Kiedy jest szczęście?

Jest czwartek wieczór. Siedzę sobie w swoim przytulnym pokoiku, w różowych spodniach od piżamy i szarym topie, który niedawno kupiłam sobie na wyprzedaży. Słucham Justina Timberlake’a przez Spotify, bo lubię, bo mogę. Popijając czerwone wino zastanawiam się, czy to jest szczęście?

Jutro piątek, piąteczek, piątunio, ale czy robi mi to różnicę? Nie żyję od weekendu do weekendu. Mam pracę, którą lubię, uwielbiam, kocham. Jest moim stylem życia, a nie tylko obowiązkiem, więc jeśli zostaję w biurze po godzinach, to dlatego że chcę, a nie dlatego że muszę. Czy to już szczęście?

Jestem wolna od wszelkich zobowiązań. Nie mam kredytów, długów, czy długoterminowych umów, nawet na telefon. Nie mam dzieci. Nie dlatego, że się nie złożyło/ułożyło. Ja tak na prawdę nigdy jakoś ich mieć nie chciałam. I to jest mój wybór. Mój. Czuję się wolna. Czy to już szczęście?

Mam swój niedzielny rytuał. Z samego rana odpalam playlistę ‘Sweet Soul Sunday’ i za każdym razem odkrywam nowy kawałek, który wyjątkowo wpada mi w ucho. Ogarniam się zakładając luzackie ciuchy i idę sobie na spacer. Po drodze kupuję ulubioną kawę. Czasami nawet uderzam do kina jak akurat coś fajnego grają. Lubię chodzić do kina. Lubię chodzić do kina sama. Lubię, gdy w kinie jest pusto, a w okolicach południa mam to zagwarantowane. To jest moja niedziela. Niedziela spędzona ze sobą, po swojemu. Czy to już szczęście?

Dostałam ostatnio podwyżkę. Mega podwyżkę. Poprosiłam o nią, bo uważałam, że jestem jej warta. Dostałam ją nie dlatego, że szef mnie lubi lub poszczęściło mi się. Zapracowałam na nią. Zdolny leń, który dokonał dobrych życiowych wyborów i znajduje się właśnie tu i teraz we właściwym miejscu, wśród właściwych ludzi. Szef mnie docenił, bo jestem zdolna. Nie, nie wstydzę się tego przyznać. To nie jest ani próżność ani pycha. To jest pewność siebie i umiejętność powiedzenia sobie: zasługujesz na to! Czy to już szczęście??

Kiedy więc jest szczęście? Gdy ja tak uważam! Moja codzienność, jest moim szczęściem. Drobne przyjemności są moim szczęściem. Dbanie o siebie jest szczęściem. Korzystanie z możliwości jest szczęściem.

To nie kwestia szczęścia tylko kwestia wyborów

Kiedy w pierwszy dzień nowej pracy świeci słońce, pomimo zapowiadanego deszczu, kiedy jest ciepło, pomimo że to dopiero początek angielskiej wiosny, kiedy pociąg przyjeżdża na czas, a autobus nie stoi w korku, kiedy przybywasz na spotkanie chwilę przed umówioną godziną, by mieć 5 minut dla siebie na szybkie przypudrowanie nosa i złapanie oddechu – to się nazywa szczęście.

Co tu dużo mówić. Teraz z perspektywy osoby, której w końcu się układa, mogę śmiało powiedzieć, że jest mi dobrze. Dostaję to czego chcę. Pomimo że jestem leniem i panikarą, zawsze spadam na cztery łapy. Nie jestem ani hipochondryczką ani histeryczką, ale czasami zdarza mi się wyolbrzymiać sytuację, w której się znajduję. Panikuję, bo jestem niecierpliwą bestią i wszystko chcę teraz i od razu.

Nową pracę dostałam w 6 tygodni. Gdybym chciała jakąkolwiek, znalazłabym ją w jeden dzień, ale ja chciałam, by była wyjątkowa, wymarzona i na miarę moich kwalifikacji i doświadczenia. W moim wieku już nie wypada się cofać i zaniżać swoich oczekiwań. Trzeba się cenić. Dlatego ryzykowałam. Dwa razy odwołałam spotkanie, raz uciekłam z firmy nim doszło do rozmowy, ze trzy razy nie odpisałam na maila lub odezwałam się z opóźnieniem. Nazwij to głupotą, ja Ci powiem, że to intuicja raczej.

