeś tego nie zauważyć? Bo Ty nigdy.. Bo Ty zawsze…” Znacie to? W pewnym momencie związku, nie wiedzieć czemu, zaczynamy czepiać się pierdół i krytykować naszego partnera na każdym kroku. Najpierw wykręcamy się napięciem przedmiesiączkowym, ale z czasem wchodzi nam to w nawyk i doszukujemy się wszelkich niedoskonałości, zapominając o całokształcie i ignorując rzeczy na prawdę ważne. Strasznie tego w sobie nie lubię, bo gdy tak na spokojnie na to spojrzę, to zastanawiam się czy warto robić jazdę o nieumyty kubek?? Jędza ze mnie.

3. Rozpamiętywanie przeszłości

Ostatnio to moje ulubione zajęcie. Wiecie, takie rozkminy w stylu “Co by było gdyby, a dlaczego wtedy zrobiłam to a nie tamto” lub wybielanie osób, które mnie skrzywdziły a teraz przywołuję tylko te dobre wspomnienia. W rezultacie, zamiast się skupić na tym co mam lub do czego dążę, przekopuję swój łeb niczym ogródek po zimie ze złudną nadzieją, że będą z tego jakieś obfite plony. Ano nie będą, bo przeszłości nie da się zmienić, czasu cofnąć, a wszelkie decyzje, które kiedyś podjęłam, były najlepszymi na tamten stan mojego umysłu, sytuacji życiowej czy upodobań. Koniec kropka.

4. Perfekcjonizm

Cechą, która hamuje mnie najbardziej przed podejmowaniem nowych wyzwań czy uczeniem się nowych umiejętności jest właśnie perfekcjonizm. Wychodzę z założenia, że wszystko albo nic. Albo coś zrobię od początku idealnie i perfekcyjnie albo nie podejmę się tego wcale. W rezultacie czas leci, okazje przemijają, ja się starzeję, a straconego czasu nie odzyskuję. Ciężko pozbyć mi się tego nawyku, ale małymi kroczkami bardzo się staram, tłumacząc sobie, że przecież każdy kiedyś coś zaczynał i nikt na początku nie był ekspertem w swojej dziedzinie, nikt z nas nie jest idealny, a poza tym przesadny perfekcjonizm za bardzo brata się z punktem 2.

5. Porównywanie się z innymi

Gdy przez całe życie byłaś z kimś porównywana, teraz masz to we krwi. Patrzysz na innych i po prostu widzisz jak oni są lepsi od Ciebie, lub odwrotnie, podbudowujesz się czyjąś niedoskonałością. Choć powoli z tego wyrastam, to jednak wciąż łapię się na tym, że przeglądając internet, facebooka czy inne blogi porównuję się. Odbiera mi to energię i motywację, bo przestaję dostrzegać swoją wyjątkowość, a widzę tylko braki.

Jeżeli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od Ciebie. /Maks Ehrmann/

6. Prokrastynacja

Bo mnie się wydaję, że ja mam czas. Ja mam jeszcze na wszystko czas. Po czym przychodzą moje urodziny i chce mi się płakać nad kolejnym rokiem, który mi stukną, a ja wciąż nie zrobiłam tego, czego planowałam. Wciąż nic nie osiągnęłam i wciąż zmarnowałam szansę na zajebistość. Choć prokrastynacja to proces złożony, bo nie jest lenistwem tylko wynika z lęków, to jednak nawyk ten skutecznie rujnuje mi życie. I te lęki i te wymówki i ten perfekcjonizm. Wszystko sprowadza się do jednego: niezadowolenia. I właśnie to ogólne niezadowolenie pcha mnie do nawyków krytykowania, biernej agresji, porównywania się czy rozpamiętywania przeszłości. Choć moja lista zadań z dnia na dzień zapełnia się nowymi wyzwaniami, mnie się wydaje, że mam czas. A jest kompletnie odwrotnie i jeśli nie zrobię z tym czegoś TERAZ, to serio zniszczy mi to życie.

Gdy dobrze się temu przyjrzeć, to mam wrażenie, że łatwiej wypracować sobie nowy nawyk, niż walczyć ze starym, zwłaszcza takim, który pielęgnowany był od dziecka. Sama nie wiem, czy lepiej ugryźć je wszystkie na raz, czy pozbywać się każdego po kolei. Niemniej uważam, że każdy z nich ma wspólny mianownik – lęk, oraz że jest zakorzeniony w naszym poczuciu własnej wartości.

Czy związek hamuje nasz rozwój?

Zasiedziałam się ostatnio. Zrobiłam się marudna, nerwowa, sfrustrowana, zniechęcona, moja pewność siebie sięga zeru, nie mam siły ani ochoty nigdzie wychodzić, a wszystkie moje ambitne plany są tylko w mojej głowie. I wiecie co jest najgorsze? Szukam przyczyn tego stanu na zewnątrz! Bo pogoda, bo zimno, bo rano, bo wieczór, bo okres, bo PMS, bo to jego wina!

Tak… Gdy zadowolenie z życia mi spada, zawsze szukam winy na zewnątrz i niemal zawsze obrywa mój partner. Bo tak łatwiej. Bo jest pod ręką, zresztą co ja jestem temu winna? To on tak na mnie działa. Nie motywuje mnie, sam późno wstaje, zrobił się trochę leniwy, zasiedziały i w ogóle mało pewny siebie. Zaraz zaraz. Czy ja na pewno mówię o nim? Bo brzmi jak idealny opis mojej osoby!

