Jak się stałam swoim największym wrogiem, czyli o autodestrukcji

Jest mi wstyd.

Stałam się najgorszą wersją siebie. Taką osobą, o której po cichu mówiłabym, że mogłaby się w końcu ogarnąć, a nie tylko siedzi i marudzi. Niech się w garść weźmie. Niech nie narzeka, bo nie ma na co. Niech przestanie się nad sobą użalać i rozkładać bezradnie ręce. Niech przestanie zwalać winę za swój nędzny los na innych i niech w końcu sama przejmie kontrolę nad swoim życiem. Tak bym jej powiedziała. Tak bym powiedziała samej sobie. Takiej sobie, którą jestem teraz. Wiem, że przez chwilę. Ale taka właśnie jestem TERAZ.

Spytasz dlaczego? Nie wiem.

Kompletnie straciłam kontakt ze sobą. Przestałam sobie ufać. Zaczęłam sama pod sobą dołki kopać, a każde niepowodzenie wytykać palcami. Tak się teraz zastanawiam… jaki to może mieć związek z tym, że ucięłam kontakt z mamą? Całkiem. Na zimno. Bez skrupułów i wyrzutów sumienia. Tak, żeby już nie musieć nikomu się ze swojego życia tłumaczyć. Odciąć się od krytyki, kiedy to nie spełniam jej oczekiwań. Bo coś zaczęło mi się w końcu układać, więc wolałam ją odsunąć, żeby czasem znowu mi tego nie zburzyła.

I wiecie co się stało? Ona pojawiła się w mojej głowie. Ja sama zaczęłam być głosem mojej mamy. Sama dla siebie!

Przez pewien moment byłam osobą, którą polubiłam.

Względnie pewną siebie, wiedzącą czego chce, z ufnością patrzącą w przyszłość. Świadomą siebie i swoich uczuć. Podążającą za głosem intuicji. Z głową. Pisałam sobie bloga, który zdobywał coraz to nowych czytelników. Dostawałam komentarze, które dodawały mi skrzydeł, które były pozytywne, a przede wszystkim bardzo budujące. Mówiące mi: Gradowa, ale jesteś fajna, jak fajnie piszesz, to co robisz jest fajne! W tym samym czasie zdecydowałam się na odważne zmiany w swoim życiu, bo wiedziałam, że obecna sytuacja mnie nie satysfakcjonuje. Mówili mi: wow, zazdroszczę Ci odwagi, super, że nie boisz się podjąć ryzyka! Przy okazji traciłam też na wadze, co stało się zauważalne dla innych. Mówili mi: Tak trzymaj Gradowa! Świetnie wyglądasz! Stałam się lepszą wersją siebie. Inspiracją. Tak jak chciałam. I co?

Zrobiłam sabotaż.

Na sobie. Bo przecież, to nie moje życie! To nie jestem ja! Taka nowa? Taka inna? Taka fajna? Taka świadoma? Taka wiedząca czego chce i próbująca żyć życiem, o którym marzyła? Nieeeee…. Gradowa weź się ogarnij! To nie Ty! Ja Ci pokażę, jak powinno wyglądać Twoje życie. Życie beznadziejnej, nieogarniętej 30-latki:

Przede wszystkim, chyba zapomniałaś jak smakuje czekolada! Pierdol swoje zasady i olej dobre nawyki. To nie w Twoim stylu. Słodycze poprawią Ci humor. Poza tym smakują tak dobrze. Poza tym, dajże spokój! Patrz jak Ty schudłaś! Nie za dobrze wyglądasz? W głowie Ci się poprzewraca z tego. Nie możemy do tego dopuścić. No zjedz sobie to ciacho, wafelka i czekoladkę. Przecież Ty już taka jesteś! Nadprogramowa. Nie możesz tego zepsuć jakimś tam zdrowym odżywianiem i siłownią. Pfff! SIŁOWNIA!? Haha. Ty i siłownia!? Weź… Idź ze dwa razy w tygodniu, bo w sumie karnet kupiłaś, ale się tam za bardzo nie przykładaj, bo to tak bardzo nie w Twoim stylu. Być fit. Pffft!

Musisz znaleźć nową pracę. Tak ja wiem, że miałaś na początku spore oczekiwania, bo wydawało Ci się, że jesteś coś warta, że masz doświadczenie i umiejętności i na pewno jesteś lepsza niż 200 innych osób aplikujących na to samo stanowisko. Ale sama się przekonałaś po pierwszej porażce, że chyba nie do końca taka świetna jesteś. Nie chcieli Cię, bo beznadziejna jesteś. Weź Ty spojrzyj prawdzie w oczy i lepiej zaniż swoje oczekiwania. Próbować możesz, ale nie spodziewaj się za wiele. W najgorszym wypadku możesz znów zostać kelnerką. Ważne żeby kasa była. Tylko mamie nie mów, gdyby pytała, bo siara. Powie, że sobie życie zmarnowałaś.