To nie kwestia szczęścia tylko kwestia wyborów

Gdy pierwszy raz zadzwonili do mnie w sprawie obecnej pracy – byłam chora. Głosu to prawie nie miałam i w zasadzie z góry uprzedziłam, że w tej rozmowie ja będę osobą która słucha. Maksimum, które z siebie wykrzesiłam to “Ok” “Yeah” i “Yes I used to do that”. Po kilku dniach dostałam maila z opisem stanowiska i kilkoma pytaniami. Odpisałam na drugi dzień dopiero. Zaprosili mnie na interview z 2 tygodniowym wyprzedzeniem. Nie traktowałam tego poważnie, bo początkowo miała to być robota na niepełny etat. Prawie o tym zapomniałam. Dzień przed ustalonym terminem, byłam bliska odwołania wszystkiego, przekonana, że i tak chcę wyjechać z Londynu. Do dzisiaj nie wiem, czemu ten mail nie poszedł w świat! Intuicja jakaś.

Po godzinie gwiazdorzenia i opowiadania, jakim to byłam pracownikiem roku, wiedziałam, że mam tą pracę w kieszeni, a spotkanie z szefem szefów to czysta formalność. Ale nauczona doświadczeniem postanowiłam nie skakać jeszcze z radości, nie pić szampana i nie wydawać niezarobionych milionów. No dobra, kupiłam sobie balerinki za £20, w drodze na kolejne interview.

Dzisiaj mam szefa, który jest inteligentnym człowiekiem z poczuciem humoru. Do swoich pracowników odnosi się z szacunkiem. Każdego obdarza zaufaniem i wspiera swoją wiedzą. Mam swoje biurko, dostałam firmowego laptopa. Nikt mi nie patrzy przez ramię, nie rozlicza z ilości wypitej kawy, częstotliwości wyjścia do toalety, nie odmierza czasu spędzonego na przerwie. Współpracownicy przywitali mnie niezmiernie ciepło i życzliwie. Będę zarabiać przyzwoite pieniądze, takie które w końcu pozwolą mi wyjść z długów i odłożyć coś na czarną godzinę.

Plan miałam taki, by znaleźć mieszkanie/pokój w odległości nie większej niż 15 minut piechotą od pracy. Siedzę teraz w przytulnym, jasnym, ciepłym i ślicznym pokoiku, który mogłam urządzić całkowicie po swojemu. Nikt mnie nie rozlicza z przybitych gwoździ do ściany, nikt mi nie grzebał w wyciągu bankowym przed wprowadzką, nikt nie zabrania zapraszać do siebie znajomych na weekend. Dwupoziomowe mieszkanie z dużym salonem, toaletą na przeciw mojego pokoju oraz dwiema łazienkami na górze, współdzielę z czterema super babkami. Wszystkie w moim przedziale wiekowym. Okolica jest spokojna. Duże okno mam z widokiem na zielony skwer oraz ładny budynek mieszkalny, który jest w odpowiedniej odległości, by nie czuć się podglądaną. Nie słychać już karetek jadących na sygnale, ruchu ulicznego, czy walczących ze sobą w nocy lisów, które brzmią jakby obdzierali kogoś ze skóry.

Do pracy idę piechotą 10 minut. Po drodze mogę kupić sobie ulubioną sojową latte z syropem orzechowym oraz wstąpić do Waitrose’a i zaopatrzyć się w świeże pieczywo na śniadanie. Po przeciwnej stronie ulicy mojego biura znajduje się siłownia, żebym mogła chodzić na zajęcia bez wymówek (bo lata wciąż lecą, a dupa nie maleje). W okolicy znajduje się także mój ulubiony pub, restauracja, sklep z ciuchami oraz dwie sieciówkowe drogerie, gdyby zachciało mi się nowego lakieru do paznokci. Stacja kolejowa jest w połowie drogi między biurem a moim mieszkaniem, a do centrum Londynu mogę się dostać w zaledwie 15 minut pociągiem. No dobra w 20!

Patrzę sobie na moje życie i się uśmiecham, bo choć nie wiem, gdzie będę za kilka lat, dziś wiem, że jest mi dobrze i jestem szczęśliwa. Dziś wiem i rozumiem, że życie to nieustanne wzloty i upadki. Dziś wiem, że po burzy na prawdę wychodzi słońce, a z każdego dołka da się podnieść. Dziś wiem, że czasami trzeba sobie popłakać, wpaść w sezonową depresję, zaryzykować i coś stracić, by później docenić dary losu.

