mama się obraziła

Nie milcz do mnie, czyli o karaniu ciszą

Jedną z najtrudniejszych umiejętności w relacjach międzyludzkich jest zdolność milczenia w swoim towarzystwie. O ile osobiście nie czuję potrzeby ględzenia o bzdetach tylko po to, by uniknąć ‘niezręcznej ciszy’, o tyle cholernie trudno mi odnaleźć się w sytuacji, gdy ktoś nagle przestaje się odzywać, bo zmienił mu się humor.

Mama się obraziła

Taki schemat wyniosłam z domu. Nie pamiętam ani kłótni ani awantur, za to doskonale przypominam sobie te chwile, kiedy rodzice mieli ciche dni lub mama nagle przestawała się do mnie odzywać. Nie rozumiałam dlaczego to robi, ale zawsze brałam to do siebie, przekonana, że coś przeskrobałam. Nie wymyśliłam sobie tego z dnia na dzień. Mama taki miała styl. Wolała się na mnie obrazić, niż po prostu mnie opierniczyć. Powiem wam, że karanie ciszą jest nagorszym doświadczeniem dla dziecka. Bo siedziałam zamknięta w pokoju i zastanawiałam się ‘o co chodzi?’. Próbowałam się domyślać, co tym razem zrobiłam źle. A nawet jeśli wiedziałam z czym narozrabiałam, to i tak tego nie rozumiałam. No bo jeśli mama się nie odzywa z powodu dwóji z historii lub zbitej szklanki, to muszę być bardzo złym dzieckiem. Na pewno jestem jej rozczarowaniem i do niczego już się nie nadaje. Mama mnie już nie kocha. Nie lubi. Nie chce.

Cholernie mnie to bolało i bardziej bałam się tego, że się mama obrazi, niż nakrzyczy.

Traumę tą przeniosłam później w dorosłe życie. Nie umialam sobie poradzić z sytuacjami, gdy ktoś do mnie milczał. Wywoływało to u mnie strach, że milczenie oznacza koniec relacji. Bardzo długo musiałam na nowo się uczyć, że nie jestem odpowiedzialna za czyjeś nastroje, że nie jestem odpowiedzialna, za czyiś zły dzień, a przede wszystkim, że nie wszystko kręci się wokól mojej osoby. W zasadzie to wciąż się tego uczę!

Trauma a dorosłość

Mój szef miał ostatnio jakiś zły dzień. Tak się jakoś złożyło, że wiele spraw się posypało, a pracownicy nie podążali za jego schematem myślenia. Gdy przyszłam do pracy nie było jeszcze nikogo poza nim. Siedział w drugim pokoju i stukał w klawiaturę mail za mailem. Ucięłam z nim krótką pogawętkę, ale czułam, że jest nie w sosie i szuka kozła ofiarnego. Wolałam się więc usunąć z jego pola widzenia. Choć domyślałam się za co może być zły, siedziałam przed swoim laptopem i nad niczym nie mogłam się skupić. Myślałam tylko o tym, czy mój szef jest na mnie obrażony?

Bałam się, że nasłuchuje i ocenia każdy mój ruch. Dręczyła mnie myśl, że jest pewnie ze mnie niezadowolony, że może ten mail co wczoraj wysłałam był zbyt bezpośredni, albo może ktoś mu na mnie ponarzekał i teraz on nie wie jak mi to powiedzieć. Albo obwinia mnie, że zespół jest taki jakiś niezdyscyplinowany i wszyscy się wiecznie do pracy spóźniają.

No więc siedziałam w tej swojej dziecięcej traumie i za cholere nie mogłam powstrzymać tych wszystkich absurdalnych myśli. Choć rozsądek cały czas mi powtarzał ‘weź się Gradowa nie wygłupiaj, bądź dorosła, to nie ma nic wspolnego z tobą’, to jednak mój mózg był sparaliżowany. I nie przesadzę, jeśli wam napiszę, że pół dnia z tego stanu wychodziłam, by w końcu o tym zapomnieć i oprzytomnieć.

Czasami tak mam

Z bólem muszę się przyznać, że czasami sama przyjmuję postawę biernej agresji w postaci obrażania się. Choć robię to już zdecydowanie mniej to jednak wciąż łapię się na tym, by zamiast wyrzucić z siebie, co mi leży na sercu, ja siedzę i mielę te swoje emocje gdzieś głęboko w sobie. –Co się stało? -Nic. No bo ja się kurcze nie umiem kłócić. Ja się umiem obrażać i tłumić te emocje w sobie.