Easy Life

Komfort i wygodne życie jest fajne. Ale nie na dłuższą metę. Ja zawsze uważałam, że najlepiej działam wtedy, gdy pojawiają się problemy. Jest stres – jest motywacyjny kop to pracy. Wtedy się nie zastanawiam, po prostu działam. Wzrasta moja pewność siebie, a kreatywność sięga zenitu. Taką siebie pamiętam z okresu bycia singielką. Skupiałam się tylko na sobie, na swojej pracy, rozwoju, awansie. Żadne smutki i analizy nie zaprzątały mojej głowy, a moja strefa komfortu polegała na tym, że wciąż byłam czymś zajęta.

Gdy tylko wkraczam w związek, całą swoją uwagę kieruje na niego. I nie mówię tu o stanie zakochania, gdy jesteś naćpana endorfinami. Mówię o tym okresie, kiedy związek wkracza na stabilne tory, a Ty czujesz się tak pewnie, że zapominasz o swoim rozwoju. Dbam o to by zająć się domem, zrobić zakupy, coś ugotwać, posprzątać, a wieczory i weekendy spędzić razem. I kończy się tak, że zalegamy przed TV oglądając 5 sezonów The Good Wife w niecały miesiąc, a w weekendy piżamujemy do 12, znów nic nie robiąc w kierunku własnego rozwoju.

Oczywiście, że najłatwiej jest powiedzieć, że to jego wina. Tylko to nie będzie prawdą. Nikt poza nami nie jest odpowiedzialny za nas samych, za nasze życie, wybory i rozwój. W zasadzie jakby mi mój partner zaczął mówić jak mam żyć, szybko pokazałabym mu drzwi.

Dlaczego tak jest, że kobiety (najczęściej) tak łatwo rezygnują ze swoich ambicji, planów i marzeń na rzecz związku i partnera, obwiniając go później za taki stan rzeczy. Przerzucają na niego odpowiedzialność i wytykają mu cechy, które tak na prawdę określają je same: lenistwo, brak pewności siebie, brak ambicji, zniechęcenie, depresyjny nastrój. Dlaczego potrafimy walczyć o siebie będąc singielkami, a gdy tylko wejdziemy w rolę pani domu to odpuszczamy i stajemy się niezadowolonymi z siebie frustratkami?

Egoizm – pierwszy stopień do życia

Magda, ja po swoich ostatnich doświadczeniach doszedłem do wniosku, że w życiu trzeba być egoistą. W tym sensie, że właśnie skupić się na sobie, na swoim rozwoju, na czymś co Cię rozwija – czy to jest blog, firma, praca dla firmy – nie ważne. Bo jeśli nie jesteś happy i nie masz poczucia spełnienia, to żaden związek nie pomoże i każdy związek się rozpadnie.

Nie chodzi o to, by być zapatrzoną w siebie egoistką, nie dbającą o potrzeby partnera.Chodzi o to, że dbając o siebie, dbasz o swój związek. Gdy jestem zadowolona z siebie, a to co robię daje mi satysfakcję, automatycznie przekłada się to na jakość mojego związku. Co więcej, moja pracowitość, pasja i determinacja wpływają na jego motywację i nawet jeśli on także zrobił się zasiedziały i leniwy, moja energia mu się udziela.

Ta dawka egoizmu daje mi jeszcze coś jeszcze – poczucie niezależności. W przeszłości wielokrotnie “uwieszałam” się na partnerze, po czym byłam rozżalona i zła, gdy on tracił mną zainteresowanie. A po bolesnym rozstaniu okazywało się, że zostawałam z niczym. Skupiona tylko na związku i partnerze, poddałam się ze swoimi planami i marzeniami, czego później gorzko żałowałam.

Czy związek hamuje nasz rozwój?

Nie. To my same się ograniczamy. Skupiamy się na czynnikach zewnętrznych szukając wymówek dlaczego czegoś nie możemy zrobić. Rezygnujemy ze swoich pasji na rzecz związku, po czym budzimy się z ręką w nocniku – sfrustrowane, zrzędliwe kwoki. Narzekamy, że nie mamy o czym porozmawiać z partnerem, a same ostatnią książkę przeczytałyśmy rok temu i był to Dziennik Bridget Jones. Marudzimy, że on nas nigdzie nie zabiera, a same z inicjatywą wyszłyśmy miesiąc temu i był to obiad u Twojej mamy. Zrzędzimy o porozrzucane skarpetki i nieumyte naczynia, a to wszystko dlatego, że nic innego do roboty nie mamy…

Nie obwiniaj swojego partnera o hamowanie Twojego rozwoju. TY i TYLKO Ty jesteś za siebie odpowiedzialna i TYLKO TY możesz coś ze sobą zrobić by znowu poczuć satysfakcję ze swojego życia.

Weź książkę do ręki, zapisz się na kurs, idź na jakiś wykład lub warsztaty, odśwież dawne znajomości, znajdź lub odkurz swoją pasję. Benefity z tego będą korzyścią dla obu stron.

Do dzieła!

Czy związek hamuje nasz rozwój?