Olej bloga. Myślisz, że komuś różnicę zrobi czy będziesz pisać czy nie? Poza tym, tyle tych blogerów już jest, że nie masz szans się wybić. Lepiej odpuść. Są lepsi. Fajniejsi. A te pozytywne komentarze, to pewnie przypadek jakiś. Chwilowe szczęście, że kilka razy napisałaś fajny tekst. Też sobie wymyśliłaś – bloga. Pff… Żeby pisać bloga, trzeba być kimś! KIMŚ. A Ty kim jesteś? Nikim Gradowa, nikim!

Lenistwo jest fajne. Spanie jest fajne. Oglądanie seriali jest fajne.

Przyjaciół nie masz, nie miałaś i nigdy mieć nie będziesz. Pogódź się z tym. Ten chwilowy epizod, gdy nagle ludzie chcieli z Tobą gadać i się spotykać, to przejściowe. Kto by Cię chciał mieć za przyjaciółkę? Jesteś nudna i smutna. Słaba i niezrównoważona emocjonalnie. Poza tym, kto by tam słuchał o Twoich problemach i zmartwieniach? Daj spokój. Zostaw to dla siebie. Dla nas. Poużalamy się nad sobą w domowym zaciszu. Będziemy unikać ludzi. Tak będzie lepiej dla wszystkich.

Jest mi wstyd.

To dlatego na blogu był taki zastój. Bo co ja miałam wam napisać? Że mam doła? Że straciłam wiarę w siebie? Że nie widzę swojej przyszłości? Że nie umiem się ogarnąć, pozbierać, iść na przód? Że oddałam kontrolę nad swoim życiem, czynnikom i okolicznościom zewnętrznym? Że za każdym razem, gdy dostaję odmownego maila dotyczącego stanowiska, na które aplikowałam, to chce mi się płakać? Że jak czytam ogłoszenia o pracę i wymagania w nich zawarte, to czuję się beznadziejna i nic nie warta?

Ja na prawdę nie chcę taka być. Nie chcę się nad sobą użalać ani rozczulać. Cholernie tego w sobie nie lubię. Jednocześnie zupełnie nie rozumiem dlaczego i skąd to się u mnie wzięło?! Czy to syndrom osoby, która wygrała w totka i w ciągu niecałego roku staje się na powrót biedakiem, bo nie potrafiła się wpasować w nową rzeczywistość i wieść lepszego życia? Czy to właśnie dlatego, gdy ja stałam się szczęśliwa i zadowolona, zaczęłam to sabotować, bo taki obraz był wbrew schematowi, który wypracowałam w sobie przez lata?

Nigdy nie chciałam stać się jak moja mama, a w rezultacie idę w jej ślady, robiąc się zgorzkniałą, samotną i niepewną siebie osobą. Odcięłam się od mamy, by nie słuchać jej krytyki, po czym sama siebie zaczęłam krytykować i sabotażować każdy swój czyn.

Jest mi wstyd.

Wstyd mi, bo uznałam, że życie przeciętniaka jest wygodniejsze i prostsze. Że łatwiej jest poużalać się nad sobą, zwalić winę na innych, podążać utartymi schematami, niż wytrwać na nowej ścieżce i osiągnąć w życiu coś więcej. Łatwiej jest być starą wersją siebie, niż odgruzować ukryte talenty i predyspozycje. Łatwiej jest znielubić siebie i przyjąć bierną postawę ofiary losu, niż stać KIMŚ, udowadniając sobie i innym, że można i że warto. Ale czy w życiu na prawdę chodzi o to, żeby było łatwo?

Dorosłość nie jest prosta. Nieustanne podejmowanie decyzji dotyczących naszego życia potrafi być wyczerpujące zwłaszcza, gdy nie mamy pewności, co nas czeka za rogiem. Mnie ta dorosłość nagle przychodzi z trudem. Ta mała dziewczynka drzemiąca we mnie, znów nieśmiale macha do mnie rączką, a ja zamiast prowadzić ją przez życie, usiadłam koło niej i pielęgnuję tą jej bezradność.

Jest mi wstyd.

Padnij! Powstań! Czyli jak sobie radzić z niepowodzeniami

Potraficie sobie wyobrazić, jakie życie byłoby cholernie nudne, gdyby zawsze wszystko się nam udawało, szło po naszej myśli i generalnie tętniło wieczną szczęśliwością i sukcesami? Nuda do wyrzygania! To że nuda to jedno, ale człowiek ma to do siebie, że gdy jest dobrze, to z czasem przestaje to doceniać! Wtedy to już nie jest nuda. Wtedy to już jest tragedia, bo brakuje nam stymulacji do dalszego rozwoju.