Na szczęście jest jakaś nadzieja. Z wiekiem niektórzy jednak mądrzeją i dojrzewają,a ja jednak zaliczam się do tych szczęśliwców.

Jak sobie z tym radzę?

Przede wszystkim, nie biorę odpowiedzialności za czyjeś humory, dobre/złe dni, nastroje, okresy, niepowodzenia, niskie poczucie własnej wartości czy brak asertywności. Jeśli ktoś faktycznie obraża się na mnie za powyższe, to jedyne na co ja mam wtedy ochotę, to zignorować i zająć się swoimi sprawami. Miałam kiedyś w pracy taką koleżankę, która średnio raz na tydzień przychodziła do biura z fochem. Czasami miało to związek ze mną, czasami nie. Po paru miesiącach dopytywania za każdym razem ‘co się stało?‘ i słyszeniu odpowiedzi ‘nic’, z tonem, który mrozi otoczenie i wzrokiem, który zabija, poddałam się.

Sytuacja z szefem była jakimś wyjątkiem od powyższej reguły, którą wyznaję na co dzień, niemniej czasami jednak te traumy z dzieciństwa mnie dopadają i coż mogę począć. Jestem tylko człowiekem. Jestem też kobietą, która przed okresem staje się bardziej wrażliwa i drażliwa niż normalnie i  ot problem gotowy. Generalnie jednak wrzucam na luz i kompletnie nie zajmuję się czyimiś nastrojami. Szkoda mojego czasu i energii.

Ponadto warto zrozumieć taki fakt, że jeśli ktoś przelewa na nas swoje złe nastroje i frustracje, to jest to tylko i wyłącznie tej osoby problem. Ja nie biorę tego do siebie, a Ty nie oczekuj ode mnie, że ja się domyślę, o co Ci chodzi i co się stało. Ja lubię jasne sytuacje. Oczywiście zdarzają się wyjątki od tej reguły, ale wyjątki są po to, by CZASAMI występowały.

Nie milcz do mnie

Także ten… nie lubię jak ktoś do mnie milczy. Nie znoszę wręcz! Krępuje mnie to, męczy i uruchamia dziecięce traumy. Choć regularnie ćwiczę zarządzanie swoimi myślami, to przychodzą takie momenty, że odzywa się we mnie głos tej małej dziewczynki, na którą mama się kiedyś obrażała za to, że spóźniła się 10 minut lub próbowała się kłocić, by wywalczyć swoją tożsamość. Odzywa się we mnie ta mała dziewczynka, której rodzice się nie kłócili, ale z dnia na dzień potrafili przestać ze sobą rozmawiać i ja czułam się temu winna, bo nie wiedziałam o co chodzi. Głos tej małej dziewczynki, która bała się w te dni wyjść ze swojego pokoju, by nie usłyszeć… ciszy.

Dlatego nie milcz do mnie. Opiernicz mnie, zrób mi awanturę, skrytykuj lub wypłacz mi się do rękawa, ale nie rób tej jednej rzeczy….

Nie milcz co mnie.

gradowa.pl

Jak znaleźć przyjaźń na całe życie

[su_quote]Po czwarte nauczyłem się, że niektórzy ludzie są na zawsze, a niektórzy tylko sporadycznie i że nie mam żadnego wpływu na to, kto będzie na zawsze, a kto od czasu do czasu. (I.Karpowicz “Gesty”)[/su_quote]

Kiedyś bardzo przywiązywałam się do ludzi. Wydawało mi się, że jeśli ktoś jest mi w jakiś sposób bliski, nasze drogi się zeszły i wiemy o sobie więcej, niż to jak się nazywamy – znajomość ta będzie na zawsze. Dziś porzuciłam tą naiwność i zaakceptowałam fakt, że niektórzy ludzie pojawiają się w naszym życiu na chwilę, zostawiają jakiś ślad, a potem znikają. I to jest ok.

Historia pewnej przyjaźni

Najbardziej przeżyłam zniknięcie z mojego życia osoby, którą przez lata uważałam za przyjaciółkę. Była mi na prawdę bliska i choć nie była to przyjaźń rodem Judyty i Uli z “Nigdy w życiu”, to jednak czułam między nami taki flow, który wystarczył, by cieszyć się z naszego poznania.