Kiedy powiesz sobie dość, czyli o decyzjach, które warto podjąć z myślą o sobie

Sytuacje bez wyjścia nie istnieją. Wszystko jest kwestią podjęcia decyzji. Odważnie i z myślą o sobie.

Może by tak przestać się oszukiwać, wsłuchać w siebie i podjąć decyzję, która należy tylko i wyłącznie do Ciebie?

Jakoś to będzie

Choć czujesz pod skórą, że w Twoim życiu jest coś nie tak, to mimo wszystko każdego dnia oszukujesz się, że jakoś to będzie. Wypierasz swoje myśli, ignorujesz sygnały, które daje Ci Twoje ciało, a wychodząc z domu przyklejasz sztuczny uśmiech, karmiąc się własnymi iluzjami. Raz na jakiś czas doświadczasz przejściowego olśnienia. Postanawiasz więcej czytać, przejść na dietę i zacząć regularnie ćwiczyć. Daje Ci to chwilowy przypływ szczęścia. Dość szybko jednak orientujesz się, że w dalszym ciągu chodzisz podkurwiona, a wieczorem chce Ci się płakać. Dalej nie wiesz o co kaman. To znaczy w sumie się domyślasz, ale nie chcesz powiedzieć tego na głos z obawy, że Twój domek z kart rozsypie się z hukiem.

W końcu postanawiasz wypowiedzieć wojnę swoim myślom. Zaprzeczasz wszystkim niepokojącym głosom. Przestajesz się zwierzać ze swoich problemów znajomym, bo uważasz, że nie mają racji podpowiadając Ci, że stać Cię na więcej, że przestań się oszukiwać, że olej, że pieprz to.

Obklejasz swoją ścianę motywującymi hasłami i zaczynasz prowadzić dziennik wdzięczności. Postanawiasz być miła dla świata, bo przecież dobro powraca. Każdy wkurw blokujesz w sobie biorąc 10 oddechów i tłumacząc sobie, że takie jest życie, że trzeba zaakceptować zaistniałe fakty.

Kiedy powiesz sobie dość?

Jakoś to będzie przestaje działać. Idziesz więc po rozum do głowy i wsłuchując się uważnie w to, co podpowiada Ci intuicja, postanawiasz jej w końcu przyznać rację. Zapala Ci się lampka oczywistości, że nikt za Ciebie żyć nie będzie, a dalsze oszukiwanie siebie nie ma już sensu. Bo przecież życie masz tylko jedno, a Reasonable Level of Happiness kompletnie Ci nie wystarcza. Wygodny pierdzidołek zaczyna uwierać tak bardzo, że w końcu mówisz sobie dość!

A teraz odpowiedz sobie na nurtujące Cię pytania:

Jak długo zamierzasz udawać, że Twój związek Cię satysfakcjonuje?

Jak długo będziesz się łudzić, że on się zmieni?

Jak długo będziesz czekać, aż sprawy SAME się naprawią?

Kiedy w końcu przyznasz, że ta przyjaźń jest toksyczna?

Kiedy odważysz się uwierzyć w to, że stać Cię na więcej?

Kiedy przestaniesz uzależniać swoje poczucie szczęścia od innych i zaczniesz go szukać w sobie?

Jak długo zamierzasz trwać w romansie, który wyniszcza Cię od środka?

Kiedy przestaniesz się zgadzać na wszystko i robić coś wbrew sobie?

Dlaczego tak bardzo lubisz sobie wmawiać, że jakoś to będzie?

Wiesz, co stoi na przeszkodzie do Twojego własnego szczęścia? TY i Twoje nieustanne pieprzenie, że inaczej się nie da, że nie ma innego wyjścia, że jakoś to będzie. ZAWSZE JEST JAKIEŚ WYJŚCIE. Tylko odwagi Ci brak. Ale pomyśl sobie, że życie masz tylko jedno. Możesz je przeżyć czekając, aż SAMO się naprawi i akceptować, że JAKOŚ to będzie. Albo możesz wziąć sprawy w swoje ręce, a zdrowy egoizm uczynić swoim nowym mottem. Poza tym życie to projekt długoterminowy, więc przestań się oszukiwać, że bylejakość Cię zadowala, bo za kilka lat będziesz żałować, że nie podjęłaś tej jednej ważnej decyzji TERAZ.