Tak sobie myślę, że czasami po prostu trzeba upaść. Dostać od życia w policzek. Doświadczyć odrzucenia, zranienia i zawodu. Trzeba trafić w ślepy zaułek lub zgubić się w labiryncie życiowych wyborów. Trzeba się czymś lub kimś rozczarować. Trzeba popełnić błąd. Jeden. Dziesięć. Sto. Życie kurwa, życie. Dostajemy więc co jakiś czas obuchem w głowę i tylko od nas zależy kiedy i jak podniesiemy się z kolan. A podnieść się trzeba. Prędzej czy później.

Generalnie ja radzę sobie z porażkami dość średnio, to muszę przyznać. To znaczy… w sumie… no może nie do końca! Bo jak tak sobie teraz pomyślę, to przebiega to u mnie etapami i tylko w pierwszym odruchu strasznie załamuję się niepowodzeniem. Najczęściej objawia się to u mnie taką postawą:

– Co się stało?
– Nic
– No przecież widzę!
– Nic
– Ok. To co się stało?
– [ryk]

Gdy już poużalam się trochę nad sobą, ponarzekam jaki ten świat jest głupi i niesprawiedliwy, przechodzę do ataku. Siebie. Zaczynam się obwiniać za swoją porażkę. Myślę o tym, że jestem beznadziejna, do niczego się nie nadaję, nikt mnie nie chce, nie lubi i nie kocha. Że najlepiej będzie jeśli wystrzelę się w kosmos i wrócę w następnym tysiącleciu na przykład w postaci mrówki, którą natychmiast ktoś rozdepcze.

Na szczęście dość szybko przechodzę do kolejnego etapu: wkurw. A jak wiadomo na wkurwie można góry przenosić, kiedy to nagle uświadamiasz sobie, że kto jak nie Ty. Że dasz radę i jakoś to będzie. I się podnosisz. I walczysz znowu. Dalej. Po raz kolejny. Bo w życiu trzeba sobie przecież kurwa radzić!

Ostatnio zafundowałam sobie niezłe Tsunami w życiu. Ot cała ja. Mistrzyni komplikowania sobie życia i kombinowania na wszystkie możliwe sposoby, co by tu spsuć, co by tu ulepszyć. I wiecie… bywa różnie. Jednego dnia jestem pewna, że wszystko będzie dobrze i chce mi się walczyć o swoje lepsze jutro, a drugiego dnia nie wiem już nic i załamuję się tą niewiedzą. Na szczęście, kiedy wszystko sprowadzę do wspólnego mianownika, to wychodzi na to, że tragedii nie ma, no bo zawsze może być gorzej, a żeby było lepiej, to już zależy przede wszystkim ode mnie.

Swoją drogą, dawno takiego burdelu w głowie nie miałam…

Do rzeczy.

Przemyślałam sobie spraw kilka i doszłam do następujących wniosków, jeśli chodzi o radzenie sobie z niepowodzeniami:

  1. Odrzucenie nigdy nie ma związku z nami.

    To, że ktoś postanowił usunąć nas ze swojego życia, odrzucił nasze podanie o pracę lub nie odpisał na wiadomość, jest wynikiem jego/jej osobistych preferencji lub świadomym/nieświadomym wyborem w tej konkretnej sytuacji. Nie ma to nic wspólnego z nami. Koniec. Kropka.

  2. Przeszłości nie da się zmienić.

    Eureka po raz 1. Po cholerę rozkminiać, że w tej czy tamtej sytuacji mogłam zachować się lepiej lub zrobić inaczej, skoro już nic nie zmienię? Mogę naprawić błąd. Tak. Ale siedzieć na tyłku i rozmyślać co by było gdyby? Strata czasu.

  3. Na przyszłość mamy minimalny wpływ.

    Wiesz gdzie będziesz za 5 lat? Ja też nie wiem. Skąd mam to do cholery wiedzieć? Po co więc załamywać ręce TERAZ, bo przyszłość jest taka niepewna? To bez sensu. Przecież najważniejsze jest tu i teraz. Dlatego…

  4. Rozwiązuj tylko BIEŻĄCE problemy.

    Nie zakładaj najgorszego, nie kreuj czarnych scenariuszy, bo najpewniej sytuacja, którą sobie w głowie wyobrażasz, nie będzie nawet miała miejsca! Skup się na bieżących sprawach do rozwiązania. Teraz jest przyszłością, dlatego tylko TERAZ się liczy! Eureka po raz 2.