Gdy podjęłam decyzję o mojej ’emigracji’ do UK, był płacz, były słowa otuchy, były zapewnienia, że zawsze będę mile widziana z powrotem, były plany wzajemnych odwiedzin. W dwa miesiące po moim wyjeździe nastała cisza. Na propozycje spotkania, gdy akurat pojawiłam się znów we Wrocławiu – cisza. W moje urodziny – cisza. Sporadycznie pojawił się lajk na moim zdjęciu na Fb. Taki oto model przyjaźni XXI wieku. Nie dawało mi to przez długi czas spokoju, ale duma nie pozwalała mi się wychylać. Coś mnie tknęło w grudniu, bo to ten świąteczny czas, kiedy gradowa robi się sentymentalna. Napisałam do niej wiadomość na fb, czemu się nie odzywa i takie tam bzdety. Okazało się, że “Ula” uznała, że tak będzie lepiej, bo ja tu, ona tam i że po co utrzymywać to na siłę. A tak w ogóle to na święta wychodzi za mąż.

Powiem wam, że czułam się jakby mi ktoś liścia sprzedał. Byłam w jednej chwili pod wpływem takich emocji, że nie wiedziałam, czy się śmiać, płakać czy krzyczeć. Generalnie zrobiło mi się cholernie przykro, ale jednocześnie byłam cholernie wściekła, że ktoś naszą /myślałam że/ przyjaźń wyrzucił tak po prostu do kosza. Nagle te wszystkie lata, przez które się wspierałyśmy, które przeżywałyśmy i dzieliłyśmy, straciły znaczenie! Gone. Nie ma. Nie istotne. Nie ważne. I tak jej odpisałam. Że czymże w takim razie była ta nasza przyjaźń, skoro mój wyjazd wszystko przekreślił? Czułam się oszukana! Koniec końców ów koleżanka uznała, że jestem niezrównoważona emocjonalnie, bo przechodzę ze skrajności w skrajność, po czym zablokowała mnie na Facebooku. #FunnyNotFunny

Życie to nieustające zmiany

Opisane doświadczenie nauczyło mnie inaczej patrzeć na relacje międzyludzkie i uświadomiło mi, że ja nie mam żadnego wpływu na to, które osoby w moim życiu zostaną na dłużej, a które znikną na zawsze (tak jak w powyższym cytacie). Przede wszystkim przestałam się do ludzi przywiązywać. Podchodzę do wszystkich znajomości z większym luzem, co wcale nie oznacza, że nie nawiązuję bliskich relacji lub moje przyjaźnie są płytkie. Absolutnie nie. Jedyne co się zmieniło to mój stosunek do samej istoty przyjaźni. Nauczyłam się akceptować fakt, że w życiu nic nie jest na stałe. Że życie to nieustające zmiany, wobec których musimy być elastyczni. Że jeśli jednego dnia ktoś jest elementem mojego świata, a za chwilę z niego znika, to widocznie tak musiało być. Wdzięczna jestem za to, co dana osoba wniosła do mojego życia, ale symbolicznie się z nią żegnam i idę dalej.

Wiecie co dzięki temu odzyskałam? Wolność.

Wolność w tym sensie, że dałam sobie prawo do życia własnym życiem i podążania swoimi ścieżkami. Nic mnie nie przywiązuje, ani nie uwiązuje. Nie mam żadnych zobowiązań i nie składam żadnych obietnic. To działa też w drugą stronę. Osobom z mojego otoczenia daję luz. Poczucie wolności, że w każdej chwili mogą z mojego życia odejść, a ja nie będę miała do nich żalu. Co więcej, takie podejście uwolniło mnie od przekonania, że ja coś MUSZĘ. Ile razy zdarzyło wam się zgodzić na coś, na co nie miałyście ochoty, tylko w imię przyjaźni? Kiedy musiałyście naginać swoje plany, by się komuś podporządkować? Przyjmując podejście “wrzuć na luz” automatycznie pozwalasz sobie na asertywność życia bez wyrzutów sumienia.

