To nie kwestia szczęścia tylko kwestia wyborów

Kiedy w pierwszy dzień nowej pracy świeci słońce, pomimo zapowiadanego deszczu, kiedy jest ciepło, pomimo że to dopiero początek angielskiej wiosny, kiedy pociąg przyjeżdża na czas, a autobus nie stoi w korku, kiedy przybywasz na spotkanie chwilę przed umówioną godziną, by mieć 5 minut dla siebie na szybkie przypudrowanie nosa i złapanie oddechu – to się nazywa szczęście.

Co tu dużo mówić. Teraz z perspektywy osoby, której w końcu się układa, mogę śmiało powiedzieć, że jest mi dobrze. Dostaję to czego chcę. Pomimo że jestem leniem i panikarą, zawsze spadam na cztery łapy. Nie jestem ani hipochondryczką ani histeryczką, ale czasami zdarza mi się wyolbrzymiać sytuację, w której się znajduję. Panikuję, bo jestem niecierpliwą bestią i wszystko chcę teraz i od razu.

Nową pracę dostałam w 6 tygodni. Gdybym chciała jakąkolwiek, znalazłabym ją w jeden dzień, ale ja chciałam, by była wyjątkowa, wymarzona i na miarę moich kwalifikacji i doświadczenia. W moim wieku już nie wypada się cofać i zaniżać swoich oczekiwań. Trzeba się cenić. Dlatego ryzykowałam. Dwa razy odwołałam spotkanie, raz uciekłam z firmy nim doszło do rozmowy, ze trzy razy nie odpisałam na maila lub odezwałam się z opóźnieniem. Nazwij to głupotą, ja Ci powiem, że to intuicja raczej.

To nie kwestia szczęścia tylko kwestia wyborów

Gdy pierwszy raz zadzwonili do mnie w sprawie obecnej pracy – byłam chora. Głosu to prawie nie miałam i w zasadzie z góry uprzedziłam, że w tej rozmowie ja będę osobą która słucha. Maksimum, które z siebie wykrzesiłam to “Ok” “Yeah” i “Yes I used to do that”. Po kilku dniach dostałam maila z opisem stanowiska i kilkoma pytaniami. Odpisałam na drugi dzień dopiero. Zaprosili mnie na interview z 2 tygodniowym wyprzedzeniem. Nie traktowałam tego poważnie, bo początkowo miała to być robota na niepełny etat. Prawie o tym zapomniałam. Dzień przed ustalonym terminem, byłam bliska odwołania wszystkiego, przekonana, że i tak chcę wyjechać z Londynu. Do dzisiaj nie wiem, czemu ten mail nie poszedł w świat! Intuicja jakaś.

Po godzinie gwiazdorzenia i opowiadania, jakim to byłam pracownikiem roku, wiedziałam, że mam tą pracę w kieszeni, a spotkanie z szefem szefów to czysta formalność. Ale nauczona doświadczeniem postanowiłam nie skakać jeszcze z radości, nie pić szampana i nie wydawać niezarobionych milionów. No dobra, kupiłam sobie balerinki za £20, w drodze na kolejne interview.

Dzisiaj mam szefa, który jest inteligentnym człowiekiem z poczuciem humoru. Do swoich pracowników odnosi się z szacunkiem. Każdego obdarza zaufaniem i wspiera swoją wiedzą. Mam swoje biurko, dostałam firmowego laptopa. Nikt mi nie patrzy przez ramię, nie rozlicza z ilości wypitej kawy, częstotliwości wyjścia do toalety, nie odmierza czasu spędzonego na przerwie. Współpracownicy przywitali mnie niezmiernie ciepło i życzliwie. Będę zarabiać przyzwoite pieniądze, takie które w końcu pozwolą mi wyjść z długów i odłożyć coś na czarną godzinę.

Plan miałam taki, by znaleźć mieszkanie/pokój w odległości nie większej niż 15 minut piechotą od pracy. Siedzę teraz w przytulnym, jasnym, ciepłym i ślicznym pokoiku, który mogłam urządzić całkowicie po swojemu. Nikt mnie nie rozlicza z przybitych gwoździ do ściany, nikt mi nie grzebał w wyciągu bankowym przed wprowadzką, nikt nie zabrania zapraszać do siebie znajomych na weekend. Dwupoziomowe mieszkanie z dużym salonem, toaletą na przeciw mojego pokoju oraz dwiema łazienkami na górze, współdzielę z czterema super babkami. Wszystkie w moim przedziale wiekowym. Okolica jest spokojna. Duże okno mam z widokiem na zielony skwer oraz ładny budynek mieszkalny, który jest w odpowiedniej odległości, by nie czuć się podglądaną. Nie słychać już karetek jadących na sygnale, ruchu ulicznego, czy walczących ze sobą w nocy lisów, które brzmią jakby obdzierali kogoś ze skóry.

Do pracy idę piechotą 10 minut. Po drodze mogę kupić sobie ulubioną sojową latte z syropem orzechowym oraz wstąpić do Waitrose’a i zaopatrzyć się w świeże pieczywo na śniadanie. Po przeciwnej stronie ulicy mojego biura znajduje się siłownia, żebym mogła chodzić na zajęcia bez wymówek (bo lata wciąż lecą, a dupa nie maleje). W okolicy znajduje się także mój ulubiony pub, restauracja, sklep z ciuchami oraz dwie sieciówkowe drogerie, gdyby zachciało mi się nowego lakieru do paznokci. Stacja kolejowa jest w połowie drogi między biurem a moim mieszkaniem, a do centrum Londynu mogę się dostać w zaledwie 15 minut pociągiem. No dobra w 20!

Patrzę sobie na moje życie i się uśmiecham, bo choć nie wiem, gdzie będę za kilka lat, dziś wiem, że jest mi dobrze i jestem szczęśliwa. Dziś wiem i rozumiem, że życie to nieustanne wzloty i upadki. Dziś wiem, że po burzy na prawdę wychodzi słońce, a z każdego dołka da się podnieść. Dziś wiem, że czasami trzeba sobie popłakać, wpaść w sezonową depresję, zaryzykować i coś stracić, by później docenić dary losu.