  5. Ty jesteś całością.

    Tą błyskotliwą myśl uświadomił mi Włodek Markowicz w swoim wywiadzie z Łukaszem Jakóbiakiem. Zapytany, czy tęskni za chłopakami z Lekko Stronniczy, odpowiedział, że nie, bo to by oznaczało, że bez nich nie jest pełną osobą. Amen. Dlatego przestań uzależniać swoje szczęście od innych ludzi.

Oczywiście pozwalam sobie na to, by czasami się podłamać, zdołować lub czuć zrezygnowana. Każdy ma swoje limity, a poza tym czasami niepowodzenie spada na nas w takim jakimś beznadziejnym momencie, kiedy to trudno nam podejść do sprawy optymistycznie. Ja znalazłam na to sposób i postanowiłam tłumaczyć sobie wszystko tak:

Nie wyszło? Widocznie tak miało być!

Jaka ulga! Uwierzyć w to, że wszechświat tak sobie ułożył scenariusz, że miało nie wyjść. Że być może za rogiem czeka na nas coś innego, coś lepszego! A może porażka ma być lekcją? Że być może musimy się jeszcze czegoś nauczyć, poduczyć, dowiedzieć? A może to lekcja pokory, bo wszystko przyjmowaliśmy do tej pory za pewnik i dopiero upadek pozwoli nam coś zrozumieć?

Tak, użalam się czasami nad sobą. Tak, jestem czasami chodzącą depresją. Tak, zdarza mi się narzekać i tracić wiarę w przyszłość. Tak, upadam. Ale powstaję. Zawsze bogatsza o jakieś doświadczenie. O jakąś lekcję. O jakąś nową refleksję. Ale jednocześnie silniejsza. Zawsze silniejsza.

Bo w życiu trzeba sobie przecież kurwa radzić!

O czasie dobrze zmarnowanym, czyli jak poznać siebie

W moim zyciu po 30-tce nic się wielkiego nie wydarzyło. Żadnych spektakularnych zmian, przewrotnych decyzji, żadnych ślubów, dzieci ani awansów. Nie wspięłam się po drabinie kariery, nie zdobyłam żadnych certyfikatów ani dyplomów, nie przeczytałam tony książek. Przez chwilę miałam nawet wyrzuty sumienia, że zmarnowałam czas. To jednak nie do końca prawda.

Znacie to uczucie, kiedy nie wiecie co ze sobą zrobić?

Kiedy macie na siebie milion pomysłów, a jednocześnie żadnego? Serfujecie po internecie w poszukiwaniu inspiracji i motywacji, a w efekcie jesteście jeszcze bardziej pogubieni od nadmiaru informacji? Bombardowani z każdej strony sposobami na udane życie, czujecie presję, by w końcu COŚ ZE SOBĄ ZROBIĆ, ale im bardziej o tym myślicie, tym bardziej wpadacie w dołek?

Byłam tam.

Pamiętam tą niedającą mi spokoju myśl – OGARNIJ SIĘ, DOROŚNIJ, MUSISZ SIĘ W KOŃCU OKREŚLIĆ! Ale ja nie wiedziałam jak! Nie wiedziałam co! Od czego zacząć! Kim ja właściwie jestem? Jaka jestem? Co lubię? Co chcę w życiu robić? Aaaaaaa NIE WIEM!!!!!

Wszystko wzięło się z tego, że ja nigdy tak na prawdę nie miałam możliwości, by spędzić czas tylko ze sobą i pomyśleć.

Cały czas goniłam za spełnieniem oczekiwań społeczeństwa, mody i trendów, a przede wszystkim mojej mamy. Zawsze byłam pod jej dużym wpływem. Jej gadanie nieźle mieszało mi w głowie i w rezultacie nie zastanawiałam się nad tym, czego chcę JA, tylko krążyłam wokół tego, czego chce MAMA.

Nie było łatwo, bo: miałam pracę – a gdzie chłopak, miałam chłopaka – a kiedy ślub, nie będzie ślubu – to chociaż dziecko, a kiedy dom wybudujesz, a kiedy będziesz więcej zarabiać, a kiedy to, a kiedy tamto i dlaczego tak, a nie inaczej. O maaamooo! Właśnie dlatego wyjechałam z Polski!

Układ prawie idealny

Przez jakiś czas miałam ten komfort, że nie musiałam pracować. To znaczy pracowałam z doskoku, ale nie musiałam tego robić regularnie. Mianowałam się więc PANIĄ DOMU. Wiecie – gotowanie, sprzątanie, obiadki, deserki, zakupy i pranie. Takie tam przyziemne sprawy. Sprawiało mi przyjemność zajmowanie się domowym ogniskiem.