Jest jeszcze jedna ciekawa kwestia jeśli chodzi o relacje z innymi ludźmi. Ma to związek z tym, że TO NIE PRAWDA, ŻE LUDZIE SIĘ NIE ZMIENIAJĄ. W okresie licealnym, a później na studiach, miałam sporo znajomych, z którymi trzymałam się blisko. Dziś nasze drogi się rozeszły i praktycznie nie utrzymujemy ze sobą kontaktu. Mam też grono osób, z którymi kiedyś nie rozmawiałam wcale, sporadycznie lub wręcz byłyśmy do siebie wrogo nastawione, natomiast dziś regularnie ze sobą rozmawiamy, a za każdym razem jak przyjeżdżam do Wrocławia, spotykamy się na kawie. Czy to nie piękne?

[su_quote]przyjaźń
1. bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej szczerości, życzliwości, zaufaniu, możności polegania na kimś w każdej sytuacji;
2. życzliwość, serdeczność okazywana komuś
(PWN)[/su_quote]

Jak znaleźć przyjaźń na całe życie

Niezależnie od tego ile osób pojawi się w Twoim życiu, jest jedna, która zawsze będzie przy Tobie. Tą osobą jesteś TY. Dlatego tak ważne jest, abyśmy odnosili się do siebie z szacunkiem i sympatią. Abyśmy dbali o swój rozwój emocjonalny oraz duchowy. Abyśmy kochali swoje ciała i dbali o nie w należyty sposób. Abyśmy podążali za swoim sercem, intuicją i wewnętrznym głosem. Abyśmy wsłuchiwali się w siebie i pozwalali sobie na odrobinę luzu. Abyśmy ufali sobie i wierzyli w swoje możliwości. Bo inni ludzie przychodzą, zostawiają w nas jakiś ślad, odchodzą. Nie pozwalajmy na to, by nasze szczęście i nasze życie zależało tylko i wyłącznie od tych ludzi. Chcesz znaleźć przyjaźń na całe życie? Bądź dla siebie najlepszym przyjacielem!

Credo przyjaźni
Wierzę w ciebie, przyjacielu.
Wierzę w twój uśmiech
– otwarte okno twojego istnienia.
Wierzę w twoje spojrzenie
– odbicie twojej uczciwości.
Wierzę w twoje łzy
– znak obecności w smutkach i radościach.
Wierzę w twoją dłoń
– zawsze wyciągniętą, by dawać i otrzymywać.
Wierzę w twój uścisk
– szczere przyjęcie twojego serca.
Wierzę w twoje słowo
– wyraz tego co kochasz i czego oczekujesz.
Wierzę w ciebie przyjacielu,
tak po prostu w wymowę ciszy.
/Oshiro Elena

Nie chce mi się z Tobą gadać, czyli dlaczego ograniczyłam kontakt z moją mamą

Przez ostatnich kilka dni zakopana byłam pod gruzem wspomnień z przeszłości. Mój tekst o kompleksach sprawił, że ponownie zaczęłam rozgrzebywać rany i zastanawiać się czemu jestem taka poryta. Moją stabilność emocjonalną można by porównać do sinusoidy. Choć może nawet gorzej, bo sinusoida to przynajmniej przewidywalna jest, ja – niestety nie. Moja stabilnośc emocjonalna jest jak ta góra puszek, którą skrupulatnie sobie układam, a rozmowa z mamą jest tym kamieniem, który te puszki rozwala, niczym kręgle.

Czemu się nie odzywasz!?

Próbując rozkminić, dlaczego znów czuję nieszczęśliwość i egzystencjalną pustkę, uświadomiłam sobie, że moje powolne staczanie się w przepaść, zaczęło się od krótkiej wiadomości na skypie: “Dawno się nie widziałyśmy”. Nie rozmawiałam z moją mamą przez dobry miesiąc (aż i tylko miesiąc). Każdy kolejny tydzień od ostatniego kontaktu, nieświadomie budził we mnie lęk i obawę, że mama się w końcu odezwie ze standardowym pytaniem “Czemu się nie odzywasz?”. Już samo sformułowanie zawiera w sobie wyrzut. Niejednokrotnie nasza rozmowa zaczynała się od jej narzekania, że mało ze sobą rozmawiamy, ale gdy już próbowałam nawiązać konwersację, to albo mnie nie słuchała gapiąc się w ‘Barwy Szczęścia’ albo z miną zbitego psa odpowiadała “nie wiem co mam Ci jeszcze opowiadać, tak to już jest, że jak ludzie długo ze sobą nie rozmawiają, to potem brakuje im tematów”. W tym momencie myślę o tych wszystkich przyjemniejszych rzeczach, które w tym czasie mogłabym robić. Zmywanie naczyń, mycie podłogi czy sprzątanie kuwety kotów, wydaje się być lepszą rozrywką, niż bycie obrzucaną błotem odpowiedzialności za naszą relację.