Niestety – po jakimś czasie zaczęłam świrować. Okazuje się, że całkowite odcięcie od świata jest cichym zabójcą. Powoli wyniszcza Cię od środka. Nagle boisz się wyjść do ludzi, bo nie wiesz jak z nimi gadać, poza tym – o czym!? Z drugiej strony, zaczyna brakować Ci towarzystwa, bo jednak człowiek to istota społeczna. I tak się stoczyłam w otchłań dołków, łez, samokrytyki, poczucia beznadziejności, smutku, płaczu, obojętności, generalnie – prawie depresja.

W końcu uświadomiłam sobie, że rozgrzebywanie przeszłości i analizowanie każdego mojego gestu doprowadza mnie na skraj wytrzymałości psychicznej. We wszystkim dopatrywałam się drugiego dnia, co zupełnie nie pomagało mi stanąć na nogi. Bez sensu.

I to własnie okazało się dość przełomowe.

Niedługo po tym postanowiłam się przeprowadzić, w międzyczasie odwiedziłam Polskę, dostałam zdrowotnego oświecenia, potem pojawiły się koty, weganizm no i ten blog. Przestałam mówić TAK, gdy myślałam NIE, usunęłam ze swojego życia ludzi, którzy nic do niego nie wnosili, ograniczyłam oglądanie seriali, które zaburzały moje poczucie rzeczywistości, przestałam się bać szczerości oraz otworzyłam na nadchodzące zmiany. No i niestety kluczową rolę odegrało ograniczenie kontaktu z mamą do minimum. Wszystko zaczęło powoli układać się w jakąś sensowną całość. Zaczęłam w końcu poznawać siebie…

Jak dobrze zmarnowałam czas?

W dość wielkim skrócie opisałam wam syf z jakim zmagałam się przez ostatnie dwa lata. Być może mogłam ten czas wykorzystać lepiej, wziąć się za siebie wcześniej lub starać się bardziej. Mogłam, ale NIE UMIAŁAM. Bo nie rozumiałam siebie. W ogóle. Każde zetknięcie z rzeczywistością, było dla mnie jak walka z wiatrakami – przegrywałam, bo nie wiedziałam KIM JESTEM! Jakie są moje słabości? Jakie atuty? W czym jestem dobra, a co powinnam odpuścić? Jakie są moje granice wytrzymałości? Skąd się bierze mój smutek, a z czego mam ochotę śmiać się do utraty tchu?

Teraz wiem, że dobrze zmarnowałam czas, bo po raz pierwszy w życiu wsłuchałam się w siebie.

Po prostu. Zaczęłam słuchać siebie. Przestałam gonić za spełnianiem oczekiwań innych. Dzięki temu:

Zrozumiałam, że potrzebuję kontaktu z ludźmi.
Nawiązywanie nowych znajomości uświadomiło mi, że sama jestem swoim największym krytykiem, co w ogóle nie ma przełożenia na to, jak postrzegają mnie inni. Poza tym, to ważne móc od czasu do czasu spotkać się z kimś na kawie i pogadać o pierdołach.

Zrozumiałam swoje błędy i przyznałam się do nich.
Przez długi czas byłam skupiona tylko na sobie i swoich zranieniach. Dziś potrafię spojrzeć na niektóre sprawy z dystansu, przeprosić i zaakceptować fakt, że czasami człowiek nawala.

Nauczyłam się odpuszczać.
To dotyczy głównie perfekcjonizmu w domu. Zawsze narzucałam sobie taką presję, że muszę być idealną panią domu, idealną partnerką, inaczej nie będę warta miłości. Dziś wiem, że nieugotowany obiad, skarpetki na podłodze, czy nieumyte naczynia przez kilka dni, nie są wyznacznikiem dobrej relacji, a przede wszystkim nie określają mnie jako złej osoby czy chujowej pani domu.

Zrozumiałam, że praca jest ważna.
Fajnie było przez jakiś czas nie pracować, ale już mi wystarczy. Zaczęłam odczuwać pustkę, bo brakowało mi tego poczucia przynależności, bycia ważną i potrzebną – to jest dla mnie istotne, dlatego nie wyobrażam sobie pracować gdzieś, gdzie nie czuję się dobrze.

Zrozumiałam swój introwertyzm.
Teraz już nie biczuję się za to, że pewne sytuacje społeczne sprawiają mi trudność, ale jednocześnie dumna jestem z siebie za każdym razem, gdy przełamuję swoje lęki.

Zaakceptowałam siebie taką, jaka jestem.
Patrzę na swoje fałdki w lustrze i już ich nie nienawidzę, bo wiem, że sama je sobie wyhodowałam. Dlatego teraz współpracuję ze swoim ciałem i dbam o nie jak należy. Nie biczuję się za to, że czegoś nie umiem, bo wiem, że nie we wszystkim muszę być najlepsza. Nie staram się nikomu przypodobać na siłę – albo lubisz mnie taką, albo spadaj na drzewo.

Zmieniłam swój stosunek do przyjaźni – o tym pisałam TUTAJ.

Co zrobić ze swoim życiem?

Ja wiem, że każdy z nas odczuwa presję, by wiedzieć co ze swoim życiem zrobić już TERAZ, a siedzenie na tyłku nie jest mile widziane. Sama od niedawna uważam, że warto się zmobilizować i zacząć COŚ ROBIĆ, ale jednocześnie rozumiem, że pewne decyzje wymagają czasu. Że czasami musimy się zaszyć pod kołdrą i nie wynurzać spod niej przez dzień, tydzień, miesiąc a nawet i rok. Wiem także, że poznanie siebie nie jest takie łatwe, no bo kiedy? Ledwo człowiek pójdzie do szkoły a już zarzuca mu się wymagania, oczekiwania, matura, studia, praca, hobby, żona, dzieci, mąż! Zawrotu głowy idzie dostać.

Dlatego ja gradowa mówię wam: odpuśćcie. Jeśli nie wiecie kim jesteście: odpuśćcie. Jeśli nie wiecie, co chcecie robić: odpuśćcie. Jeżeli czujecie, że nie jesteście gotowi na zmianę: odpuśćcie. Czujecie się aktualnie smutni i przygnębieni: pozwólcie tym uczuciom przepłynąć przez was. Ja musiałam osiągnąć dołek, by mieć się od czego odbić. W sumie to prawie się topiłam w morzu łez, ale jak widać – przeżyłam.

Jak poznać siebie? Na chwilę zwolnić i wsłuchać się w siebie. W swoje myśli, odczucia, w swoje ciało. Zacznijcie zwracać uwagę na to, jak reagujecie w danych sytuacjach, jak zachowujecie się w danym otoczeniu. Cała reszta przyjdzie z czasem. By wiedzieć CO robić, trzeba wiedzieć Z KIM to robić. A tym KIMŚ jesteś TY. Warto poznać siebie, by wybrać właściwą dla siebie drogę. Ale to wymaga czasu. Dlatego:

Zmarnuj swój czas dobrze: poznaj siebie.

Na spokojnie. Po swojemu.

Skąd się wzięły Twoje kompleksy?

Skąd się wzięły Twoje kompleksy?

Podobno każdy ma jakieś kompleksy. Podobno każdy lepiej lub gorzej sobie z nimi radzi. Niektórzy im zaprzeczają, niektórzy próbują z nimi walczyć, niektórzy starają się zaakceptować swoje niedoskonałości. Wbrew krążącej w internecie modzie na samoakceptację, to nie jest takie proste. Bo kompleksy są silnie związane z naszymi doświadczeniami w dzieciństwie. Bo kompleksy są głęboko zakorzenione. Bo kompleksy są częścią nas…

Kompleksy to nie tylko nieakceptacja swojego ciała. Kompleksy to ogólny brak wiary w siebie i swoje możliwości. Porównywanie się z innymi. Rezygnacja jeszcze nim się zaczęło, bo przecież i tak jestem beznadziejna.

SŁOWA, KTÓRE SĄ W TOBIE

Ja mam kompleksy odkąd pamiętam. Choć próbowałam z nimi walczyć przez zaprzeczenie i pewność siebie podszytą strachem, to jednak one od zawsze były częścią mnie. I niestety przyczyniła się do tego moja mama.

“Ta spódnica chyba za bardzo się na Tobie opina”

“Lepiej nosić luźniejsze rzeczy, żeby zakryć wałeczki”

“Takie spodnie są dla szczupłych dziewczyn”

Takie i inne komentarze słyszałam na okrągło od małego. W najgorszym dla siebie okresie, bo w wieku kiedy to mama jest Twoim guru i wierzysz, że to co mówi jest na pewno dobre i właściwe i łykasz wszystko w ciemno. Nie masz wtedy jeszcze zdolności by weryfikować spływające na Ciebie komunikaty. W końcu mama wie najlepiej. Rezultatem tego było noszenie za dużych swetrów (które bardzo często były po prostu swetrami od mamy), za dużych kurtek i płaszczy, koniecznie spodnie, bo łydki przecież za grube na spódnicę, no i raczej nie dżinsy podkreślające niedoskonałości, tylko spodnie z materiału, lekko opływające, żeby czasami żadnych kształtów nie było widać. Mając takie standardy modowe, nigdy nie umiałam wypracować sobie swojego własnego stylu, bo najważniejszym wyznacznikiem było “zakrywanie wałeczków”.