Toksyczna relacja z mamą

Zaraz po moim wyjeździe do Anglii rozmawiałam z mamą dość często. Wysyłałam jej zdjęcia, maile, gadałyśmy na skypie. Czułam się “w obowiązku”. Miałam wyrzuty sumienia, że zostawiłam mamę samą, dlatego teraz, mimo iż próbuję sobie życie jakoś poukładać z dala od dawnego syfu, to w dalszym ciągu muszę spełniać rolę dobrej córki. To trwało przez ponad rok. Obowiązkowo, co najmniej raz na tydzień-dwa, musiałam się raportować u mamusi. Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę z tego, że ta relacja, nawet na odległość, jest niesamowicie dla mnie toksyczna. Pomyslałam więc, że powinnam ukrócić nasze pogawętki do minimum. Udawało mi się wytrzymać 2 tygodnie, a po tym czasie odzywał się we mnie córciny obowiązek. Więc dzwoniłam, opowiadałam co u mnie, a po każdej rozmowie czułam się beznadziejnie. Odechciewało mi się wszystkiego. Jeśli nie od razu to stopniowo dopadał mnie ciężar słów wypowiedzianych z ust mamy.

Najbardziej bolało mnie to, że robiła to wtedy, gdy mówiłam, że moje życie jest spoko, że jest mi dobrze i jestem szczęśliwa. Gdy mieszkaliśmy w biurze, by zaoszczędzić kasę, to za każdym razem pytała, kiedy jakieś mieszkanie znajdziemy, bo przecież tak nie można żyć. Gdy znaleźliśmy pokój, a ja polubiłam domowe obowiązki i mogłam więcej czasu spędzać w domu, uznała, że teraz czas na dziecko. Gdy przez jakiś czas pracowałam u Fisha i mogłam wykorzystać swoje wszechstronne zdolności organizacyjne, uznała, że praca u chłopaka to nie praca. Gdy z różnych przyczyn wycofałam się z tej współpracy i postanowiłam rozwijać swoje pasje w domu, dopytywała “a co z Twoją karierą!?” I tak ze wszystkim i na każdym kroku. I to ZAWSZE w momentach, gdy siedząc w fotelu, pijąc kawę i patrząc na moje życie myślałam sobie “Jest mi dobrze”.

Żyj i daj żyć!

To wszystko wzbudza we mnie negatywne emocje wobec mamy. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego ona tak bardzo nie chce mojego szczęścia. Czemu wiecznie doszukuje się problemów tam gdzie ich nie ma i dlaczego próbuje mi udowodnić, że moje życie nie jest fajne takie jakie jest. Czy to z troski? Z miłości? Czy z zazdrości? Czy to, że jej życie się nie poukładało, ma znaczyć, że moje ma być równie nieszczęśliwe? Czy to, że w pewnym momencie porzuciłam schemat podążania za moją siostrą sprawia, że jednak jestem dla mamy rozczarowaniem?

Żeby nie być bierną, podjęłam kilka prób przetłumaczenia mojej mamie, że to jest moje życie, że chce je przeżyć po swojemu, że nie skorzystam z jej złotych rad i przepisów na nieszczęście. Z marnym skutkiem. W pierwszym odruchu mama czuje się skrzywdzona. Potem odpuszcza w klimacie “rób jak uważasz” a na koniec o wszystkim zapomina i kółko się zamyka…

SorryNotSorry

Ja na prawdę bardzo, ale to bardzo mocno staram się wierzyć w to, że moja mama nie robi tego celowo. Bardzo mocno wierzę też w to, że mama mnie kocha i chce mojego dobra. Ale po prostu nie potrafię zrozumieć jej schematu postępowania i nie umiem znaleźć na to rozwiązania. Przykro mi, że jedynym wyjściem w tej sytuacji będzie unikanie kontaktów, rozmów. Mam dosyć konfrontacji z tarczą i szablą w dłoni. Niestety na dzień dzisiejszy wybieram unik – sorry mamuś, ale nie chce mi się z Tobą gadać, bo lubię swoje życie i Twoja nieobecność w nim bardzo mi w tym pomaga.

It’s not selfish to love yourself, take care of yourself & to make your happiness a priority. It’s necessary.