Ale spokojnie, nie musiałam się przejmować tym że jestem “gruba”. Mama zawsze pocieszała mnie tymi słowami:

Nie przejmuj się. A. w Twoim wieku też była krągła, a w liceum bardzo schudła i zobacz jak teraz świetnie wygląda.

To mi zawsze dodawało nadziei. Kiedyś będę jak siostra. A samo pójście do liceum sprawi, że schudnę. Tak jak ona. Taka nadzieja dla mnie! Jeszcze nic straconego. Efekt był taki, że czułam na sobie presję, bo czekałam, aż schudnę “od tak” jak siostra, a tu nic. Czułam się gorsza. Czułam, że zawodzę wszystkich. Kilogramów nie ubywało. Kilogramów przybywało. Bo przecież i tak od dziecka miałam przyklejoną łatkę tej grubej.

Jak możesz tego nie wiedzieć!?

Niewiedza to wstyd. Nie mogę czegoś nie wiedzieć. Zwłaszcza czegoś, co wie moja mama i uznaje za absolutny pewnik. Wszyscy wszystko dookoła wiedzą, tylko ja tego nie wiem. Co za wstyd. Będę pośmiewiskiem. Będzie Ci wstyd. Zobaczysz. Będą się z Ciebie śmiali…

Najgorsze, gdy robiła to na przykład przy moim chłopaku. Lub znajomych.

Czasami, aby sprawdzić moją niewiedzę, wpadała do mnie do pokoju zupełnie z zaskoczenia i pytała “Czy Ty wiesz jaki dzisiaj mamy dzień? A co się wtedy wydarzło? Jak możesz tego nie wiedzieć!?”

Nigdy nie byłam humanistką. Polski i historia to były moje największe zmory. Lubiłam przedmioty, które miały dla mnie jakiś sens, które mogłam zrozumieć i wytłumaczyć. Matmy w ogóle się nie uczyłam, bo po jednej lekcji rozumiałam wszystko i na kartkówkach miałam zawsze 5tki. Angielski sam z siebie od zawsze uwielbiałam. Niestety, to było dla mamy za mało, bo historia jest najważniejsza. NIENAWIDZIŁAM HISTORII. Im bardziej ona o niej mówiła, tym bardziej jej nienawidziłam. Postanowiwszy mi pomóc być lepszą z przedmiotu , którego nie znoszę, przepytywała mnie z faktów z książki. “Jak możesz tego nie wiedzieć?” A za dwóję potrafiła się na mnie obrazić i nie odzywać przez kilka dni.

W ten sposób wyrosłam w przekonaniu, że niewiedza to wstyd. Przyznanie się do niewiedzy to wstyd. Dobre wyniki z przedmiotów, które lubisz, to za mało, bo musisz być najlepsza z tych, które lubi Twoja mama.

Zobaczysz, ludzie będą się z Ciebie śmiali.

Ponieważ słyszałam to bardzo często, zwłaszcza w sytuacji, gdy miałam czelność czegoś nie wiedzieć, zakorzeniło się we mnie przekonanie, że każdy mnie ocenia, wytyka moje błędy i niedoskonałości i oczywiście się z nich śmieje. Znacie to uczucie, kiedy przechodzisz koło grupki osób, które nagle zaczynają się śmiać, a Tobie się wydaje, że to z Ciebie? Na prawdę sporo czasu mi to zajęło, by zmienić swoje myślenie.

Tylko Tobie to się zdarza.

Taki tekst do dziecka, które rozlało herbatę lub zbiło szklankę. To była dla mnie najgorsza trauma, bo przez na prawdę długi czas w takich sytuacjach, już jako dorosła osoba, czułam się absolutnie zażenowana! Miałam poczucie, że wszyscy gapią się na mnie, kręcą głową i myślą sobie “Tylko tej to sie mogło przytrafić”. Co za gamoń. Taka niewinna rzecz, ale strasznie zostaje w głowie.

Dziecko narzekasz na studia, a A. w Twoim wieku to już miała dziecko, pracowała, studiowała i zajmowała się domem!

Przepraszam, że w liceum nie wpadłam z moim chłopakiem, by móc udowodnić całemu światu, że w tak trudnej sytuacji bym sobie poradziła. A teraz jedyne co robię to studiuję i nie mogę ponarzekać sobie ani trochę.

Poza tym to kolejny przykład porównywania mnie z moją siostrą. Przepraszam, że nie jestem tak jak ona… Wyrosłam w przekonaniu, że nie ważne co zrobię, moja siostra zawsze będzie lepsza.

Zmęczona jesteś? W Twoim wieku!? Dziecko, a co ja mam powiedzieć, gdy wciąż do pracy chodzę?

Nie wolno być zmęczoną. Gdy jesteś młoda – jesteś robotem. Ty dziecko nie wiesz co to życie. Co to chodzić do pracy i zajmować się dzieckiem. I Ty mówisz mi, że zmęczona jesteś? Daj spokój…

Znów to poczucie niedoskonałości…

Ja G. w ogóle nie musiałam z nauką pilnować, a i tak same piątki przynosił.”

Tym razem porównanie z moim bratem. Wiecznie niewystarczająco dobra…

A. zna mnie tak dobrze, może to ona powinna być psychologiem?

To była najgorsza rzecz jaką usłyszałam z ust mojej mamy. I pamiętam tą sytuację do dzisiaj. To były święta Bożego Narodzenia. Siedziałyśmy w 3 przy stole, już po kolacji, przy świetle choinki. Mama rzuciła dygresję “ale z jednej rzeczy to się strasznie cieszę”. Nie zastanawiałam się nad tym, by zgadnąć, tylko czekałam, aż powie ciąg dalszy. Moja siostra pociągnęła jej myśl. Trafnie. I wtedy padły te słowa. Mama spojrzała jej w oczy, a ja czułam się jakbym patrzyła na to wszystko z boku i była niewidzialna.

Dopiero co zaczęłam drugi kierunek studiów, o których zawsze marzyłam – psychologię. Mama od początku sceptycznie do tego podchodziła. Miałam poczucie, że mimo iż wsparła mnie finansowo, to w głębi serca czuła, że nie dam rady. Nigdy się mnie o nic nie pytała odnośnie zajęć. Aż tu nagle słyszę takie coś! Znacie to uczucie kiedy nagle przez całe ciało przepływa taki jakby prąd? Tak się poczułam. Jakby mi ktoś policzek w twarz strzelił. I nóż w serce.

Chcesz być psychologiem, a nie wiesz jak rozwiązać nasze problemy?

Przepraszam, że nie wiem jak poradzić sobie z rozwodem swoich rodziców. Przepraszam, że podczas kłótni z Tobą nie umiem spojrzeć na to racjonalnie, bo jestem pod wpływem emocji. Beznadziejny ze mnie psycholog.

Rzuciłam studia psychologiczne po 2 roku. Nie wierzyłam w siebie. Nie było nikogo, kto by mi powiedział: Walcz! Dasz radę! Po prostu się poddałam. Racjonalnie to sobie świetnie wytłumaczyłam, ale tak na prawdę ja po prostu nie widziałam w tym sensu. Uwierzyłam, że się do tego nie nadaję.

To dosłownie garstka tego, co słyszałam przez całe swoje życie od mojej mamy. Przez długi czas nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak słowa mogą odcisnąć piętno na naszej osobowości, samopoczuciu, samoakceptacji. Z jednej strony chcę wierzyć, że mama nie robiła tego celowo. Bo przecież mama chce dla nas najlepiej. Z drugiej strony, mogłabym pomyśleć, że pilnowanie mnie w nauce i uświadamianie ważnych faktów to nic złego, bo dzięki temu nie ośmieszyłabym się w trywialnych pytaniach “Matura to bzdura”. Ale z trzeciej strony, słowa ranią. Słowa zostają w Tobie. I nawet jeśli odetniesz pępowinę i pójdziesz żyć swoim życiem, mama jest niczym głos trolla siedzącego na Twoim ramieniu i podkopującego Twoją pewność siebie.

Co kompleksy robią z Twoim życiem?

Przede wszystkim ograniczają. Ograniczają Twój rozwój. Blokują poczucie szczęścia. Kwestionują Twoje osiągnięcia. Zniechęcają do walki. Podsycają strach przed ludźmi. Wzmagają opór wobec zmian, ze strachu przed porażką i sukcesem. Sprawiają, że wiecznie przejmujesz się tym, co powiedzą lub pomyślą o Tobie inni. W najgorszej sytuacji, która niestety mnie spotkała, powodują, że rezygnujesz z marzeń…

Obiecałam sobie, że nie będę dla mojego dziecka taka jak moja mama. Że chcę być inna. Chcę wspierać swoje dziecko i budować w nim poczucie siły i wiary we własne zdolności. Czeka mnie z tym dużo pracy, bo wciąż łapię się na tym, że mam w sobie myśli odzwierciedlające słowa mojej mamy. Na szczęście jeszcze nie na dziecku, ale nie lubię takiej siebie.

Kompleksów nie da się wyprzeć. Nie da się im zaprzeczyć. Nad nimi trzeba pracować. Każdy może to zrobić na swój własny sposób.